Katarzyna Lena Koprowska
niedziela, 28 kwiecień 2019 20:22

2019.04.26-28 Belgia. Fort de Barchon.

Katarzyna Lena Koprowska

Mariusz Harmasz - Osoba Towarzysząca

Géry „Wiewiórka” Berghmans - Osoba Towarzysząca

***english version below***

Géry Berghmans, znany wielu członkom naszego klubu (których rzecz jasna w jego imieniu serdecznie pozdrawiam) zaprosił mnie na największy w Belgii zjazd speleologów. Spotkanie odbywa się w starym forcie, w tym roku obchodziło swoją dwudziestą rocznicę. 
 
Trochę wiedziałam czego mogę się spodziewać, poniewać oglądałam film z poprzednich edycji, a mimo tego byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. 
 
Przede wszystkim dobra organizacja. W recepcji osoba mówiąca po angielsku (co nie jest u Belgów jednak normą), bilet kosztował mnie 6 euro za dzień. Zaplecze sanitarne bardzo przyzwoite. Można spać dosłownie gdzie się chce: auto, namiot, stare garaże i pustostany. Ale starzy bywalcy wiedzą gdzie jest stała miejscówka Flamandczyków, a gdzie Niemców, gdzie rozkładają się zwykle Anglicy a gdzie Duńczycy etc. Dzięki temu w zależności od preferencji można mieć sąsiadów spokojnych albo towarzyskich, śpiących lub balujących do rana :) 
 
Każdy z blisko 300 w sumie uczestników dostawał kserówkę mapki całego fortu oraz opis przejść - niestety wyłącznie po francusku. W tym roku zostało przygotowanych 7 tras o różnej długości, różnym charakterze i poziomie trudności. Od klasycznego ciorania i przesiskania się przez korytarze rozmiarów szybu wentylacyjnego, przez zaporęczowane  długie trawersy na dziesiątkach metrów murów w środku i na zewnątrz, przez via ferratowe i parkowo-linowe odcinki preferowane przez dzieciaki, aż po zalane korytarze i sztuczny wodospad dla kanioningowców. Przy tym parę tyrolek, kilkunastometrowa ścianka wspinaczkowa, zabawa na obrotowych beczkach i mamy cały weekend pełen wrażeń. A jak do tego dodamy znajomych, gorącą kawę, napije chłodzące, belgijskie frytki to wierzcie mi - nic więcej nie trzeba. Festiwal na medal, wszyscy wyszli z uśmiechami na twarzach mimo deszczowej pogody. 
 
Dla Belgów to doskonała okazja to poćwiczenia technik linowych, bo w swoich jaskiniach rzadko miewają do tego okazję. Z niepewnością patrzyli w moją stronę gdy przed nami pojawiał się odciąg czy tzw. przez nich umbrella, martwiąc się, że swoim fatalnym angielskim będą musieli mi tłumaczyć jak to przejść.. ;) Na szczęście wszystko zawsze szło płynnie i tylko duża liczba uczestników czasami korkowała trudniejsze momenty. Ale jeśli temperatura pod ziemią jest rzędu 10-12 stopni to można poczekać, nawet jeśli nie zrozumiesz nic z prowadzonych w miedzyczasie po francusku dialogów. 
 
***
 
Géry Berghmans invited me to the biggest speleo meeting in Belgium. (Of course greetings to: Wacék, Béata, Martina, Jurek & Jurek, Zbysiek, Jarek Gutek, Zòszia and many others from club) The event takes a fantastic place: in an old fort, this year celebrating its twentieth anniversary.
 
I knew a little what to expect, because I watched a film from previous editions. But yet I was very positively surprised.
First - good organization. At the reception a person speaking English (which is not the norm in Belgium). The ticket cost 6 euros per day. Toalets and shower very decent. You can sleep literally where you want: car, tent, old garages and vacant space. But old regulars know where there is a permanent place of the Flemish people, and where the Germans, where usually the English break down, and where the Danes, etc. So you can choose your place depending on your preferences: you can have calm or social neighbors, sleeping or sitting until the morning.
 
