Katarzyna Lena Koprowska

Katarzyna Lena Koprowska

środa, 26 grudzień 2018 13:39

2018.12.25 Gerlitzen Gipfel 1909 m.n.p.m.

Katarzyna Lena Koprowska
Katarzyna Maria Iwańska - Osoba Towarzysząca

Ponieważ nie siedzimy z naszymi rodzinami przy stole, tylko w pięknych zalanych słońcem i obsypanych śniegiem austriackich alpach wybrałyśmy się na rekonesans okolicy.
Tam za moimi plecami już widać słoweński Triglav (2864 m.n.p.m).  
Jak mówi Wiki: "Gerlitzen - góra w Austrii wysokości 1909 m.n.p.m. położona w paśmie Alp Gurktalskich w grupie górskiej Nockberge. Administracyjnie należy do kraju związkowego Karyntia, powiatu Villach Land, dwóch gmin Treffen i Arriach." Gerlitzen jest rajem narciarzy i narciarzy biegowych. Na tej jednej górze jest 42 km tras zjazdowych i 50 km tras biegowych. Wyciągi jeżdżą od 8:30 do 17:00, a sezon trwa do 31.03.

Pozdrawiam gorąco cały klub. Buziaki!!

Robert Macfarlane “Szlaki. Opowieści o wędrówkach”

Literatura podróżnicza zawsze była, jest i będzie atrakcyjna. Niewyczerpalna bowiem jest metafora życia jako drogi, literatury jako wędrówki oraz wędrówki przez literaturę. Samo podróżowanie staje się coraz łatwiej dostępne. Na tyle, że większość europejskich “must see” są dla nas opatrzone, przereklamowane i oklepane, a turysta, nawet ten wodzący palcem po mapie (również satelitarnej) szuka atrakcyjnego pretekstu by zejść z głównych szlaków.

Dlatego właśnie powstają takie książki jak ta. By autor mógł podzielić się swoją interpretacją tych metafor, a czytelnik, czy później wędrowiec, został na tyle zaintrygowany, aby zechciał podążać jej śladem.

Nie jest żadną przesadą stwierdzić, że Robert Macfarlane zna wyspy brytyjskie jak własną kieszeń, niemal kamień na kamieniu. Ich spuścizną historyczną dzieli się z nami w najmniejszych szczegółach pretendując do tytułu specjalisty na wzór autorytetów, na które się powołuje. Przytacza cytaty wielu klasycznych i współczesnych filozofów w perspektywie czasu prezentując, jak zmieniała się myśl o wędrowaniu. W tym ideologicznym wstępie pojawia się fragment, który już nigdy nie pozwoli nam podjąć drogi tak samo jak zwykle, a każdy krok da nam innej jakości poznawanie - tak świata, jak i siebie:

Od dawna fascynuje mnie, w jaki sposób ludzie próbują zrozumieć samych siebie za pomocą krajobrazu, osobistych topografii, które noszą w sobie, za pomocą map, które sporządzają, aby poruszać się po tych wewnętrznych krainach. Myślimy metaforami zaczerpniętymi z miejsc i czasami te metafory nie tylko przyozdabiają nasze myśli, ale również je aktywnie tworzą. Krajobraz, by przywołać frazę George Eliot, może “rozszerzyć wyobrażany obszar, w którym zamieszkuje ja”.

Powiedziałbym, że krajobraz jawi nam się nie jako molo albo półwysep, skończony i ograniczony w swoim rozmiarze i zasięgu, ale jako rodzaj światła słonecznego, nieuchwytnego w swej migotliwości a jednak często pogłębiającego i rozjaśniającego. Przywykliśmy mówić, czasami ze wstydem, co sądzimy o miejscach - znacznie gorzej idzie nam mówienie, co miejsca myślą o nas. Odnoszę od pewnego czasu wrażenie, że dwa pytania, które powinniśmy zadać w odniesieniu do jakiegokolwiek wyrazistego krajobrazu brzmią następująco: po pierwsze, co takiego wiem, kiedy przebywam w tym miejscu, a czego nie mógłbym widzieć nigdzie indziej? I, po drugie, wykazując się pewną zarozumiałością, co to miejsce wie o mnie, czego ja sam nie mogę o sobie wiedzieć?

