I grupa poręczująca:
Łukasz Piechocki
Marek Sobański
Dariusz Rozmus
Lena Koprowska
Jerzy Ganszer
II grupa reporęczująca
Wacław Michalski
Wojciech Jasiak
Bartłomiej Golik
Kamil Polański
Bartosz Baturo
Wszystkie osoby stanęły na dnie, czyli były przy Syfonie Dziadka. Czas I grupy 13 godzin. W jaskini spotkano trzech grotołazów z Akademickiego Klubu Grotołazów AGH Kraków. Akcja przebiegała sprawnie, było sporo wody. Cztery osoby stanęły pierwszy raz na dnie. Widoczny dalszy ubytek lodu w rejonie przy otworowym.
Jerzy Ganszer zorganizował nam klubową akcję na dno Polski od otworu jaskini Śnieżnej. Tłumnie zgłosiło się na nią w sumie 15 uczestników, jednak nagłe ataki przeziębienia oraz wypadki losowe zredukowały nas do 10 osób. Podzieliliśmy się na dwa zespoły: z Prymulą o 6:00 rano wychodzili: Lena, Marek, Łukasz i Darek, z Wackiem o 8:00 szli: Kamil, Bartek, Wojtek i Bartosz.
Pierwszej grupie na podejściu towarzyszyły nam nisko zawieszone chmury, które odebrały pogadankę o topografii. Na szczęście nic z nich nie padało, więc suchą stopą stanęliśmy pod dziurą. Szybkie przebieranie - jak to z Ganszerem - i już jedziemy po wielkim lodospadzie. W wielkiej studni zastaje nas deszcz jaskiniowy, ale większość z nas nic sobie z niego nie robi nie zakładając nawet kapturów na głowę. To błąd, bo woda powpadała nam za kołnierze i po tych 80m zjazdu właściwie wszyscy jesteśmy zupełnie mokrzy. Potem jest już tylko... Coraz gorzej! Na obu płytowcach WODA leje się regularnym strumieniem i podczas zjazdów właściwie nie sposób jej ominąć, więc kto nie wziął neopremowych skarpet miał czego żałować. Potem zaś WODOciąg, więc jak sama nazwa wskazuje towarzyszyła nam woda - prawie po kolana. Łaskawie nie wlewała nam się do kaloszy, ale to już nie grało wielkiej roli.
Suchy biwak Ganszer pokazał nam tylko palcem, no bo szkoda czasu ;) więc pomknęliśmy przez - o matko! - II i III WODOspad, w których woda napierd*** z dzikim hukiem, aż do drugiego biwaku. Tam nawet usiedliśmy na chwilę na karimatkach i zdążyliśmy się posilić. Potem jeszcze tylko pochylnia, trawers, błotne - nomen omen - łaźnie i już jesteśmy przy Syfonie Dziadka, obok którego towarzyszy nam huczący w niebogłosy WODOspad.
Wracamy.
Błotne łaźnie były naszym przyjacielem tylko dotąd, dokąd można było zjeżdżać na nich na czterech literach. Na podejściu dostarczyły nam wiele emocji i pozwoliły zrobić powtórkę z łaciny kuchennej. Lejąca się nam dalej na głowy woda przestała już robić jakiekolwiek wrażenie i wkurzała tylko o tyle, że nie można było się sprawnie komunikować mimo wydawania komend wrzaskiem na całe gardło. Biwaczek dzięki uprzejmości drugiej ekipy w pełni zaopatrzony w wodę, kawę, herbatę, zupy, słodycze etc, a dzięki stylowi a’la Ganszer trwał w sumie tyle, ile dochodził wrzątek. Resztę spotkanej wody na podejściach już dość mocno zignorowaliśmy, by na koniec wyrównał bilans i do szewskiej pasji doprowadził nas lodowiec. Taktyki jego wychodzenia były różne, żadna nie działała, objawiała się jękami, szlochami, wyciem, bluzgami, sapaniem, chrząkaniem, pomrukami, szeptami czułych słówek i innymi temu podobnymi :)
Na zejściu spotkała nas jeszcze jedna przygoda: na płacie śniegu Darek zaliczył niekontrolowany zjazd jakieś 50 m w dół. Nic się nie stało, ale wyglądało groźnie jak każdy niekontrolowany górski incydent. Ganszer obiecał wykład z „hamowania bez raków i czekana”. Nadmiar wrażeń zrekompensowaliśmy sobie hot dogami na stacji benzynowej w środku nocy.
Ku przestrodze publikuję niniejsze sprawozdanie, morał z niego bowiem PŁYNIE taki:
jak następnym razem Prymula będzie zapraszał, Drodzy klubowicze, na akcję i zapyta Was tak jak mnie przed Śnieżną:
-Lena, czy nie przeszkadza Ci szum WODY w jaskini?
radzę to dobrze przemyśleć :)
Zdjęcie Marek Sobański