Every guest got a map of the entire fort and a description of the passages - unfortunately only in French. This year thay prepare 7 parkours of varying length, different character and level of difficulty. From the classic squeezing through the corridors the size of the ventilation shaft, through the barred long traverses in- and outside, via ferrata and park-rope sections preferred by kids, to flooded corridors and an artificial waterfall for canyoners. Also zip lines, climbing wall, fun on rotating barrels and we have a whole weekend full of excitement. And when you add for all of this: friends, hot coffee, cooling drinks, Belgian fries, believe me - nothing more is needed. The festival was fantastic experiance, everyone left with smiles on their faces - despite the rainy weather.
wtorek, 16 kwiecień 2019 20:04

2019.03.13 Belgia. Réseau de Frêsnes.

 

Katarzyna Lena Koprowska
Astragal Club:
Eric Deflorenne
Didier Liépin
Jenny Willems
Pascal Evens
Aurélie Evens 
Alain Evens
 
Historia kluczy do Jaskini/Story of a key to cave.
Lucienne, która teraz przechowuje klucze, ma 80 lat. Kiedy była młoda eksplorowała część jaskini nurkując syfon. Ta część nazywa się teraz grotą Lucienne. Potem znaleziono połączenie z inną jaskinią - Le Solitaire - czyniąc z niej jedną dużą (oczywiście w skali Belgii ;))
 
For history, Lucienne, who's keeping the key, is now 80 years old and, when she was young, she discovers a part of the cave by diving a sump. This part is now called "grotte Lucienne" and later a junction was found with another cave, "Le Solitaire" to make a big cave ("big" at the Belgian level)
 
Okoliczności przyrody/Circumstances of nature
Wejście do jaskini znajduje się w uroczej miejscowości Lustin. Ona sama w sobie jest warta odwiedzenia, ponieważ jest pięknie położona i roztacza piękny widok na rzekę, zwłaszcza z dachu i tarasu jednej z dwóch restauracji-hoteli. Było bardzo słonecznie, ale chłodno i wietrznie - na tyle, że pod ziemią wydawało się cieplej niż na powierzchni. 
 
The hole of cave is in the lovely town Lustin. It is beautifully situated and offers a beautiful view of the river, especially from the roof and terrace. It was very sunny, but cool and windy - we feel, that in underground was warmer than in the surface.
 
Besprzętowy nie znaczy łatwy/No-equipment is not so easy.
Całość to labirynt korytarzy na dobre osiem godzin ciężkiego ciorania. Alain zna cały obiekt jak własną kieszeń, brał bowiem udział w jego eksploracji. Wybrał dla nas kilka najciekawszych korytarzy na cztery godziny czołgania - wierzcie mi, że wszystkim w zupełności to wystarczyło, aby poczuć ten satysfakcjonujący wymiar zmęczenia. Zapowiadało się ciekawie, ale było po prostu ciasno - wszędzie bardzo ciasno. Przy wejściu jeden odcinek linowy, a reszta jaskini bezsprzętowa, więc wydawać by się mogło, że łatwa, ale bardzo bardzo przytulnie ciasna, więc miejscami wyciskająca pot nie tylko z czoła i autentycznie niełatwa. 
 
Zgodnie z zapowiedziami, które wcześniej słyszałam, jedna z najładniejszych jaskiń w Belgii - zdecydowanie najładniejsza ze wszystkich trzech, które udało mi się odwiedzić. W salkach sporo nacieków, niektóre o bardzo ładnych, ciekawych kształtach, w tym jeden nazywany bocianem - w istocie przypominał ptaka stojącego ja cienkich nóżkach z długim dziobem. Ale korytarze jak w kalesonowej - i tylko góra-dół, dół-góra, ślisko od błota i zabawnie przy całym inwentarzu prychań, sapań oraz innych dźwięków, jakie  z siebie wydobywaliśmy. I nieustające dowcipki Jenny we wspaniałym ironicznym charakterystycznym dla Belgów poczuciu humoru - nie do powtórzenia :)
 
The whole is a labyrinth of corridors for a good eight hours. Alain knows the whole object as his own pocket, because he took part in his exploration. He chose for us the few most interesting corridors for four hours of crawling - believe me that all this was enough to feel this satisfaction. It promised to be interesting, but it was just crowded - everywhere very tight. At the entrance one rope section, and the rest of the cave, no-equipment, so it would seem that it was easy, but very very cozy, so places squeezing sweat not only from the forehead and genuinely not easy.
 
I heard earlier, thai is one of the most beautiful caves in Belgium - definitely the most beautiful of all three that I visit. In the rooms a lot of dripstones, some with very nice, interesting shapes, including one called a stork - in fact it resembled a bird standing with me thin legs with a long beak. Can hear only snorting, wheezing and other sounds that we extracted from each other. And of course Jenny's incessant jokes in the wonderful ironic sense of humor characteristic of the Belgians - not to be repeated :)
wtorek, 09 kwiecień 2019 21:09

