2026.10.08-12 Słowacja - Słowacki Kras - Kunia Priepast

fot. Michał Merta (Michał ma już jedno zdjęcie w dowodzie i tyle mu wystarczy) fot. Michał Merta (Michał ma już jedno zdjęcie w dowodzie i tyle mu wystarczy)

Sławomir Zagórski - STJ KW Kraków
Weronika Zagórska - osoba towarzysząca
Wacław Michalski
Tomasz „Murzyn” Grzegrzułka
Piotr „Kudłaty” Gawlas
Dawid Jędrysek
Beata Michalska-Kasperkiewicz
Paweł Kasperkiewicz - Fanklub SBB
Bejke - pies towarzyszący
Artur „Młody” Suwała-Pikania
Lana „Wycior” Svetličić
Radosław "Wycior" Jędrzejczyk
Iwona Pośpiech
Michał Merta
Dominika Kot
Anna Boczkowska

W tym roku na zakończenie sezonu kursowego Wacław zorganizował wyprawę na Słowację. A w zasadzie na sam kres Słowacji, pod granicę z Węgrami. Wyjazd odbył się również dzięki uprzejmości Sławka Zagórskiego (STJ KW Kraków) oraz gościnności Speleoklubu z rodzimych słowackich Koszyc.

Stacjonowaliśmy we wsi Haj, w uroczej bazie słowackiego klubu. Z tego miejsca codziennie wyruszaliśmy zwiedzać okoliczne jaskinie. Mieliśmy super okazję do unaocznienia sobie układu terenu Słowackiego Krasu, o którym Wacław niejednokrotnie opowiadał podczas swoich kursowych wykładów.

Pierwszego dnia na rozruch Sławek zabrał nas do dwóch okolicznych jaskiń: Bezodna Ladnica i Keczovskie Luki. Podzieleni na dwa zespoły, ruszyliśmy ku przygodzie.

Bezodna Ladnica okazała się wielką lufą ze sporą ekspozycją. Na dnie podziwialiśmy przede wszystkim ogromną liczbę kości zwierząt.

Keczovskie Luki – piękna jaskinia, która szybko okazała się dla nas poligonem i wyzwaniem pt. „jak iść, by nie ubrudzić sobie kombinezonu na następne dni”. Polegliśmy – co do jednego wszyscy skończyliśmy w czerwonym błocie.

Na drugi dzień główna atrakcja programu: Kunia Priepast, czyli do roboty. Podzieleni na dwa zespoły ruszyliśmy do niej w odstępie ok. 3 godzin pomiędzy zespołami. Wiedzieliśmy, że będzie ciasno. Kunia Priepast nie należy do najłatwiejszych jaskiń. W pierwszej części trzeba zjechać ciasną, jednolitą studnią. Ku naszemu zaskoczeniu, na jednej linie, bez przepinek. Potem też jest ciekawie: kolejne studnie, kolejne ciasnoty. Zetknęliśmy się tam ze słowacką myślą techniczną – drabinki. Dużo drabinek. Oba zespoły, po pokonaniu ciekawego trawersu, dotarły do wysokiego meandru. W tym miejscu oba zespoły postanowiły o zakończeniu akcji i powrocie na powierzchnię.

Trzeci dzień to kolejne wyjścia rekreacyjne.

Jaskinia Krasnohorska, która posiada „ulepszenia”, kiedyś była jaskinią udostępnioną do zwiedzania. Spory system korytarzy pochodzenia rzecznego, most linowy, sporo drabin, bogata szata naciekowa. W Sali Olbrzymów mogliśmy podziwiać największy stalagmit wśród jaskiń Europy Środkowej – wysoki na ponad 32 m. Były obawy, że nie zmieści się w kadrze.

Na drugą nóżkę – jaskinia Milada, wodna zabawa. Przepiękna jaskinia z bogatą szatą naciekową. Korytarze do pokonania w wodzie. Mieliśmy szczęście, bo poziom wody był dosyć niski. Zdołaliśmy przejść najgłębszy odcinek bez zamoczenia bielizny.

Ostatniego dnia przed wyjazdem odwiedziliśmy jeszcze jaskinię Hruszowską. Tworzą ją liczne korytarze z płynącą wodą, komory, kominy, większe sale oraz tunele do ciorania. Liczne stalaktyty, stalagmity, draperie, pizolity i gratka w postaci przepięknych heliktytów.

Podczas wyjazdu dogadzaliśmy sobie pysznymi posiłkami regeneracyjnymi. Na śniadania wspólnie przygotowywaliśmy jajka na wszelkie możliwe sposoby. Zespołowe gotowanie obiadokolacji, kiełbaski z ogniska, a nawet kaszanka z kapustą – nie brakowało nam kulinarnych atrakcji. Ostatniego wieczoru eksperymentowaliśmy z tzw. pieczonką. Każdy z nas miał na nią swoją nazwę i przepis. Nie starczyło nam czasu jedynie na gulasz Kudłatego.

Pogoda bardzo nam dopisała. Integracja, wspólne działanie na powierzchni i w jaskiniach. Kolejny raz sprawdziło się motto Wacława: „Będzie pięknie, będzie przygoda”.