 

O ile zatem idea jest fascynująca, o tyle jej realizacja już nieco mniej. Podążamy za autorem dawnymi zatartymi szlakami, ziemnymi i morskimi, odkrywając je po raz pierwszy i jednocześnie odkrywając je z nim ponownie - w nowym świetle. Spotykamy ślady, historyczne tropy i duchy przeszłości. Ale wędrujemy nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, a perspektywa jest krótka jak w mglisty poranek. Snujące się opowieści - owszem - trochę zabawne, trochę ciekawe, ale mnie z ciepłego łóżka i od filiżanki kakao do odkrywania brytyjskich duktów nie poderwały.
Zgadzam się z innymi czytelnikami wyrażającymi swoje opinie. Gdyby w załączeniu do książki była stworzona na potrzeby tych opowieści stosowna mapka i można byłoby spacerować po niej palcem, być może bardziej zadziałałoby to na wyobraźnię i zaangażowanie odbiorców. Bądź być może gdyby autor w ten sposób opowiadał o miejscu, które ja bardzo dobrze znam, poszłabym tam sprawdzić to, co zobaczył on. Ale nie jestem tak zagorzałym jak Macfarlane pasjonatem wysp brytyjskich. Dlatego w tej sytuacji spędziłam kilka długich zimowych wieczorów spacerując tu i ówdzie bez wychodzenia z domu.
Od książki okrzykniętej brytyjskim geniuszem oczekiwałabym wywołania we mnie nieco więcej emocji. Natomiast piękną filozoficzną refleksję pozostawię w sobie na długo. Podejmując nowy szlak popatrzę na niego zupełnie inaczej niż zazwyczaj - dużo bardziej świadomie. Z uposażeniem dziejów oraz moim osobistym.

2018.12.01 Akcja Kursowa. Kasprowa Wyżnia i Kasprowa Średnia.

 
Bartosz Baturo
Kuba Binda
Marta Boruch
Tomek Murzyn Grzegrzułka
Piotr Knop
Kasia Ciasna Lena Koprowska
Tomasz Liszowski
Mateusz Kubina
Wacek Przygoda Michalski
Maciek Nowakowski
Norbert Miczołek
Łukasz Piechocki
Magda Prochalska
 
2018.12.02 Akcja Kursowa. Śpiących Rycerzy.
 
Kuba Binda
Tomek Murzyn Grzegrzułka
Kasia Ciasna Lena Koprowska
Tomasz Liszowski
Wacek Przygoda Michalski
Norbert Miczołek
Kamil Polański
Magda Prochalska
 
Pogodę na ten wyjazd zamówiliśmy z dwutygodniowym wyprzedzeniem, aby mieć widokowy zjazd między Kasprowymi. Zamówiliśmy tak skutecznie, że była lampa, lekki śnieżek, rześki mrozik, i starczyło nam tego i na sobotę i na niedzielę. 
 
Przyjazd na bazę w piątkowy wieczór. Pogadanka nad planami i mapą Tatr. Na podejściu obłędnie pięknie. Omawialiśmy otoczenie doliny Bystrej oraz piękne formy pokrywy śnieżnej. Poręczowali i reporęczowali starsi koledzy i koleżanki, kursanci sprawnie i bez zbędnych ceregieli przeszli wszystkie trudności: zjazdy, prożki i 70 m zjazdu. Nikt nawet nie zapiszczał ani nie zamarudził. Brawo!
Oto dosłowne wrażenia kursu N:
"Podejście na Zawracik Kasprowy jak dla mnie wyczerpująco ciężkie a ponoć to tylko podejścia lajtowe. Zamianka plecaków z kolegą Łukaszem Pi uratowała mnie i dotarłam (...)
Zjazd 70 m w stronę Kasprowej  Średniej bez adrenaliny. Prawdopodobnie poziom zmęczenia na podejściu wyłączył u mnie instynkty zachowawczo obronne."
 
