Dział Beskidzki
Jaskinie i wyprawy (1611)
Agnieszka Byrtek
Krzysztof Górski
Jerzy Korzec (KW Bielsko-Biała)
Idąc za pomysłem podsuniętym przez kolegę z KW Bielsko-Biała postanowiliśmy tego lata zdobyć tzw Koronę Bałkanów. W związku z tym, że wg różnych podziałów istnieją pewne rozbieżności co do krajów należących do półwyspu Bałkańskiego – ustaliliśmy listę szczytów i ruszyliśmy w drogę:)
Zdobycie całej korony z różnymi przygodami zajęło nam zaledwie 12 dni. W tym czasie pokonaliśmy:
141,9 km – łączny dystans
12 178 m – łączna suma podejść
Szczyty wg daty zdobycia:
1. Serbia – najwyższy szczyt Midzor 2.169m npm - zdobyty 20 lipca 2015
2. Bułgaria - najwyższy szczyt Musala 2.925m npm - zdobyty 21 lipca 2015
3. Grecja – najwyższy szczyt Mitikas (Olimp) 2.917m npm – zdobyty 23 lipca 2015
4. Macedonia i Albania – najwyższy (wspólny) szczyt Golem Korab 2.764m npm -
zdobyty 24 lipca 2015
5. Kosowo – najwyższy szczyt Deravica 2. 656m npm - zdobyty 27 lipca 2015
6. Czarnogóra – najwyższy szczyt Zla Kolata 2.534m npm – zdobyty 28 lipca 2015
7. Bośnia i Hercegowina – najwyższy szczyt Maglic 2.386m npm - zdobyty 29 lipca 2015
8. Chorwacja – najwyższy szczyt Dinara 1.913m npm - zdobyty – zdobyty 31 lipca 2015
Wszystkich chętnych zapraszamy na pokaz zdjęć 11 sierpnia 2015r w siedzibie klubu.
2015.07.11-19 Francja Vercors + Chartreuse, Kaniony
Napisał Michał Ganszer
Agnieszka Byrtek
Michał Ganszer
Krzysztof Górski
Paweł Kasperkiewicz
Kuba Krajewski
Beata Michalska-Kasperkiewicz
Kamil Oślizło - KW Jastrzębie
Jerzy Pukowski
Anna Sobańska - Fanklub SBB
Gabriela Sobańska OT
Marek Sobański - Fanklub SBB
Natalia Sobańska OT
Bejke - Fanklub SBB
W trakcie wyjazdu, w różnych konfiguracjach osobowych pokonano 5 kanionów: Le Furon, L' Infernet, La Pissarde, Les Ecouges (Partie II), Le Versoud oraz ferratę na Bastylii w Grenoble. Jedynie Bejke nie schodziła kanionem ani nie była na ferracie J. Byliśmy także na spacerze na plateau de Moliere, gdzie w 98 roku, w trakcie wyprawy do Goufre Berger było nasze klubowe obozowisko, a wtedy też Furon był właśnie naszym pierwszym klubowym kanionem.
Z tegorocznych kanionów najbardziej podobał nam się L' Infernet, choć w książce wyglądał na banalny i krótki J, okazało się że jest pełny wody J. Zresztą każdy z nich miał swoje plusy i minusy, zachwyty i nudy. Pomimo długotrwałych upałów w okolicy, w naszych kanionach wody było wystarczająco dużo by świetnie się bawić.
Gabriela Gajny
Krzysztioof Gajny
Czas akcji w Jaskini 4 godziny.
Pogoda dopisała, spotkaliśmy dwa zespoły z Polski działające w jaskinini w oparciu o Polanę Rogozniczańską
Maciej Waszek
Obóz Tatrzański był dla nas ukoronowaniem rocznego Kursu Taternictwa Jaskiniowego. To tutaj właśnie czekał nas najważniejszy praktyczny sprawdzian umiejętności poruszania się po jaskiniach - trawers Jaskini Czarnej... ale po kolei :)
Wyjazdowi towarzyszyły z mojej strony mieszany nastrój - z jednej strony dopiero co wróciłem z Alp jakby nie było trochę wymęczony, a z drugiej w głowie ciągle echa porannej burzy, połamane drzewa... słowem lekki zamęt.
Jakie by nie były początki, udało się wyjechać w ten sam dzień wieczorem. Na Polanę Rozoźniczańską przyjechałem razem z Gabrielem, tego samego dnia przyjechał również Marek z Marcelem. Dzień wcześniej stawili się Wojtek, Maciek i Aśka, którzy planowali wspinaczkę na Mnicha (aura niestety zweryfikowała ich plany). Sama Polana Rogoźniczańska jako baza wypadowa PZA jest miejscem bardzo przyjemnym. Do dyspozycji ciepły prysznic, kuchnia, namioty na drewnianych podestach nie podsiąkają rosą, przyjemnie tutaj.
