2013.10.05 Wielka Śnieżna - Syfon Dominiki

 Kaja Fidzińska – Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego

 Michał – Speleoklub Tatrzański

 Sławek - Speleoklub Tatrzański

 Marcin FrytkaPunk  Freindorf - Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego

 Honorata Honka Kaczmarek

 

    Deszcz w sobotę nie padał (wręcz przeciwnie, było baaardzo pięknie), więc wymówki już nie było, trzeba było pójść  ;) Prawie 600 m. lin zostało sprawiedliwie rozdzielone między szerpów i w piątkę poszliśmy sobie na wysokość 1700 m. do otworu z którego, o dziwo, NIE WIAŁO ;)

   Górale ruszyli pierwsi. Bo im się do pracy spieszyło.  Przy poręczowaniu było trochę myślenia na temat stosunku długości posiadanych lin, a zaniżonymi opisami długości na szkicu technicznym. Dwa razy musieliśmy kombinować, aby starczyło sznurka. 

    Na Suchym Biwaku mały popas i ruszamy dalej. Gdzieś za II Wodospadem górale, czyli Sławek i Michał, rozpoczęli odwrót – obwiązki zawodowe kazały im wstawić się tego samego dnia, późnym popołudniem w robocie. A nasza trójka podążała dalej ku jądru ziemi ;) Im bliżej jądra, tym huczącej wody było coraz więcej. I coraz piękniej się robiło. Marmity wypełnione krystaliczną wodą, wodospady (lejące się na głowę) – naprawdę bardzo mi się podobało.

    Trochę pobłądziliśmy, zahaczyliśmy przez przypadek o V Wodospad, wycof i już do celu, przez Studnię Wiatrów, do Syfonu Dominiki – 567 m.   Ciepłym obiadem nikt nie chciał nas poczęstować, więc pozostało tylko powoli wracać na Suchy Biwak. Po drodze, chyba na IV Wodospadzie, nie uznałam za stosowne skorzystać  z liny prowadzącej, więc już wiem jak to jest dostać z wiadra pełnego wody ;)

    Na Biwaku obiad, podwieczorek, kolacja i sjesta. I na górę.  Kaja oświeciła mnie w nazewnictwie pokonywania Lodospadu: styl pielgrzymkowy – klęcząc (wykorzystywany przeze mnie w 90% podejścia po tym śliskim ustrojstwie)  oraz styl „na dziwkę” – leżący.

    Na powierzchni nie było już słońca, była tak jakby już niedziela, ale na szczęście bez mrozu. Upału wprawdzie też nie czuliśmy, ale nie było źle. Kamienie były suche, więc dość szybko schodziliśmy na dół. No i musiało coś się wydarzyć, jeszcze przed Głazistym Żlebem (?) – rozwaliłam sobie drugie kolano :(((. Frytka wykonał profesjonalną laskę z przyrody już średnio ożywionej i zaczęło się mozolne, okupione bólem, schodzenie…. Około godziny 3.40 nad ranem dotarłam do samochodu, czyli 23 godziny i 40 minut od momentu wstania z ciepłego, przytulnego, miękkiego łóżeczka…

    Zawieźliśmy Kaję na dworzec PKS w Zakopanem i na raty wracaliśmy do domu. Pierwszy postój na spanie – Baligówka, drugi – Lipnica Wielka, przed granicą, trzeci – Korbielów koło kościoła. Generalnie powrót zajął nam 4 godziny. Ale bezpieczeństwo ważniejsze. Położenie się spać w niedzielę o godzinie 9.30 było wręcz niebiańskim przeżyciem ;) Nic tam opuchnięte, bolące kolano – spać, spać i jeszcze raz spać :)