Po akcji obiad w Kolibecce na rondzie w Kuźnicach i dinozaurowe porcje, które doprowadziły nas do pełni szczęścia i spazmów śmiechu. Na bazie międzyklubowe andrzejki z kursantami z Krakowa. Laliśmy wosk przez klucz i rzucaliśmy cienie na ścianę. Ubaw po pachy, tańce, hulanki, swawole! i mistrzowskie cytaty:
„Potrzebuję stopić więcej wosku, żeby mi wyszły większe piersi”. 
 
Drugiego dnia fantastyczny spacer Doliną Małej Łąki, pogadanka topograficzna i upajanie się pięknymi okolicznościami tatrzańskiej przyrody. Podejście pod jaskinię łaskawe. Akcja w dziurze przeprowadzona błyskawicznie, wszyscy zmierzyli się z zaciskiem na końcu.

Bilans zysków i strat wg Magdy:
Straty:
-liczne otarcia i zasinienia kończyn dolnych i górnych.
-dziura na dupie w nowych spodniach.
-strata 15 letniej czapki – chyba powędrowała już do lepszego życia – dzielnie służyła więc w końcu należało się jej to.
Zyski:
-świetni zakręceni ludzie,
-niezapomniane przeżycie,
-poczucie satysfakcji z wygranej z własnym stchórzeniem i słabościami fizycznymi,
-nowa ładowarka (okazało się że Leny).

Przed odjazdem zdjęcie z naszą ukochaną Panią Gospodynią Krysią oraz obowiązkowy niedzielny obiad u Śliwy. 
 
poniedziałek, 19 listopad 2018 19:48

2018.11.09-12 Czechy. Morawski Kras. 

Uczestnicy wyjazdu:

Bartosz Baturo
Błażej Gawlik
Agnieszka Gądek
Zdzisek Grebl
Zbyszek Grzybek
Katarzyna Lena Koprowska
Paweł Kacperkiewicz
Beata Michalska-Kacperkiewicz
Wacek Michalski
Łukasz Piechocki
Teresa Zwierzchowska
 
Fakty:
Zaliczono ok. 20 obiektów jaskiniowych:
 
Dzień 1:
Rudickie Propadani
Hladomorna pod grodem Holstejn
Byci Skala
 
Dzień 2:
Punkevni jaskyne + przepaść Macocha
Lopać
 
Dzień 3:
Jaskinia Cygańska, 
Balcerova Skała, 
Liści Dira
Jaskinie w Suchym Żlebie
 
Wokół faktów:
Korzystając z kontaktów nawiązanych rok wcześniej z wielkim poświęceniem (patrz sprawozdanie 2017.05.25-28 Morawy) Speleoklub Bielsko wraca na na Morawski Kras w nieco odświeżonym składzie. <uwaga, artykuł może zawierać lokowanie produktu> Gości nas kamping Oslovec - bardzo przyzwoity ośrodek z wygodnymi łóżkami, pościelą (!) i małym zapleczem kuchennym. My oczywiście do tego zorganizowaliśmy sobie na korytarzu zaplecze dyskusyjne i już pierwszego wieczoru, zaraz po przyjeździe, toczyliśmy dysputy do późnych godzin wieczornych. 
 
Pogodę mamy lepszą niż jak na zamówienie. Początek listopada z temperaturą dodatnią, od dwóch tygodni brak opadów co zaprocentowało niskim poziomem wody w jaskiniach. Tylko słonka mogłoby być trochę więcej, no ale pod ziemią ostatecznie nie grało to tak wielkiej roli. Za to zaraz po wejściu musieliśmy się rozbierać :) bo temperatura w dziurach dobrych parę stopni wyższa niż w naszych Tatrach czy Beskidach.
 
Rano jesteśmy umówieni z Alojzem na wejście do jaskini Rudickie Propadani. Stawiamy się punktualnie pod młynem i czekamy, aż komercyjna grupa prowadzona przez Czecha zyska przed nami trochę czasu. Jaskinia bardzo ładna, wszystkie trudności i przeszkody wodne pokonujemy drabinkami oraz ułatwieniami ze stalowych lin. Przejście właściwie na sucho, stan wody ledwo ponad kalosz.
 
