2018.06.10 Akcja kursowa do jaskini Pod Dachem.

Napisane przez Lena Koprowska
Bartek Golik
Wojciech Jasiak
Katarzyna Lena Koprowska
Wacław Michalski
Kamil Polański
Paulina Kulpa (KKTJ)
Rafał Wojtkiewicz - Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego (KKTJ)
 
Niedzielny poranek w Dolinie Kościeliskiej wita nas pogodą iście letnią: słonecznie, upalnie, duszno. To gwarancja sprawdzenia się burzowej prognozy na popołudnie. Nic sobie jednak z tego nie robimy. Idziemy przez Wantule napotykając po drodze na błocie świeże ślady niedźwiedzia oraz urządzając naszą ulubioną pogawędkę topograficzną. Konieczną jak się okazuje, bo nadal pewne nazwy i fakty są przez kursantów niedoszlifowane. Mając w zespole koleżankę i kolegę z Krakowa konsultujemy techniczne aspekty grotołażenia oraz różnice w atmosferze panującej w klubach. Wnioski: wygląda na to, że być może jest to pierwszy, ale nie ostatni wspólny wypad w tatry.
 
Pod ścianą chwila pokrzepienia, mały piknik. Otwieramy obszerną dyskusję na temat wiszącej tam liny i możliwości skorzystania z niej na podejściu. Zdania są podzielone, więc tym żywsza rozmowa na ten temat. Nie tracąc jednak czasu Kamil wstawia się w mokrą skałę i pokonuje 60 m w pionie do otworu. Z zastanej poręczówki nikt nie korzysta. Lena wspina „na drugiego”, resztka korzysta z klubowego statyka zaporęczowanego przez Kamila. Na wielkiej półce przy wejściu do otworu spotykamy się znów w komplecie. Wyglądamy na drugi zespół, który wybrał się do Jaskini pod Wantą i deklarował dołączenie do naszej akcji. Nie widząc ich na horyzoncie ani nie słysząc każdy wykonuje szybki zjazd w śnieg zalegający w najniższym miejscu jaskini. Obgadujemy kolejny prożek ociekający wodą i porośnięty mchem, który znów przypada w udziale Kamilowi. Bardzo nam imponuje jego zręczność i ambicja w pokonaniu tych odcinków w czysto sportowy sposób, jakkolwiek skromność nie pozwala mu przyznać nam racji. 
 
Trawers kończymy przy najwyższym otworze i w tym momencie na zewnątrz szaleje niesamowita zlewa i burza z piorunami. Dla nas to przeżycie bardzo ekscytujące. Ale trzeba jednocześnie przyznać, że takie okoliczności przyrody pokrzyżowały nam plany zjazdu na powierzchni. Zatem na okoliczność lejącej się zewsząd wody pokornie schodzimy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Na półce skalnej umawiamy się na szybki wycof, Lena z Wackiem deproęczują. Ale na nic to, po kwadransie wszyscy są przemoczeni do ostatniej suchej nitki (no, u niektórych uchował się lewy but :P). I tak jak rano przejmowała nas rosa w wysokiej trawie na łące, tak teraz nie przejmowało nas nawet błoto po kolana, ani fakt, że zgubiliśmy ścieżkę, nadrobiliśmy trasy i zwiedziliśmy prawie całe Wantule cudem nie spotkawszy tam misia. W żaden sposób nie psuje to naszych wybornych humorów. Doszedłszy do wejścia do Doliny Kościeliskiej popełniamy małe piwko, a po ubraniu suchych ciuchów na bazie  - żurek u Zięby. Uspokajamy troskliwą Panią Krysię, która podczas burzy z niepokojem patrzyła w stronę Czerwonych Wierchów. Doskonałe zwieńczenie weekendu. Do Bielska wracamy w towarzystwie Zosi Gutek. 
z pozdrowieniami.
Zaloguj się, by skomentować