Zbyszek Grzybek
Lena Koprowska
Norbert (Osoba Towarzysząca)
Korzystając z pięknej, upalnej pogody w stylu „lampa” wybieramy się w urokliwe okoliczności przyrody na grań Słowackich Tatar. Pomysłodawcą i organizatorem jest Zbyszek, a rekomendacja płynie od tych, którzy tę trasę złazili i opisali:
Oczywiście za dobrymi radami z artykułu - uiszczamy opłatę za parking i realizujemy zniżkę na wyciąg, w którym popełniamy śniadanie. Spacer granią - w podręcznikowym czasie. Przygody zaczynają się w momencie, gdy zbaczając ze szlaku ścinamy w dół ostrymi zakosami i wykańczamy Norbertowi kolana. To odbija się przerwą motywacyjno - izotonizującą i obszernym wachlarzem komentarzy:
- No.. mogłem posłuchać mojego fizjoterapeuty i kupić te skarpety kompresyjne…
- No i mogłem wziąć kijki, wtedy na pewno odciążyłbym kolana…
- No, mogłem przygotować bardziej wartościowe jedzenie..
- No, to nie Kozia Górka...
- No.. mogłem posłuchać mojego fizjoterapeuty i kupić te skarpety kompresyjne…
- No i mogłem wziąć kijki, wtedy na pewno odciążyłbym kolana…
- No, mogłem przygotować bardziej wartościowe jedzenie..
- No, to nie Kozia Górka...
Po krótkim podejściu dostajemy nagrodę w postaci jagód i zapierających dech w piersiach widoczków na jeziorka. Norbert mówi „Łał” a następnie puszcza soczystą wiązankę na temat kolan, fizjoterapeuty, kijków i Koziej Górki. Ja i Zbyszek ledwo zatrzymujemy w sobie wewnętrzny chichot, który parsknięciem chce wystrzelić w stronę naszego towarzysza. No ale gdy padają znamienne słowa „Chyba nie dam rady” powstrzymujemy się i mobilizujemy go bimbrem borówkowym spod lady. Działa. Idziemy.
Bimber w chacie przepyszny natychmiast łagodzi ból istnienia, który rzecz jasna obszernym komentarzem odbija się od kolan, kijków, skarpet i Beskidu Śląskiego. Dalszą motywację stanowi fakt, iż droga prowadzi łagodnie w dół a na jej końcu jest zasłużony obiad w słowackiej knajpie. Oczywiście podczas posiłku spirala nakręca się dalej, bowiem Norbert przyznaje się w końcu, że jest w Tatrach po raz pierwszy i że dostał niezły wpier***. Szczęśliwie nikt nie wybucha śmiechem z zupą czosnkową w ustach, którą lojalnie zamówili i zjedli ze smakiem wszyscy.
Puenta całego wyjazdu nachodzi nas niespodziewanie w Żywcu wraz ze zmasowanym atakiem bielboardowych reklam ze wszystkich branży świata, mydło i powidło: od okien i drzwi, przez kosmetykę, spa, opał i usługi motoryzacyjne aż po fortepiany. W reakcji na jedną z nich Norbert nokautuje nas najwyższym wymiarem myślenia ironicznego:
- No, tylko trampoliny mi brakuje. Gdybym ją miał wskoczyłbym na nią bez zastanowienia… Nawet plecaka bym nie ściągał..
- No, tylko trampoliny mi brakuje. Gdybym ją miał wskoczyłbym na nią bez zastanowienia… Nawet plecaka bym nie ściągał..
Istny kabaret! Ryczymy ze śmiechu, łzy leją nam się strumieniami. Aż żal, że to była niedziela niehandlowa.