Po wyjściu udajemy się na obiad i małą integrację w czeskim stylu: zupa szynkowa, knedlik. Potem jeszcze krótki spacer w okolicy przepaści Macocha, szybki skok do miejscowości Holstejn do jaskini Hladomorn i na piwko :) A na koniec do chaty w lesie po klucz do Byci Skala. Zupełnie dla nas niespodziewanie okazuje się, że następnego dnia Czechów w chacie nie będzie, więc jeśli chcemy połazić to musimy… Teraz. Na zegarze godzina 19:00. Oczywiście wchodzimy. Początek przypomina magazyn na placu budowy: pełno tu rur, kabli i jakiegoś budowlanego osprzętu. Ale już za wielkimi drzwiami jaskinia prawie nie tknięta ludzką ręką. W tempie błyskawicznym dobiegamy do końca, a w drodze powrotnej dajemy jeszcze nura do zalanego przełazu, czyli kaczki. 
 
Wieczorna debata przeciąga się do 4:00 nad ranem, na szczęście to nie krzyżuje planów stawienia się na czas do największej atrakcji regionu - jaskini Punkevni. Z tytułu przynależności klubowej - wstęp darmowy hy hy hy. Wybetonowane chodniki i zastane oświetlenie nie są niczym drażniącym w porównaniu do dykcji i ekspresji naszej przewodniczki, która jak raz ma naprawdę sporo do powiedzenia o naciekach w kształcie miast, sów, aniołów, Romea i Julii. 
 
Po południu korzystamy jeszcze z kluczy do jaskini Lopać. Po raz kolejny większość trudności pokonujemy na drabinach. Ciepło nakazuje nam się szybko rozbierać, a nieciekawy zapach - ogólnie spieszyć ;) Na obiad niezapomniana czosnkowa. Wieczorem część ekipy wraca do Bielska, a najwytrwalsi wracają do debaty radosnej i owocnej w plany na dzień następny.
 
Jaskinie turystyczne nas do siebie nie wpuściły, gdyż w poniedziałki (podobnie jak polskie muzea) są po prostu nieczynne. Dlatego odbyliśmy malowniczy spacer po jaskiniach w Ostrov u Macochy (Jaskinia Cygańska, Balcerova Skała, Liści Dira). Humory dopisywały, więc szukaliśmy śladów człowieka prehistorycznego „Kromaniona”. Zdziskowi nawet udało się znaleść jego bieliznę - majtki bokserki :D *** Będziemy tam wzywać czeskich archeologów! A po południu wędrowaliśmy po Pustym Żlebie i zaglądaliśmy do wszystkich dostępnych jaskiń. Przed wyjazdem oczywiście obiad: smażony syr i pieczona kaczka na modrej kapuście. Syci i usatysfakcjonowani wracaliśmy do Polski z planem na kolejny wyjazd w tamte okolice wiosną 2019. 
 
***Pytanie: bokserki były Zdziska, czy Kromaniona..? :D
poniedziałek, 17 wrzesień 2018 11:52

2018.09.16 Grottes de Blanot. Francja.

2018.09.16 Grottes de Blanot, Francja.

Katarzyna Lena Koprowska
Katarzyna Maria Iwańska - Osoba Towarzysząca
Marek Wieczna Powaga -  Osoba Towarzysząca
Grzegorz NoName -  Osoba Towarzysząca