Sen zmorzył większość z nas w miarę wcześnie, w końcu rankiem czekała nas pobudka i kawał trasy. Kiedy następnego dnia w końcu się pozbieraliśmy, wyruszyliśmy w drogę do Jaskini Śnieżnej pod okiem dwojga instruktorów - Wacka i Zosi. Trasę do otworu wejściowego rozpoczynamy zostawiając samochody na może nie do końca publicznym parkingu przy Wojskowym Ośrodku Szkolno-Kondycyjnym, póki co nikt nie miał pretensji :) Pniemy się w górę żółtym szlakiem przez Dolinę Małej Łąki, w okolicach Małej Polany Rówienki przecinając Ścieżkę nad Reglami. Po lewej stronie towarzyszy nam grzbiet Grzybowca, natomiast bardziej na południowy zachód w oczy wrzyna się Wielka Turnia, w której stronę zmierzamy zostawiając za sobą szlak turystyczny po lewej stronie. Podejście obfituje w piękne okazy miejscowej flory - szczególnie w oczy rzuca się nam wszędobylska wierzbówka kiprzyca oraz rdest wężownik. Jak to na kursie dowiadujemy się też ciekawych rzeczy... Z występującej tutaj roślinki - Litwor Arcydzięgiel - ponoć pędzi się jakiś rodzaj nalewek... :) Ale zaraz zaraz, to kurs taternicki, więc nie zbaczajmy z tematu! Po stosunkowo stromym podejściu wita nas otwór jaskini. Uraczył nas bezgłośnym wyjaśnieniem swojej nazwy - z jaskini wiało niemiłosiernym chłodem... Ale zjeżdżać trzeba, jeszcze w tej dziurze nie byliśmy! Po przejściu słynnego lodospadu zjeżdżamy na dół Wielkiej Studni. Tutaj rozdzielamy się na dwie grupy. Silniejsi i bardziej rozochoceni schodzą dalej aż do wodociągu, ja z Wojtkiem, Maćkiem i Zosią wychodzimy na górę. Oj podejścia na linach tak dużych studni trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć - to jedyna metoda na sprawne ich pokonywanie! Na szczęście wbrew moim obawom, studnię udaje się pokonać w miarę sprawnie i wychodzimy na zewnątrz około godziny 16. Dość szybko decydujemy się schodzić nie czekając na resztę, gdyż nie mamy pojęcia jak daleko zdecydują się pójść. Okazało się to słusznym wyborem - wkrótce zaczyna padać deszcz. Nie zmoczyło nas jakoś szczególnie, tym bardziej, że Maciek, który objął we władanie kluczyki wozu Wacka, wystrzelił do przodu przed resztę i podjechał te 100 metrów bliżej :)
Piątek, godzina 9:00 - godzina zero. Ruszamy na najważniejszą akcję jaskiniową podczas całego kursu. Samochody zostawiamy w Kirach i zmierzamy przez Dolinę Kościeliską wprost do Jaskini Czarnej. Aby dostać się do jej otworu w pewnym momencie musimy zboczyć z uczęszczanego przez zwykłych (i tych zdrowych psychicznie) szlaku w prawo, stromo pod górę... Kierowniczką akcji dzień wcześniej - o ile nie na początku kursu - ogłoszona zostaje Asia, która przydzieliła każdemu miejsce w szyku oraz sprzęt. Akcja w tak dużej grupie zaczęła się mocno przeciągać, gdyż zawsze będą wśród nas silniejsi i słabsi, ale wszyscy kursanci wspinali się na wyżyny swoich własnych możliwości. Trzeba przyznać, że sama Jaskinia Czarna jest tworem wprost przepięknym! Po drodze mijaliśmy wiele ciekawych miejsc takich jak Trawers Herkulesa czy Szmaragdowe Jeziorko, w którym nikt nie miał ochoty zaznać kąpieli. Słowa uznania dla Maćka za ostatnie poręczowanie - nie była to rzecz łatwa, a poradził sobie znakomicie!