2019.04.07 Belgia. Fosse aux Ours.

Katarzyna Lena Koprowska

Geert de Sadelaer (przewodnik - Speleoclub SC Cascade) 
Dirk Deroo (przewodnik - Speleoclub SC Cascade)
Peter Coun (SC Avalon)
Peter van den Bulte (SC Avalon)
Erik Bruijn (SC Avalon)
Annemie Lambert (SC Avalon)
Jos Beyens (SC Avalon)
Krzysztof Nedza Kubiniec (Speleoklub Tatarzański PTTK/SC Avalon)
Dagobert L'Ecluse (SC Avalon)

***english version below

Na stronę klubu SC Avalon trafiłam szukając informacji na temat belgijskich jaskiń. Szef klubu - Dagobert - odpisał mi błyskawicznie zachęcając do przyłączenia się do jednej z organizowanych przez nich akcji, jakich pełno w klubowym kalendarzu. Dodatkową okolicznością zachęcającą do udziału było uczestnictwo w niej innego Polaka - „..to sobie pogadacie” - pisał w mailach.
 
To było kolejne wyjście z cyklu: przebieramy się pod samochodami i idziemy pod otwór maksymalnie 5 minut :) Ponieważ ekipa była dość liczna podzieliliśmy się na dwie grupy: bardziej anglojęzyczną i językowy mix - bo jak się potem okazało przewodnik-wąsacz mówił w takim dialekcie, że nawet rodowici Belgowie mieli trudność, aby go zrozumieć. 
 
Wyjście rozpoczęliśmy od szczegółowego omówienia planu: co zobaczymy, a co jest zalane i wymaga sprzętu nurkowego. Odbywamy również krótki spacer po okolicy, by zrobić rozpoznanie wód powierzchniowych. Drzwiczki jak do domku krasnoludków, wszędzie ciasno, ciasno, ciasno. Dużo opowieści o eksploracji jaskini, historii skąd pochodzą nazwy poszczególnych jej partii, całkiem sporo ciekawych nacieków. I ciasno. Wielkie podziękowania dla przewodników, spisali się fantastycznie. Mimo iż pytali, czy nie mówią za dużo mam wrażenie, że wciąż nie wyczerpali tematu. 
 
***
 
I was looking for information about Belgian caves and I found a SC Avalon club website. The head of the club - Dagobert - wrote back to me quickly, encouraging me to join one of the events organized by them, which are full in the club calendar. He wrote also that in club they have a Polish man - Krzysztof, co we can talk to each other.
 
This was another way out of the series: we change under cars and go to the hole for a maximum of 5 minutes :) It’s not standard for me :D Because the team was quite large we divided into two groups: more English and language mix - because as it turned out the guide-mustache spoke in such a dialect, that even native Belgians had difficulty understanding it.
 
We started the output with a detailed discussion of the plan: what we will see and what is flooded and requires diving equipment. We also take a short walk around the area to make surface water recognition. The door is like a dwarf's house, cramped, tight everywhere. A lot of stories about the exploration of the cave, the history of where the names of its particular parts come from, quite a lot of interesting infiltrates. And tight. Many thanks to the guides, they did fantastic. Although they asked us if they were not talking too much, I have the impression that they have not exhausted the subject yet.
niedziela, 31 marzec 2019 12:47

2018.03.30 Rower w stylu holenderskim.

Katarzyna Lena Koprowska
Marta "Śruba" Kłopotowska (Osoba Towarzysząca)

Z czego słynie Holandia? Z sera gouda, rowerów, wiatraków i konopii.

Postanowiłyśmy skorzystać z dobroci tego kraju - połączyłyśmy przyjemne z pożytecznym, zrobiłyśmy kanapki z serem.. i przejechałyśmy się na sobotnią wycieczkę. 
Średnia wieku na ścieżkach rowerowych 65 lat. Ruch intensywny, do czego zachęcała słoneczna i bezwietrzna na te standardy pogoda. 
Piknik urządziłyśmy nad rzeką. Po drodze liczyłyśmy konie, wiatraki i mijany zapach grillowanej kiełbaski świadczącej o obecności Polaków.

Nieuwaal - Zaltbommel - Echteld - Zaltbommel - Hedel - Zuilichem - Nieuwaal. Niechcący wyszło nam 100 km. 
Dziękuję. Pozdrawiam.

poniedziałek, 25 marzec 2019 19:48

2019.03.24 Belgia. Abîme de Lesves

Alain Evens
Katarzyna Lena Koprowska
Jacques Lempereur
Eric Deflorenne
Laurent Rasquinet
Didier "Blink" Liépin 
Jenny Willems
Pascal Evens
Aurélie Evens

Géry Berghmans (Osoba Towarzysząca)
Marta Śruba Kłopotowska (Osoba Towarzysząca)

***something like "english version" below***

Dzięki przypieczętowanej przez komisję ślubną współpracy międzyklubowej Bielsko-Biała - Belgia oraz z nieocenioną pomocą Wacka Przygody Michalskiego udało mi się nawiązać kontakt i umówić na wspólne wyjście do jaskini z tamtejszym speleoklubem.  