Korzystając z dnia wolnego od winobrania znajduję w internecie najbliższą w okolicy jaskinię turystyczną:
http://www.blanot.fr/les-grottes
Dziura - jak widać na planie - nieduża i nieskomplikowana, ale to nie schody, barierki i oświetlone chodniki miały nam dostarczyć najwięcej atrakcji. Ponieważ na stronie widnieje informacja o opcji „visit speleo” kontaktuję się w celu złożenia rezerwacji. Mail napawa nas optymizmem - radzą zabrać kalosze i informują, że tego dnia jest we Francji święto i wejście będzie kosztowało połowę ceny! Świetnie!
Zajeżdżamy na miejsce i dowiadujemy się, że dziś wyjątkowo ma żadnego przewodnika, który mógłby się z nami przeczołgać w błocie, a visit speleo jest możliwe od minimum 10 osób. Nijak ma się to do treści korespondencji mailowej, ale skoro już jesteśmy to przechodzimy trasę turystyczną. Przewodniczka oczywiście mówiła wyłącznie po francusku, więc nie zrozumiałam właściwie ani słowa oprócz „stalagmity”, „stalaktyty” i „draperie”. Ale już po wycieczce otrzymałam bonusowego maila do okolicznego speleoklubu, zatem działam dalej.

C.D.N. Pozdrowienia z Francji.

Zbyszek Grzybek
Lena Koprowska
Norbert (Osoba Towarzysząca)

 
Korzystając z pięknej, upalnej pogody w stylu „lampa” wybieramy się w urokliwe okoliczności przyrody na grań Słowackich Tatar. Pomysłodawcą i organizatorem jest Zbyszek, a rekomendacja płynie od tych, którzy tę trasę złazili i opisali:
Oczywiście za dobrymi radami z artykułu - uiszczamy opłatę za parking i realizujemy zniżkę na wyciąg, w którym popełniamy śniadanie. Spacer granią - w podręcznikowym czasie. Przygody zaczynają się w momencie, gdy zbaczając ze szlaku ścinamy w dół ostrymi zakosami i wykańczamy Norbertowi kolana. To odbija się przerwą motywacyjno - izotonizującą i obszernym wachlarzem komentarzy:
- No.. mogłem posłuchać mojego fizjoterapeuty i kupić te skarpety kompresyjne…
- No i mogłem wziąć kijki, wtedy na pewno odciążyłbym kolana…
- No, mogłem przygotować bardziej wartościowe jedzenie..
- No, to nie Kozia Górka...
 
Po krótkim podejściu dostajemy nagrodę w postaci jagód i zapierających dech w piersiach widoczków na jeziorka. Norbert mówi „Łał” a następnie puszcza soczystą wiązankę na temat kolan, fizjoterapeuty, kijków i Koziej Górki. Ja i Zbyszek ledwo zatrzymujemy w sobie wewnętrzny chichot, który parsknięciem chce wystrzelić w stronę naszego towarzysza. No ale gdy padają znamienne słowa „Chyba nie dam rady” powstrzymujemy się i mobilizujemy go bimbrem borówkowym spod lady. Działa. Idziemy.
Bimber w chacie przepyszny natychmiast łagodzi ból istnienia, który rzecz jasna obszernym komentarzem odbija się od kolan, kijków, skarpet i Beskidu Śląskiego. Dalszą motywację stanowi fakt, iż droga prowadzi łagodnie w dół a na jej końcu jest zasłużony obiad w słowackiej knajpie. Oczywiście podczas posiłku spirala nakręca się dalej, bowiem Norbert przyznaje się w końcu, że jest w Tatrach po raz pierwszy i że dostał niezły wpier***. Szczęśliwie nikt nie wybucha śmiechem z zupą czosnkową w ustach, którą lojalnie zamówili i zjedli ze smakiem wszyscy.
Puenta całego wyjazdu nachodzi nas niespodziewanie w Żywcu wraz ze zmasowanym atakiem bielboardowych reklam ze wszystkich branży świata, mydło i powidło: od okien i drzwi, przez kosmetykę, spa, opał i usługi motoryzacyjne aż po fortepiany. W reakcji na jedną z nich Norbert nokautuje nas najwyższym wymiarem myślenia ironicznego:
- No, tylko trampoliny mi brakuje. Gdybym ją miał wskoczyłbym na nią bez zastanowienia… Nawet plecaka bym nie ściągał..
Istny kabaret! Ryczymy ze śmiechu, łzy leją nam się strumieniami. Aż żal, że to była niedziela niehandlowa.
Bartosz Baturo
Basia 
Jerzy Ganszer
Bartek Golik
Zbyszek Grzybek
Zosia Gutek
Wojciech Jasiak
Katarzyna Lena Koprowska
Patrycja Kopytko
Adam Marcinków
Wacław Przygoda Michalski
Joanna Micherdzińska
Łukasz Piechocki
Kamil Polański
Jerzy Pukowski
Dominik Sarnowski
Anna Sobańska os. tow.
Natalia Sobańska os.tow.
Marek Sobański
 
Speleoklub Bielsko-Biała po raz kolejny przyjechał latem w Alpy, aby połączyć przyjemne z pożytecznym. 
 
