2020.08.28 Alpy i Hochkönig (2941m n.p.m.)

Agnieszka Gądek

Koronawirus sprawił, że w tym roku nie udało mi się polecieć na wakacje do ciepłych krajów. Czasu jednak nie marnowałam i postanowiłam zwiedzić nieco Alpy. Zobaczyłam wiele pięknch miejsc, pochodziłam w mojej bawarskiej sukience, popływałam w alpejskich jeziorach (pogoda była przepiękna, a woda "ciepła" jak w Bałtyku), ale chyba najciekawszym (a napewno wymagającym najwięcej wysiłku) punktem wyjazdu było wejście na Hochkönig. 
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy cel uda się osiągnąć, czy nie. Prognozy pogody mówiły, że o 12:00 mogą pojawić się burze, a taki piorun na prawie 3000m, to raczej nic bezpiecznego.... Spakowałam się jednak, nastawiłam budzik i o godzinie 5:27 ruszyłam na szlak. Znak mówił, że do szczytu jest 4-6h podejścia. W związku z tym, że szłam sama wybrałam najłatwiejszą drogę dojścia (nie miałam też ze sobą żadnego sprzętu, więc tylko taka opcja była w sumie możliwa). Wychodziłam mniej więcej z 1500m n.p.m. Szłam, a na horyzoncie malowały się odległe szczyty, zza których zaczęła dobiegać jasność poranka. Po około 30 minutach minęłam pierwsze schronisko, zgasiłam latarkę i ruszyłam całowicie pustym szlakiem między skalistymi szczytami. Jakiś czas później wzeszło słońce, w magiczny sposób barwiąc otaczające mnie skały i trawy. Kozice, cisza i ja całkowicie sama na szlaku - jak dla mnie niezwykłe doświadczenie (bo w Tatrach na ogół ludzi jest dużo). Potem minęłam bardzo charakterystyczny szczyt zwany Świątynią Diabła (jego wysokość to 2666m n.p.m. - pewnie dlatego nosi taką nazwę), ogromne płaty śniegu, a w dole małe jeziorka powstające z topniejącego lodu. I ta niezwykła pustka i wolność. Pierwsi ludzie minęli mnie dopiero tuż przed szczytem. Na wysokości 2900m pojawiły się drabinki, które doprowadziły mnie prawie pod samo schronisko - Matrashaus 2941m n.p.m. Na szczycie byłam o 10:14, czyli w 4h i 47 minut. Widok z góry bajeczny! W oddali szczyty pokryte lodowcem, a po drugiej stronie skalne pustkowia.
Trzeba przyznać, że na szczyt wyszłam w ostatniej chwili... Mniej więcej 10 minut później zaczęły przewalać się pierwsze chmury, a gdy tylko minęłam drabinki (w drodze powrotnej) szczyt okrył się chmurami. Nic bym już nie zobaczyła. W związku z tym, że moja kostka wciąż nie ma zamiaru się wyleczyć, droga powrotna zajęła mi więcej czasu, niż podejście do góry... Ale zeszłam bardzo zadowolona i z pięknymi wspomnieniami.