Otwór jaskini znajduje się w wioseczce nieopodal miejscowości Namur. Umówiliśmy się w niedzielę na godzinę 11:00. Wszyscy dotarli bez problemu. Ekipa liczyła sobie 9 osób, więc wyobrażałam sobie, że będzie sporo czekania.. Od auta do otworu dzielił nas dystans 5 minut na pieszo (!). Poręczowanie było o tyle zabawne, że należało do chłopaka, który rzekomo zawsze czegoś zapomina, a często zdarza mu się nie zabrać wora z linami, co rzecz jasna okazuje się dopiero w momencie, kiedy są potrzebne. 
 
Jako gość zostałam wprowadzona do kolejki między dwie anglojęzyczne osoby (cała reszta rzecz jasna władała wyłącznie francuskim, w którym ja znam chyba tylko trzy słowa: „wolna”, „dziękuję” i „winobranie”). Dzięki temu dowiedziałam się, że większość z uczestników akcji ma średnio około ośmioletnie doświadczenie, rekordzista chodzi po jaskiniach dwadzieścia lat. Zatem jak usłyszeli, że ja chodzę od roku byli zaskoczeni jak ja w ogóle się tam znalazłam i co ja tam z nimi w ogóle robię… Bo przecież to nie w imię starej przyjaźni… Ponadto opowiedzieli mi, że ten otwór bardzo często jest zalewany wodą z deszczu, zatem zabiera ze sobą dużo materiału powierzchniowego: ziemi, liści, gałęzi etc. Teraz stan wody był bardzo niski, więc obiecywali, że na pewno przejdziemy jaskinię do końca. 
 
Oczywiście nie obyło się bez mojej ulubionej poza granicami Polski dyskusji, którą da się zrozumieć bez znajomości jakiegokolwiek języka:
  • Qu'est ce que c’est?
  • Shunt.
  • ?
  • Prusik.
  • Aaa. :)
 
Pierwsze odcinki linowe, stosunkowo krótkie i proste, nawet duża liczba osób nie wywołała zakorkowania akcji. Alain, który szedł przede mną i który orientuje się w skali polskich Tatr zaśmiał się przed 14-metrową studzienką, że w Belgii to już duża i emocjonująca rzecz :) A gdy dojechaliśmy na sam dół okazało się, że w meandrze wzdłuż płynącej wąskim strumieniem strużki wody zalega kosmiczna wręcz ilość podeszczowego materiału i błota, które  aż wsysało kalosze. Potem mieliśmy do pokonania krótki odcinek podobny do naszej rury w miętusiej, tylko cały wypełniony błotem konsystencji czekolady. Oblepiło nas szczelnie od stóp do głów, więc gdy wyjęłam ze szpejarki czystą rolkę to o mało nie rozpętała się wojna na błotne kulki aby tylko jak najszybciej doprowadzić ją do prawidłowego stanu zabrudzenia. 

Uczestnicy bacznie patrzyli na moją reakcję tłumacząc, żebym nie zrażała się to belgijskich podziemi, bo jaskinie zwykle tak nie wyglądają. Ja natomiast bawiłam się jak dziecko i głośno śmiałam: z poziomu zabrudzenia kombinezonu, szpeju, ilości błota w butach i ślizgania po wszystkim i wszędzie. 

Po wyjściu czekał nas jeszcze poczęstunek z okazji urodzin jednej z belgijskich uczestniczek w iście francuskim stylu. Ja byłam kierowcą, więc proszę interpretować temat bez jakichkolwiek dwuznaczności i podtekstów. 

***

The hole of the cave is located in a village near Namur. We made an appointment on Sunday at 11:00. Everyone arrived without problems. The team consisted of 9 people, so I imagined that there would be a lot of waiting .. From the car to the hole we shared a distance of 5 minutes on foot (!). Rig was so much fun that it belonged to a boy - Pascal - who always forgets something, and often he does not take a cave pack with ropes, which of course turns out exactly when they are needed.
 
As a guest, I was introduced to the queue between two the best-English-speaking people. I found out that people have an average of about eight years of experience, the record holder walks around the caves for twenty years. So when they heard that I have been walking for a year, I was surprised: how I found myself there and what I do with them at all ... Because it's not in the name of an old friendship ... In addition, they told me that this hole is often flooded with water rain, hence takes a lot of surface material with him: mud, leaves, branches etc. Now the water level was very low, so they promised that we would definitely go through the cave to the end.
 
