2021.04.24 Jaskinia Czarna "wspak"

Rutkowska Ewa
Piechocki Łukasz
Handzlik Mateusz
Motoszko Tomasz

W sobotę we wczesnych godzinach porannych, kiedy to “normalni” ludzie jeszcze smacznie śpią, grupka wariatów wyrusza w Tatry. Rozpoczyna swoją podróż spod byłego Tesco w Bielsku - Białej, aby “wspak” pokonać trawers Czarnej.

Droga do Kir przebiegła bezproblemowo. Przejeżdżając przez Krowiarki zainteresowaniem zerknęliśmy na parking, w celu stwierdzenia czy tłumy chętnych przybyły podziwiać wschód słońca na Babiej. Niestety rozczarowaliśmy się mała ilością samochodów na parkingu, przypuszczamy, że warunki pogodowe skutecznie odstraszyły chętnych. W okolicach godziny ósmej dojechaliśmy na parking w Kirach. Ironizując stwierdziliśmy: “Co My tu robimy? Jest zimno!!!! Czy na pewno chcemy iść?! ?

Ironia, ironią, a przygoda to przygoda :) Szybko przygotowaliśmy rzeczy  i ruszyliśmy na szlak.
Bilety poszły w górę i każdy z nas zostawił szczęśliwą siódemkę w kasie TPN wstępując do parku .
W Dolinie Kościeliskiej upajając się ciszą, brakiem turystów maszerowaliśmy równo ku dziurze. Turystów jak na sobotni poranek było wyjątkowo niewielu, minęliśmy ich zaledwie troje. Nasza kondycja “pandemiczna” powodowała lekkie obawy, czy zdołamy dojść do Polany Upłaz. Nie zrażając się sapaniem i lekką zadyszką, pokonaliśmy zaspy na polanie. Po zaspach, pokonaliśmy trudy wspinaczki w śniegu sięgającego, niektórym z nas po kolana, a niektórym po uda.  Dodatkowe kilogramy nie ułatwiały marszu i sprawiały, że zapadaliśmy się w śniegu. Ci z nas, którzy w czasie “pandemicznej zimy” nie przybrali na wadze i przez śnieg przemknęli na rącze jelonki :). Dotarliśmy do miejsca gdzie wskoczyliśmy w nasze jaskiniowe kombinezony i ruszyliśmy dalej. Nie mogło zabraknąć pamiątkowej fotki rozpoczynającej naszą “wspak akcje”. Na górę brniemy po zamarzniętych linach. Otwór nr 3 przywitał nas oczywiście błotkiem, jak przystało na wiosenne roztopy. 

Próg Latających Want pokonujemy sprawnie i szybko. Krótka wędrówka i  docieramy do Brązowego Progu. Łukasza zbulwersował fakt wyniesienia kijków, dzięki którym można było zapinać karabinki w punkty. Nie mamy na to wpływu więc pozostaje nam stwierdzić:  “No cóż, trudno, trzeba sobie radzić.”  Ochotnikiem, który pokonuje jako pierwszy drogę w górę jest Mateusz ( jako najmłodszy został naszym wspinaczkowym wybrańcem). Wędrówka do Szmaragdowego jeziorka idzie szybko i płynnie. Podziwiając uroki jeziorka zarządziliśmy małą przerwę. Kolejnym ochotnikiem, tym razem do zaporęczowania czekającej nas wędrówki był Łukasz, dzięki czemu ruszyliśmy dalej. Po przejściu jeziorka, okazuje się, że zostałem wytypowany na kolejnego ochotnika, tym razem do wspinania się po Studni Smoluchowskiego. Cóż, przegrałem głosowanie więc nie  mam nic do gadania. Pełen pesymizmu i nastawiony na zakończenie akcji i drogę powrotną do otworu nr 3, rozpoczynam wspinaczkę drogą w nieznane. Pomimo mojego pesymizmu początek idzie gładko. Odnajduje kolejne punkty i powoli, acz metodycznie podążam w górę. Pokonuje krótki trawersik i mój pesymizm wziął górę ;) napotkałem małe trudności. Chwila odpoczynku, działa cuda, musiałem przemyśleć jak pokonać wantę i się opłaciło startuje do kolejnego etapu. Z pomocą pętli i stopki ostatnie przeszkody w drodze na szczyt studni. Mamy to!!!!  Udało się, jestem na górze!!!! Pozostała na dnie trójka z radością się wspina ku mnie i jesteśmy już prawie w domu :)  Najgorsze czego się obawialiśmy i co mogło nas zatrzymać i zmusić do odwrotu, zostało pokonane. Zarządzamy krótką przerwę dla fotoreporterów. Fotki z triumfu i idziemy dalej. Upojeni naszym sukcesem, dziarsko docieramy do Komina Węgierskiego. Omawiając plan zejścia, czeka nas niemiła niespodzianka ……