Kiedy wszyscy już opuściliśmy północny otwór jaskini, na polu zrobiło się już ciemno, a do tego coraz chłodniej. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż minęło tyle czasu. Szczęśliwi podobno czasu nie liczą? Czym prędzej udaliśmy się w drogę powrotną (w końcu Wojtek naobiecywał winka od Janka po akcji, a my mamy się po nocach włóczyć?!), aby już na Polanie Rogoźniczańskiej rozładowywać wszelakiego typu nagromadzone po całym dniu napięcia :)
Sobotę przeznaczyliśmy na odpoczynek oraz mycie sprzętu. W godzinach przedpołudniowych powoli zaczynało nas ubywać - Dawid wrócił w stoją stronę, aby wziąć udział w zawodach strażackich. Dla nas został pyszny obiad u Śliwy w Chochołowie, po którym miłą odmianą było zaproponowane przez Wacka odwiedzenie Torfowiska Wysokiego w Kotlinie Orawsko-Nowotarskiej. Dywany z mchu torfowca w większości zostały dotknięte suszą, ale nie jeden buty podmoczył... Zaraz po zwiedzeniu torfowiska ja oraz Asia zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem w stronę Bielska. Pozostali na miejscu kursanci - Gabriel, Maciek, Marcel, Marek, Wojtek wraz z instruktorami udali się na ćwiczenia skałkowe do Doliny Lejowej, a dzień później zdobywali Kościelec od którejś chwalebnej bezszlakowej strony, ale o tym będą musieli wypowiedzieć się oni sami :)
Sprawozdanie napisał Łukasz Kudelski
Gabriela Gajny
Jerzy Ganszer
Płyta Lerskiego potem granią do Kościelcowej Przełęczy.
Było ciepło!
Akcja przebiegała bardzo sprawnie.
A w Jeleśni widzieliśmy przejeżdżający pociąg.
Łukasz Kudelski + koledzy
Gran Paradiso 4061m, Mont Blanc 4810 m.
Na zdjęciu ekipa na szczycie Mont Blanc.
________________
"
Wyprawę na Mont Blanc planowaliśmy od kilku lat, ale z różnych powodów nie mogła dojść do skutku aż do tego roku. Zebraliśmy się w 4 osoby (ja, Krzysiek z swoim kumplem Grześkiem i Damian z którym już miałem okazję chodzić po Alpach) dość spontanicznie i postanowiliśmy zdobyć szczyt w jak najkrótszym czasie.
Pierwotny plan zakładał zaliczenie po drodze najwyższego szczytu niemiec - Zugspitze (2962m npm) - zweryfikowaliśmy go jednak pod kątem odpowiedniej aklimatyzacji i na pierwszy plan padło Gran Paradiso.
Wyjazd we wtorek wieczorem zaraz po egzaminie w klubie. Trasa przejazdu Cieszyn -> Brno -> Pragę -> Norymbergę -> Struttgart -> Berno -> Aosta -> Pont wydała się nam najatrakcyjniejsza pod względem finansowym. Szwajcarska winieta jest co prawda dość droga (180zł) - ale daje pole manewru gdyż ważna jest przez cały rok, dodatkowo ominęliśmy winiety i Austrii i bramki we Włoszech.
Jako iż od samego początku dopisywała nam piękna pogoda zdecydowaliśmy się na przejazd przez malowniczą Przełęcz Świętego Bernarda - parę kilometrów dalej niż tunelem, ale wrażenia zdecydowanie pozytywne!
Do włoskiego Pont dotarliśmy w środę około południa i bez zbędnego ociągania rozpoczęliśmy podchodzenie pod upatrzone miejsce biwakowe zaraz przy schronisku Rifugio Vittorio Emanuele (2773m npm). Oficjalnie cały teren objęty jest Parkiem Narodowym Gran Paradiso, obyło się jednak bez kłopotów noclegowych, a pokrzepieni (może za bardzo?) wieczornym piwkiem o 5 rano wyruszyliśmy w drogę. Wspinaczkę wspomaganą żelami energetycznymi zakończyliśmy uraczeni samotnością i niesamowitymi widokami ze szczytu. Wieść niesie iż miejsce gdzie zdecydowana większość ludzi kończy drogę – figurka Madonny – nie jest ostatecznym szczytem – ale jako iż do tego miejsca dotarliśmy tylko we dwójkę, zostawiając dwóch bardziej zmęczonych w tamtej chwili kolegów przypiętych do skały (bezboleśnie!) zakończyliśmy podróż w tym miejscu (wierzchołek z Madonną wznosi się na wysokość 4015m npm w porównaniu do głównego wierzchołka wschodniego 4026m npm).
Droga powrotna po mokrym śniegu nie należała do najprzyjemniejszych. Podjęliśmy decyzję o zejściu bezpośrednio do samochodu, aby odpocząć już w Chamonix. Choć zakładaliśmy iż w kolejnym dniu startujemy na Mont Blanc, rzeczywistą chęć i siły na to zachował tylko Grzesiek. Przegłosowaliśmy więc dzień lenistwa. Ale jak tutaj być w Chamonix i nic nie robić…?