Of course it was a place and time for my favorite discussions, which can be understood without knowing any language:
  • Qu'est ce que c’est?
  • Shunt.
  • ?
  • Prusik.
  • Aaa. :)
 
The first rope sections, relatively short and straight. Even a lot of people did not make a traffic. Alain, who was walking in front of me and who knows the scale of the Polish Tatras, laughed before a 14-meter well, that in Belgium is already a big and exciting thing :) In the lower parts we found a cosmic amount of mud in the consistency of chocolate. We were sealed tight from head to toe. So when I took a clean petzl simple from my little cave pack, the war on mud balls almost broke loose so as to bring it to the proper condition of dirt as soon as possible.
 
Everyone cautiously looked at my reaction. Thay explaining me that the caves usually do not look like that. I, however, played like a child and loudly laughed: from the level of dirt on my oversuit, harness, the amount of mud in the shoes and slipping on everything and everywhere.
 
After leaving, we were celebrated the birthday party of Jenny. We took a few photos to show Polish people this beautiful belgian caving tradition.
Thanks for meeteng. See you soon!

 

Katarzyna Lena Koprowska
Katarzyna Maria Iwańska - Osoba Towarzysząca
Marta „Śruba” Kłopotowska - Osoba Towarzysząca
 
Chwilowo przyszło mi żyć i pracować w Holandii - kraju płaskim jak stół i całkowicie pozbawionym zjawisk krasowych.
 
Przyprawia mnie to o cień rozpaczy.
 
Dlatego jeden z wolnych weekendów postanowiłam przeznaczyć na zorganizowanie wycieczki do sąsiadów, którzy jaskinie posiadają - czyli do Belgii. Ze względu na osoby towarzyszące - spoza środowiska grotołazów - padło na jaskinię turystyczną Les Grottes de Remouchamps w niewielkiej miejscowości Sougne. 
 
Grupa zwiedzających była kameralna i międzynarodowa: my we 3 z Polski (anglojęzyczne), parka z Francji (wyłącznie francuskojęzyczna) i dwie belgijskie rodzinki z dzieciakami (przez wzgląd na dzieciaki wyłącznie belgijskojęzyczne). W związku z tym przewodnik miał nie lada robotę, bo każdy odcinek opowiadał w trzech różnych językach. Bardzo miło nas to zaskoczyło. Jest to chyba jednocześnie dowód na to, że jaskinia cieszy się dużym zainteresowaniem turystów z różnych części świata. 
 
Pierwsza część - spacerowa, wyznaczonymi oświetlonymi chodnikami. Kilka ładnych nacieków i na końcu spora sala zawaliskowa, w której rzekomo odbywają się koncerty wokalne dzięki wspaniałej akustyce. Część druga - wodna. Rejs zalanymi korytarzami, podobno najdłuższy w całej Europie, bo liczący 700 m długości. Mieliśmy sporo szczęścia, że w ogóle się odbył, bo z opowieści przewodnika wynikało, że dwa tygodnie wcześniej stan wody był tak wysoki, że łódź nie zmieściłaby się pod niskim stropem. Dowodem na jego słowa było wszędobylska świeżutka warstwa miękkiego błota. 
 
NIestety nie honorują zniżek dla polskich grotołazów. Zatem to była moja najdroższa wizyta pod ziemią - 16 euro (ściągnęło mi z konta 73 zł omg). To chyba wystarczający dowód mej rozpaczy.
środa, 26 grudzień 2018 13:39

2018.12.25 Gerlitzen Gipfel 1909 m.n.p.m.

Katarzyna Lena Koprowska
Katarzyna Maria Iwańska - Osoba Towarzysząca

Ponieważ nie siedzimy z naszymi rodzinami przy stole, tylko w pięknych zalanych słońcem i obsypanych śniegiem austriackich alpach wybrałyśmy się na rekonesans okolicy.
Tam za moimi plecami już widać słoweński Triglav (2864 m.n.p.m).  
Jak mówi Wiki: "Gerlitzen - góra w Austrii wysokości 1909 m.n.p.m. położona w paśmie Alp Gurktalskich w grupie górskiej Nockberge. Administracyjnie należy do kraju związkowego Karyntia, powiatu Villach Land, dwóch gmin Treffen i Arriach." Gerlitzen jest rajem narciarzy i narciarzy biegowych. Na tej jednej górze jest 42 km tras zjazdowych i 50 km tras biegowych. Wyciągi jeżdżą od 8:30 do 17:00, a sezon trwa do 31.03.

Pozdrawiam gorąco cały klub. Buziaki!!