Dwa zespoły rozpoczęły urlopy wcześniej niż reszta ekipy i na rozgrzewkę porwały się na alpejskie szczyty. Dominik i Patrycja zdobyli Mount Blanc, a Wacek, Kamil i Bartosz czterotysięcznik Barre des Ecrins oraz via ferrate Vigneaux 200m.
 
Przyjeżdżając do Francji zostaliśmy przyjęci przez opiekuna akcji sprzątającejw  jaskini Gouffre Berger - Remy'ego Limenge na campingu w miejscowości Meaudre. Tu należy pochwalić i docenić miejscówkę przystosowaną do obecności grotołazów i ich specyficznych potrzeb, jak również wyrazić wdzięczność Łukaszowi za organizację i ogarnięcie wszystkich formalności.
 
W poniedziałek 06.08 chętni wybrali się na spacer do jaskini … Miało być zimno i przestrzennie, tak aby całą trasę przejść na nogach. Było ciepło, wręcz gorąco, a połowę drogi spędziliśmy na czworakach, więc dostarczyło to nam dużo radości.
Wieczorem podzieliliśmy naszą liczną ekipę na dwie grupy szturmowe.
 
Pierwsza w składzie: Jurek, Adam, Marek, Bartek, Lena, Asia i Łukasz wyruszyli z bazy po 8:00 rano, pod otworem gotowi do wejścia byli o 10:05, biwak osiągnęli po 13:00. Pięć pierwszych osób doszło na dno ok godz 19:00, dwójka ostatnich osiągnęła głębokość -950 m. Na biwaku byliśmy ok 2:00 w nocy i w dalszą drogę wyruszyliśmy po śniadaniu o 9:00 rano. 
Po drodze do wyjścia spotkaliśmy drugi zespół w składzie: Wacek, Zbyszek, Kamil, Bartosz, Dominik, Zosia, Patrycja, Wojtek. Niestety z powodu zmiany warunków pogodowych nie mogli dojść do dna, więc osiągnęli głębokość ok. -600 m. 
 
Czwartkowa butelkowa pogoda wymusiła na nas rest i aktywność nie związaną speleologicznie. Pojechaliśmy na wycieczkę do sklepu sportowego i do malutkiej urokliwej miejscowości Pont-en-Royans. Przeprowadziliśmy degustację francuskiego pieczywa, serów, wędlin, oliwek oraz różnych gatunków win. 
 
W piątek na pożegnanie grupa w składzie: Jerzy Ganszer, Adam, Zbyszek, Lena, Wacek, Bartosz zapuścili się do wodnej przepięknej jaskini Grotte de Goumier. Natomiast Jerzy Pukowski i Basia dali się zaprosić Belgom: Ivesowi Tomasowi na kanioning do Canyon du Malin. 

Dżolo
Błażej Gawlik
Natalia Gąsior
Tomarz "Murzyn" Grzegrzułka
Kasia Lena Koprowska

Kurs "J" powoli dobiega końca. Większość z kursantów ma już przejścia jaskiniowe niezbędne do starania się o kartę taternika.
Do odrobienia zostało kilka zajęć ze wspinaczki na własnej asekuracji na jurze i tatrach oraz autoratownictwo.
Swoją dyspozycyjność w niedzielę zdeklarował Murzyn, więc znaleźli się i chętni kursanci i klubowicze.
Pogoda ugościła nas aż nadto: gorąc, duchota, że lał się z nas pot "jak z dziurawej beczki" nawet nic nie robiąc.