Okazuje się, że nie ma jednej liny?!  Hmm……????  Została tylko gdzie !!!!!  Na dole przy jeziorku czy po drugiej stronie jeziorka? No cóż, bez marudzenia trzeba wrócić. Zostawiamy wory i ruszamy na poszukiwania liny. Zjazd Studnią Smoluchowskiego, na dnie liny brak. Wraz z Łukaszem ruszamy  na drugą stronę jeziorka, mając do dyspozycji dwie krótkie liny, Łukasz musi dojść do połowy jeziorka i stamtąd mnie asekurować. Szybko poszło :)  Lina się znalazła!!!
Wracamy tą samą drogą czyli: trawers przez jeziorko, studnią do góry. W ten sposób pokonałem jeziorko trzy razy!!!!! Łukasz pokonał tylko dwa razy ( jedno całe przejście i dwa razy po pół). Studnia Smoluchowskiego pokonana przez każdego też trzy razy: dwa razy w górę (dwa różne warianty) i raz w dół.
Plan wykonaliśmy ponad zakładane cele czyli 300% normy :) 

Wracamy!!! Na początek ruszamy do „Węgra”, szybki zjazd w dół, Herkules, Prożek Rabka i jesteśmy pod zlotówką nr 1. Po przemyśleniu ewentualnych trudności przy wyjściu, ze względu na prawdopodobne oblodzenia przy otworze nr 1, decydujemy się na wyjście otworem nr 2.
Ewa zostaje kolejnym ochotnikiem. nie ma wyboru bo została jako ostatnia ;) Poręczuje drogę do wyjścia, dzięki czemu nasza trójka wspina się kolejny raz w górę. Potem czeka nas krótki spacer korytarzami do otworu nr 2. Nie mija nas zjazd z wahnięciem i pozostaje nam ostatni wspin, który rozpoczyna Mateusz.

Po wyjściu czeka nas miła pogodowa niespodzianka. Jak na zamówienie wita nas piękne słońce, oświetlające ośnieżone tatrzańskie szczyty.  Korzystając z tej pięknej aury pogodowej siedzimy przy otworze i podziwiamy widoki. Jednak nic co dobre wiecznie nie trwa więc pakujemy sprzęt i gładko bez żadnych trudności zjeżdżamy 40 m w dół. Po zjeździe liny lądują w worach, a my przez las, wśród powalonych drzew,  topniejącego śniegu i błota zmierzamy do Kir. Nasz marsz ciut utrudnia ślizgawka jaką funduje nam wiosenna aura. 

Polana Pisana wita nas krokusami, fakt chowającymi się już, ponieważ słońce chyli się ku zachodowi. Jednak krokusy to krokusy więc każdy z nas rozpoczyna zabawę w fotoreportera i uwiecznia je na fotografiach. W trakcie sesji nie ucierpiał żaden krokus, zdjęcia wykonane zostały zachowaniem środków ostrożności i w reżimie sanitarnym ;) Nie być w Tatrach w kwietniu i krokusom nie zrobić zdjęcia, toż to wstyd i niedowierzanie ;). 

Wracając na parking, o dziwo, nie spotkaliśmy ani jednego turysty. Prawie bezludny szlak Doliny Kościeliskiej miło zaskakuje.  Szybko docieramy do auta i wracamy do domów, kończąc naszą akcję “wspak” sukcesem. Do domu docieramy mając nie tylko fotki i filmiki z akcji oraz niezapomniane wspomnienia, ale także niezwykły i nieznośny dla naszych domowników zapach akcji jaskiniowych ;) Także dla dobra wszystkich zalecana została ciepła kąpiel :)