Robert Macfarlane “Szlaki. Opowieści o wędrówkach”

Literatura podróżnicza zawsze była, jest i będzie atrakcyjna. Niewyczerpalna bowiem jest metafora życia jako drogi, literatury jako wędrówki oraz wędrówki przez literaturę. Samo podróżowanie staje się coraz łatwiej dostępne. Na tyle, że większość europejskich “must see” są dla nas opatrzone, przereklamowane i oklepane, a turysta, nawet ten wodzący palcem po mapie (również satelitarnej) szuka atrakcyjnego pretekstu by zejść z głównych szlaków.

Dlatego właśnie powstają takie książki jak ta. By autor mógł podzielić się swoją interpretacją tych metafor, a czytelnik, czy później wędrowiec, został na tyle zaintrygowany, aby zechciał podążać jej śladem.

Nie jest żadną przesadą stwierdzić, że Robert Macfarlane zna wyspy brytyjskie jak własną kieszeń, niemal kamień na kamieniu. Ich spuścizną historyczną dzieli się z nami w najmniejszych szczegółach pretendując do tytułu specjalisty na wzór autorytetów, na które się powołuje. Przytacza cytaty wielu klasycznych i współczesnych filozofów w perspektywie czasu prezentując, jak zmieniała się myśl o wędrowaniu. W tym ideologicznym wstępie pojawia się fragment, który już nigdy nie pozwoli nam podjąć drogi tak samo jak zwykle, a każdy krok da nam innej jakości poznawanie - tak świata, jak i siebie:

Od dawna fascynuje mnie, w jaki sposób ludzie próbują zrozumieć samych siebie za pomocą krajobrazu, osobistych topografii, które noszą w sobie, za pomocą map, które sporządzają, aby poruszać się po tych wewnętrznych krainach. Myślimy metaforami zaczerpniętymi z miejsc i czasami te metafory nie tylko przyozdabiają nasze myśli, ale również je aktywnie tworzą. Krajobraz, by przywołać frazę George Eliot, może “rozszerzyć wyobrażany obszar, w którym zamieszkuje ja”.

Powiedziałbym, że krajobraz jawi nam się nie jako molo albo półwysep, skończony i ograniczony w swoim rozmiarze i zasięgu, ale jako rodzaj światła słonecznego, nieuchwytnego w swej migotliwości a jednak często pogłębiającego i rozjaśniającego. Przywykliśmy mówić, czasami ze wstydem, co sądzimy o miejscach - znacznie gorzej idzie nam mówienie, co miejsca myślą o nas. Odnoszę od pewnego czasu wrażenie, że dwa pytania, które powinniśmy zadać w odniesieniu do jakiegokolwiek wyrazistego krajobrazu brzmią następująco: po pierwsze, co takiego wiem, kiedy przebywam w tym miejscu, a czego nie mógłbym widzieć nigdzie indziej? I, po drugie, wykazując się pewną zarozumiałością, co to miejsce wie o mnie, czego ja sam nie mogę o sobie wiedzieć?

 

O ile zatem idea jest fascynująca, o tyle jej realizacja już nieco mniej. Podążamy za autorem dawnymi zatartymi szlakami, ziemnymi i morskimi, odkrywając je po raz pierwszy i jednocześnie odkrywając je z nim ponownie - w nowym świetle. Spotykamy ślady, historyczne tropy i duchy przeszłości. Ale wędrujemy nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, a perspektywa jest krótka jak w mglisty poranek. Snujące się opowieści - owszem - trochę zabawne, trochę ciekawe, ale mnie z ciepłego łóżka i od filiżanki kakao do odkrywania brytyjskich duktów nie poderwały.
Zgadzam się z innymi czytelnikami wyrażającymi swoje opinie. Gdyby w załączeniu do książki była stworzona na potrzeby tych opowieści stosowna mapka i można byłoby spacerować po niej palcem, być może bardziej zadziałałoby to na wyobraźnię i zaangażowanie odbiorców. Bądź być może gdyby autor w ten sposób opowiadał o miejscu, które ja bardzo dobrze znam, poszłabym tam sprawdzić to, co zobaczył on. Ale nie jestem tak zagorzałym jak Macfarlane pasjonatem wysp brytyjskich. Dlatego w tej sytuacji spędziłam kilka długich zimowych wieczorów spacerując tu i ówdzie bez wychodzenia z domu.
Od książki okrzykniętej brytyjskim geniuszem oczekiwałabym wywołania we mnie nieco więcej emocji. Natomiast piękną filozoficzną refleksję pozostawię w sobie na długo. Podejmując nowy szlak popatrzę na niego zupełnie inaczej niż zazwyczaj - dużo bardziej świadomie. Z uposażeniem dziejów oraz moim osobistym.