Rankiem wzrok nieuchronnie uciekał to na wznoszące się wysoko nad nami lodowce, to na piękną iglicę Aiguille du Midi (3842m npm – dla porównania kolejka gondolowa na Kasprowy Wierch to 1959m npm). Jednomyślna decyzja - kupujemy bilety na kolejkę i wyjeżdżamy na Aiguille du Midi (koszt wyjazdu 57 euro w obie strony). Drogo bo drogo, ale czego się spodziewać po francuskiej miejscowości turystycznej z takimi atrakcjami? Decyzja okazała się słuszna – po 20 minutach jazdy naszym oczom ukazują się zapierające dech widoki. Baterie wewnętrzne naładowane, a gdzieś w sercu została obietnica że gdy kolejny raz pojawimy się w tym rejonie, wybierzemy drogę 3M, rozpoczynającą się przy górnej stacji kolejki ciekawym lodowym tunelem. Samego szczytu iglicy i słynnego szklanego balkonu nie udało się odwiedzić ze względu na trwające prace budowlano-remontowe – cóż, innym razem.
Dzień później pobudka o godzinie 7 rano. Wyjeżdżamy do Le Fayet, gdzie samochód zostawić możemy na darmowym parkingu. Tutaj wsiadamy do tramwaju (36 euro w obie strony), który wywozi nas z wysokości 533m npm do stacji Nid d’Aigle – 2327m. Podróż trwa około półtorej godziny wcale nie zmarnowanego czasu – głowa goni na wszystkie strony kiedy chłoniemy okoliczne krajobrazy. Bez zbędnego ociągania ruszamy w drogę – dzisiaj czeka nas podejście do Refuge du Gouter na wysokość 3835m npm. Po drodze mijamy niebezpieczny Kuluar Goutera – przechodzimy bez szwanku jednak szybko zostajemy postawieni przed prawdziwą siłą gór kiedy na naszych oczach schodzi potężna kamienna lawina. Trzeba mieć oczy na około głowy… Samo wyjście nie było specjalnie męczące, gdyż zdecydowaliśmy się zaryzykować i iść na lekko z nadzieją na nocleg w schronisku. Po drodze kilkukrotnie widzimy tabliczki informujące iż noclegi bez rezerwacji nie będą udzielane – trochę niepokojące, na szczęście jednak udaje się dostać wolne prycze. Co ciekawe ludzi było naprawdę niewielu, względny spokój, wolne łóżka… I to w tak piękną pogodę…? Cena noclegu zbija z nóg – jeden z nas bez dodatkowych zniżek zapłacił 75 euro, pozostali z Alpenverein 55. Ale cóż, być tam, nie napić się piwa? Nie zjeść obiadu? Więc koszty idą do góry: obiad 26euro, piwo 0,33 9 euro (to akurat prawdopodobnie najlepiej wydane pieniądze podczas całej wyprawy J ). Do tego zamówiliśmy śniadanie razem z większością bywalców – podawane o 2 w nocy, koszt 12 euro.
Do 2 w nocy udało się troszkę przespać – na tyle aby nabrać siły na drogę. Po śniadaniu, około 3 nad ranem ruszyliśmy w trasę – spotykając po drodze dwie Polki które nabijały się z nas że idziemy związani liną, że po co itd. Oczywiście na szczycie ani nigdzie w okolicy już ich nie zobaczyliśmy… Krowa która dużo ryczy mało mleka daje? Może coś w tym jest J Zaraz za schroniskiem pojawiło się parę minut wątpliwości – bardzo silne podmuchy wiatru uniemożliwiające poruszanie się oraz kłujący w twarz lód. Na szczęście kryzys ten szybko mija i kontynuujemy powolną wspinaczkę. Na szczyt docieramy o godzinie 8:10. Większość ekip zdążyła już zejść. Pogoda idealna. Cały szczyt dla nas – znalazły się jedynie dwie osoby poza naszą grupą! Nikt z nas nie miał termometru, wiało jednak niemiłosiernie a woda w butelkach zaczynała zamarzać – szybkie fotki i trzeba kierować się w dół. Mijamy kolejne 2 zespoły wychodzące na szczyt – oni również będą mieli całą górę dla siebie.