Najważniejszymi elementami, które wnikliwie przerabialiśmy to ściąganie z liny poszkodowanego przy podchodzeniu i zastosowanie przeciwwagi.
http://podrecznikgrotolaza.pl/autoratownictwo/autoratownictwo-z-przyrzadow-do-wychodzenia/
Nasz instruktor coś wspomniał, że za ciepło. No to masz.
Przerwa na burzę.
Drugie śniadanie pod okapem.

Potem konstułowaliśmy flaszenzuga.
https://youtu.be/KFicDEQpU2k
Przerwa na grad.
Kanapeczki.

Powtórka na linach z autoratownictwa. Omówinie różnych sytuacji  w jaskini i możliwości zareagowania ze względu na posiadany sprzęt.
Burza z piorunami. 
Skończyło nam się jedzenie.

W tym samym czasie Natalia i Dżolo popełnili (rzecz jasna z zachowaniem tych samych przerywników) wspinaczkę sportową również na Górze Birów.
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1945303628826087&set=a.269091946447272.63764.100000394072946&type=3&theater

Na koniec część topograficzna: spacer po całej górze Birów ze szczegółowym omówieniem grodu, dróg wspinaczkowych i skał przygotowanych pod manewry jaskiniowe i ratownicze i jeszcze dwój ciekawych miejsc (uzupełnię ;))

Obtarte po uprzęży pachwiny i zakwasy na brzuchu świadczą o dobrze zrobionej robocie :)

niedziela, 22 lipiec 2018 18:46

2018.07.22 Jaskinia Wierzchowska

Katarzyna Lena Koprowska

Mariusz Obora Harmasz - Osoba Towarzysząca

 
W związku ze zniszczeniami, jakie przyniosly w ubiegłym tygodniu ulewy na tatrzańskich szlakach, zapowiadany przez Wacka Przygodę Michalskiego wyjazd do Lodowej Litworowej został ku naszemu niezadowoleniu odwołany. 
 
Plany alternatywne powstawały szybko i dość spontanicznie. Ja zostałam zaproszona na włóczęgę po Jurze Krakowsko - Częstkochowskiej przez mojego serdecznego znajomego nie-speleologa, nie-grotołaza i nie-wspinacza - Mariusza „Oborę”. Nie byłabym sobą, gdybym przy tej okazji nie zaliczyła jakieś dziury - choćby turystycznej.
 
Wystartowaliśmy z Krakowa, szwędaninę rozpoczęliśmy od miejscowości Biały Kościół. Pierwszym punktem do odhaczenia była Jaskinia Wierzchowska - druga co do długości na Jurze. Jak na jurajskie warunki faktycznie spora. Sporym również zainteresowaniem cieszy się wśród turystów, co już ucieszyło mnie znacznie mniej. Oświetlenie zainstalowane z ingerencją w skałę teoretycznie objętą ochroną przyrody nieożywionej, co dodatkowo stopiło optymizm podziemnych spacerów. A na koniec możliwość  porozmawiania z dziewczyną przebraną za „kobietę neandertalską” już zupełnie rozwaliło mi konstrukcję. No ale wspinam się na wyżyny wyrozumiałości i wyobrażam sobie, że najmłodszej publiczności i przysłowiowym „Januszom” może się to po prostu podobać... 
 
 
Potem bierzemy azymut na Ojców i po drodze mamy tłumnie odwiedzaną Grotę Łokietka:
 
oraz cieszącą się jeszcze większym zainteresowaniem Jaskinię Ciemną:
 
Wędrówkę zwieńczył pyszny wędzony ojcowski pstrąg oraz lampka białego, schłodzonego wina. Niech żyje szczyt sezonu wakcjyjnego, konsumpcjonizm i niedziele niehandlowe - ale naprawdę nie częściej niż raz w roku.
poniedziałek, 16 lipiec 2018 21:12

2018.07.15 Wyjście kursowe do Jaskini Litworowej.

Wyjście kursowe do Jaskini Litworowej.