2018.12.01 Akcja Kursowa. Kasprowa Wyżnia i Kasprowa Średnia.

 
Bartosz Baturo
Kuba Binda
Marta Boruch
Tomek Murzyn Grzegrzułka
Piotr Knop
Kasia Ciasna Lena Koprowska
Tomasz Liszowski
Mateusz Kubina
Wacek Przygoda Michalski
Maciek Nowakowski
Norbert Miczołek
Łukasz Piechocki
Magda Prochalska
 
2018.12.02 Akcja Kursowa. Śpiących Rycerzy.
 
Kuba Binda
Tomek Murzyn Grzegrzułka
Kasia Ciasna Lena Koprowska
Tomasz Liszowski
Wacek Przygoda Michalski
Norbert Miczołek
Kamil Polański
Magda Prochalska
 
Pogodę na ten wyjazd zamówiliśmy z dwutygodniowym wyprzedzeniem, aby mieć widokowy zjazd między Kasprowymi. Zamówiliśmy tak skutecznie, że była lampa, lekki śnieżek, rześki mrozik, i starczyło nam tego i na sobotę i na niedzielę. 
 
Przyjazd na bazę w piątkowy wieczór. Pogadanka nad planami i mapą Tatr. Na podejściu obłędnie pięknie. Omawialiśmy otoczenie doliny Bystrej oraz piękne formy pokrywy śnieżnej. Poręczowali i reporęczowali starsi koledzy i koleżanki, kursanci sprawnie i bez zbędnych ceregieli przeszli wszystkie trudności: zjazdy, prożki i 70 m zjazdu. Nikt nawet nie zapiszczał ani nie zamarudził. Brawo!
Oto dosłowne wrażenia kursu N:
"Podejście na Zawracik Kasprowy jak dla mnie wyczerpująco ciężkie a ponoć to tylko podejścia lajtowe. Zamianka plecaków z kolegą Łukaszem Pi uratowała mnie i dotarłam (...)
Zjazd 70 m w stronę Kasprowej  Średniej bez adrenaliny. Prawdopodobnie poziom zmęczenia na podejściu wyłączył u mnie instynkty zachowawczo obronne."
 
Po akcji obiad w Kolibecce na rondzie w Kuźnicach i dinozaurowe porcje, które doprowadziły nas do pełni szczęścia i spazmów śmiechu. Na bazie międzyklubowe andrzejki z kursantami z Krakowa. Laliśmy wosk przez klucz i rzucaliśmy cienie na ścianę. Ubaw po pachy, tańce, hulanki, swawole! i mistrzowskie cytaty:
„Potrzebuję stopić więcej wosku, żeby mi wyszły większe piersi”. 
 
Drugiego dnia fantastyczny spacer Doliną Małej Łąki, pogadanka topograficzna i upajanie się pięknymi okolicznościami tatrzańskiej przyrody. Podejście pod jaskinię łaskawe. Akcja w dziurze przeprowadzona błyskawicznie, wszyscy zmierzyli się z zaciskiem na końcu.

Bilans zysków i strat wg Magdy:
Straty:
-liczne otarcia i zasinienia kończyn dolnych i górnych.
-dziura na dupie w nowych spodniach.
-strata 15 letniej czapki – chyba powędrowała już do lepszego życia – dzielnie służyła więc w końcu należało się jej to.
Zyski:
-świetni zakręceni ludzie,
-niezapomniane przeżycie,
-poczucie satysfakcji z wygranej z własnym stchórzeniem i słabościami fizycznymi,
-nowa ładowarka (okazało się że Leny).

Przed odjazdem zdjęcie z naszą ukochaną Panią Gospodynią Krysią oraz obowiązkowy niedzielny obiad u Śliwy. 
 
poniedziałek, 19 listopad 2018 19:48

2018.11.09-12 Czechy. Morawski Kras. 

Uczestnicy wyjazdu:

Bartosz Baturo
Błażej Gawlik
Agnieszka Gądek
Zdzisek Grebl
Zbyszek Grzybek
Katarzyna Lena Koprowska
Paweł Kacperkiewicz
Beata Michalska-Kacperkiewicz
Wacek Michalski
Łukasz Piechocki
Teresa Zwierzchowska
 
Fakty:
Zaliczono ok. 20 obiektów jaskiniowych:
 
Dzień 1:
Rudickie Propadani
Hladomorna pod grodem Holstejn
Byci Skala
 
Dzień 2:
Punkevni jaskyne + przepaść Macocha
Lopać
 
Dzień 3:
Jaskinia Cygańska, 
Balcerova Skała, 
Liści Dira
Jaskinie w Suchym Żlebie
 