Zejście na dół zdawało się momentami ciągnąć w nieskończoność – do górnej stacji tramwaju musieliśmy pokonać 2483 metry w dół. Za to co za frajda znaleźć się już w powrotnym tramwaju! Najwyższy szczyt Alp zdobyty w cudownej pogodzie, bez tłumów na szlaku! Nawet do głowy nam nie przyszło że wyprawa uda się aż tak dobrze…"
Zbigniew Grzybek
Jerzy Pukowski
Agnieszka Wróbel
Adam Marcinków
Krzysztof Gajny
Maciej Waszek
Marcin Freindorf - Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego
Jerzy Ganszer
Osiągnięto głębokość 325 m. /grupa "szturmowa"/ . Podczas akcji użyto z powodzeniem "samobieżnych worów transportowych".
Kierownik akcji dziękuje wszystkim za miłą atmosferę!
Wyniesiono sporo śmieci.
2015.06.20 Jaskinia Salmopolska - eksploracja
Napisał Michał GanszerGrzegorz Klassek - grupa powierzchniowa
Jerzy Pukowski - grupa powierzchniowa
Agnieszka Byrtek
Krzysztof Górski
Jerzy Ganszer
2015.06.20 Autoratownictwo - Birów Podzamcze
Napisał Michał GanszerInstruktorzy:
Bartłomiej Chruściel - GOPR
Wacław Michalski
Kursanci:
Dawid Gach
Gabriel Franecki
Joanna Micherdzińska
Łukasz Kudelski
Maciej Waszek
Marcel Wajda
Wojciech Jasiak
W dniu 20 czerwca 2015 odbyło się szkolenie z technik autoratownictwa jaskiniowego w Podzamczu. Kursanci ćwicząc na poszczególnych stanowiskach zapoznali się z technikami uwalniania poszkodowanego z przyrządów do zjazdu oraz wychodzenia, z dojściem od góry i od dołu - (metoda przeciwwagi, kołyski). Instruktorzy zaprezentowali a kursanci przećwiczyli techniki uwalniania poszkodowanego przy wykorzystaniu dodatkowej liny z odcięciem obciążonej liny. Ćwiczenia zostały nieoczekiwanie przerwane mocnym opadem deszczu, co nie przeszkadzało w rozpaleniu ogniska i upieczeniu kiełbasek. Po przerwie posiłkowej odbyły się ćwiczenia z techniki wyłapywania poszkodowanego odpadającego od ściany podczas wspinaczki - zrzutnia. Przy tych ćwiczeniach bardzo pomocny okazał się pies Bartka o imieniu "Gratis" który wraz z kursantami wyciągał dość ciężką oponę na linie do góry. Wieczorem po zakończeniu działań z powodu deszczowej prognozy pogody zapadła decyzja o nie zostawaniu na drugi dzień i robieniu zaległych dróg wspinaczkowych, tylko o powrocie do Bielska.
Więcej...
Jadwiga Micherdzińska
Mirosław Micherdziński - Weteran
W związku z trzykrotnym (ok.ćwierć wieku temu) pobytem w Polsce naszych
kolegów z klubu z Tbilisi i będąc wielokrotnie zapraszanymi
postanowiliśmy z Mirkiem odnowić znajomość i kontakty.
Jura, nasz przyjaciel i przewodnik pokazał nam Gruzję od zachodu kraju
(Batumi-Adżaria) z lasami bambusowymi nad Morzem Czarnym po Kachetię na
wschodzie z granicą z Azerbejdżanem, uzdrowisko Bordżomi z wodą
mineralną najlepszą na świecie i północ - "drogą wojenną" przez przełęcz
Krzyżową (2300 m npm) pod Kazbek ( 5047 m npm).
Zwiedziliśmy liczne zabytki: monastyry, klasztory, cerkwie,Twierdzę
Achalcyche, kamienne miasto-Uplyscyche,Jaskinię Prometeusza (20 km
korytarzy z przepiękną szatą naciekową) i Tbilisi.
Mieliśmy przyjemność poznać również rodzinę Jury;żonę Tamarę i córkę
Hatię.Byliśmy gośćmi w Ich domu w Tbilisi.
Widoki z górzystymi krajobrazami i wszechobecne (żyjące w symbiozie z
samochodami na drogach) krowy - niezapomniane!
Gruzińska gościnność (nie mylić z nachalnością) nie jest mitem !
Jedliśmy więc smaczne potrawy typowe dla gruzińskiej kuchni,
popijaliśmy równie znakomitym winem i czaczą ( 70% alkoh. z winogron)
wznosząc nieustające toasty za nasze narody!
Wizyta bardzo udana, tym bardziej, że dostaliśmy propozycję eksploracji
w ciekawym rejonie krasowym. Gruzini zwrócili się również z prośbą o
pomoc w skartowaniu jaskiń.

