Agnieszka Gądek
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Sobotni poranek, piękna pogoda i ciężki plecak na plecach - tak rozpoczęła się dla mnie wyjątkowa wyprawa do Nad Kotlin. Wyjątkowa, bo pierwszy raz miałam spać w jaskini. Drogę do Nad Kotlin już znałam, słoneczko świeciło nam przez prawie całe podejście, za chmury zaszło dopiero pod otworem jaskini. Zjechaliśmy studnię zlotową, zostawiliśmy sprzęt biwakowy i ruszyliśmy na dół. I co? Mój ulubiony trawers... Na szczęście tym razem był nieco inaczej zaporęczowany i udało mi się go przejść odrobinę sprawniej niż 2 tygodnie wcześniej. Lin też nie zabrakło i mogliśmy odbić w bok do Kościoła i połączenia z jaskinią Wilczą. Od razu można było zauważyć różnice - te partie jaskini są dużo bardziej kruche i łatwo strącić kamień. Trochę ciaśniejszych miejsc, lina z przejazdem przez węzeł, zapieraczka - wszystkiego po trochu. Partie ładne, ale myślę, że dosyć mocno niebezpieczne.
W drodze powrotnej mój ulubiony trawers jednak postanowił mnie pokonać i znowu musiałam z nim walczyć.
Czas w jaskini żyje swoim własnym życiem - droga powrotna minęła mi bardzo szybko i doznałam szoku, kiedy doszliśmy na biwak i okazało się, że jest godzina 2:30 w nocy. Spać poszliśmy o 3:00 nastawiając budziki, żeby wyjść przed godziną alarmową. Całkowita ciemność, krople wody odbijające się od skał... Tylko czemu całą noc śniły mi się liny i przepinanki? Podobno pierwszy sen na nowym miejscu się sprawdza, więc myślę, że jeszcze dużo wyjść jaskiniowych przede mną. Oczywiście zmarzłam, ale nie zniechęciło mnie to i mam nadzieję, że będę mieć jeszcze wiele okazji do jaskiniowych biwaków.
Najgorsze doświadczenie z całej akcji? Ubranie mokrych butów po wyjściu ze śpiworka... A potem tylko wydrapać się zlotówką i na sam koniec radość, że pomimo zapowiadanego deszczu na niebie są tylko chmury, ale nie pada i można się normalnie przebrać.