Wokół faktów:
Korzystając z kontaktów nawiązanych rok wcześniej z wielkim poświęceniem (patrz sprawozdanie 2017.05.25-28 Morawy) Speleoklub Bielsko wraca na na Morawski Kras w nieco odświeżonym składzie. <uwaga, artykuł może zawierać lokowanie produktu> Gości nas kamping Oslovec - bardzo przyzwoity ośrodek z wygodnymi łóżkami, pościelą (!) i małym zapleczem kuchennym. My oczywiście do tego zorganizowaliśmy sobie na korytarzu zaplecze dyskusyjne i już pierwszego wieczoru, zaraz po przyjeździe, toczyliśmy dysputy do późnych godzin wieczornych. 
 
Pogodę mamy lepszą niż jak na zamówienie. Początek listopada z temperaturą dodatnią, od dwóch tygodni brak opadów co zaprocentowało niskim poziomem wody w jaskiniach. Tylko słonka mogłoby być trochę więcej, no ale pod ziemią ostatecznie nie grało to tak wielkiej roli. Za to zaraz po wejściu musieliśmy się rozbierać :) bo temperatura w dziurach dobrych parę stopni wyższa niż w naszych Tatrach czy Beskidach.
 
Rano jesteśmy umówieni z Alojzem na wejście do jaskini Rudickie Propadani. Stawiamy się punktualnie pod młynem i czekamy, aż komercyjna grupa prowadzona przez Czecha zyska przed nami trochę czasu. Jaskinia bardzo ładna, wszystkie trudności i przeszkody wodne pokonujemy drabinkami oraz ułatwieniami ze stalowych lin. Przejście właściwie na sucho, stan wody ledwo ponad kalosz.
 
Po wyjściu udajemy się na obiad i małą integrację w czeskim stylu: zupa szynkowa, knedlik. Potem jeszcze krótki spacer w okolicy przepaści Macocha, szybki skok do miejscowości Holstejn do jaskini Hladomorn i na piwko :) A na koniec do chaty w lesie po klucz do Byci Skala. Zupełnie dla nas niespodziewanie okazuje się, że następnego dnia Czechów w chacie nie będzie, więc jeśli chcemy połazić to musimy… Teraz. Na zegarze godzina 19:00. Oczywiście wchodzimy. Początek przypomina magazyn na placu budowy: pełno tu rur, kabli i jakiegoś budowlanego osprzętu. Ale już za wielkimi drzwiami jaskinia prawie nie tknięta ludzką ręką. W tempie błyskawicznym dobiegamy do końca, a w drodze powrotnej dajemy jeszcze nura do zalanego przełazu, czyli kaczki. 
 
Wieczorna debata przeciąga się do 4:00 nad ranem, na szczęście to nie krzyżuje planów stawienia się na czas do największej atrakcji regionu - jaskini Punkevni. Z tytułu przynależności klubowej - wstęp darmowy hy hy hy. Wybetonowane chodniki i zastane oświetlenie nie są niczym drażniącym w porównaniu do dykcji i ekspresji naszej przewodniczki, która jak raz ma naprawdę sporo do powiedzenia o naciekach w kształcie miast, sów, aniołów, Romea i Julii. 
 
Po południu korzystamy jeszcze z kluczy do jaskini Lopać. Po raz kolejny większość trudności pokonujemy na drabinach. Ciepło nakazuje nam się szybko rozbierać, a nieciekawy zapach - ogólnie spieszyć ;) Na obiad niezapomniana czosnkowa. Wieczorem część ekipy wraca do Bielska, a najwytrwalsi wracają do debaty radosnej i owocnej w plany na dzień następny.
 
Jaskinie turystyczne nas do siebie nie wpuściły, gdyż w poniedziałki (podobnie jak polskie muzea) są po prostu nieczynne. Dlatego odbyliśmy malowniczy spacer po jaskiniach w Ostrov u Macochy (Jaskinia Cygańska, Balcerova Skała, Liści Dira). Humory dopisywały, więc szukaliśmy śladów człowieka prehistorycznego „Kromaniona”. Zdziskowi nawet udało się znaleść jego bieliznę - majtki bokserki :D *** Będziemy tam wzywać czeskich archeologów! A po południu wędrowaliśmy po Pustym Żlebie i zaglądaliśmy do wszystkich dostępnych jaskiń. Przed wyjazdem oczywiście obiad: smażony syr i pieczona kaczka na modrej kapuście. Syci i usatysfakcjonowani wracaliśmy do Polski z planem na kolejny wyjazd w tamte okolice wiosną 2019. 
 
***Pytanie: bokserki były Zdziska, czy Kromaniona..? :D
Strona 1 z 2