Bartosz Baturo
Radek Bizoń
Tomasz “Murzyn” Grzegrzułka
Katarzyna Lena Koprowska
Paulina Kulpa (KKTJ)
Rafał Wojtkielewicz (KKTJ)

Zgłoszenia na akcję ruszyły jak tylko Murzyn ogłosił swoją dyspozycyjność w trzecią niedzielę miesiąca i właściwie tegoż samego dnia limity zostały wyczerpane. Ostatecznie nie wszyscy zdeklarowani wzięli udział w akcji, nad czym bardzo ubolewamy, bo atmosfera była rewelacyjna!

Prognoza pogody - o zgrozo - pochmurno, deszczowo i burzowo. Już na samą myśl o podejściu przez Kobylarz w deszczu nasze nastroje mocno podupadły. Ale na szczęście niezłomny Murzyn podbudowywał nas przez telefon: ‘Będzie jak będzie”. Taka filozofia zen. No to jedziemy.

Zajechaliśmy do Pani Krysi na bazę, gdzie spotkaliśmy kilku dawnych członków Speleoklubu Warszawskiego (tu prywata odautorska: pozdrawiam, Maćku!). Zostaliśmy zaproszeni na pogawędkę do kuchni na górę, z którego to zaproszenia rzecz jasna chętnie skorzystaliśmy. Pani Krysia rozdmuchuje kłębiące się na niebie chmury - stwierdza, że w tatarach pada nocami, a za dnia pogoda się trzyma. Mamy nadzieję, że prognozy się nie sprawdzą i że Pani Krysia, jak to stara góralka, ma rację. Poznaliśmy również wspaniałą historię Pani Krysi - panny na wydaniu. Było bardzo miło: pigwowo i mirabelkowo ;)

Nazajutrz skoro świt pobudka, pożywne śniadanie, jajecznica od Radka i wyjście z bazy o morderczej 6:00 rano. Na szczęście Pani Krysia miała rację - na podejściu kamienie mokre i błotniście, ale z nieba nic nie kapie. Nadmiar wyprodukowanych endorfin procentuje głupimi, sytuacyjnymi dowcipami z brodą, których nie sposób tu powtórzyć. Ale były śpiwory, pedały, drążki i inne już same z siebie wesołe rzeczowniki :D Oraz łacina kuchenna pt: "Kulpa mać" ;) W wyższych partiach mgły, chmury nisko i wietrznie, więc odpuszczamy powtórkę z topografii. Pod samym otworem nawet ciut marzniemy, więc Radek szybko poręczuje zlotówkę, wszystkie krótkie odcinki i I Pięćdziesiątkę. Idzie bardzo sprawnie. Potem Lena poręczuje trawers, II Pięćdziesiątkę i Płytowiec. W tak zwanym międzyczasie Bartosz żeby nie marznąć poręczuje sobie Studnię Flacha, sam sobie do niej zjeżdża i potem szybciutko deporęczuje. Pod Płytowcem chwilka przystanku, baton, kanapka i wciskamy się w labirynt ciasnych korytarzy. Boksera wszyscy pokonują dzielnie i bez większych problemów. Spuszczamy nóżki do Magla i roztaczamy odważne wizje trawersu całego systemu we wszystkie możliwe strony.

Powrót pod płytowiec solidnie nas rozgrzewa, więc ponownie pozwalamy sobie na przerwę kulinarną. Reporęcz przypada poręczującym, więc przodem uciekają Bartosz, Paula i Rafał, a liny zabierają Lena z Radkiem. Wszystkim towarzyszą wyśmienite humory i wspaniała atmosfera tym bardziej, kiedy wychodzimy z jaskini o 17:00 i okazuje się, że jest ciepło, sucho, wieje lekki wiaterek, a po widnokrąg roztaczają się piękne widoki. To zachęca Bartosza na topograficzny spacer po czerwonych wierchach. Reszta swoim tempem schodzi przez Kobylarz z nagrodą w postaci malowniczego, różnobarwnego zachodu słońca oraz radosną myślą o ciepłym obiedzie w czynnej natenczas jeszcze restauracji u Śliwy. Taki scenariusz może nam się przytrafiać częściej i bynajmniej nie szybko nam się znudzi! Autor scenariusza - Murzyn. Dziękujemy.

Strona 1 z 2