2023.04.23-25 Ghash Mastan (4450 mnpm)
Piotr Gawlas
Saeed Dastkhosh O.T.
2023.04.23-25 Ghash Mastan 4450mnpm. pasmo Dena, góry Zagros, Iran
Nadplanowo.
Decyzja była szybka.
Saeed pyta:
- Byłeś kiedyś w górach Zagros?
- Nie - odpowiadam.
- Ja też nie.
Już siedzimy w nocnym autobusie, który wiezie nas z Teheranu do Isfahan (Esfahan).
Dalej jedziemy taksówką, prawie 300 km przez Semiron, najwyżej w Iranie polożone miasto, 2500 mnpm., tyle co nasze Rysy, do wioski Khafr, położonej u podnóża pasma Dena. Krajobraz zupełnie inny niż w górach Alborz, taki Jurajski, wapienny. Rozległe doliny zazielenione polami uprawnymi, ciągnace się kilometrami mury skalne i sady.
Krętą droga dojeżdżamy do Khafr. Lokalna knajpka, na śniadanie omlet na pomidorach - fantastyczny, pełen smaku i aromatu tych owoców, czuć w nim słońce. Pikap podwozi nas do doliny, najdalej jak może dojechać górska szutrówka, biegnacą nad urwiskami. Zabieramy graty. Jeszcze dopchamy się melonem siedząc chwilę w cieniu w dopiero co rozkwitniętym sadzie jabłoni. I w drogę, jakiś kilometr doliną i zaczyna się śnieg - forma lodowca, potężne lawinisko. Przebieramy buty, zapinamy narty i w górę. Śnieg fajny, odpuszczony, łatwy w obsłudze. Trochę ponad godzinę zajmuje nam dojście do schronu, pomarańczowej szopy przybetonowanej na grzędzie, na skrzyżowaniu "szlaków". Mamy 3 tysiąca. Spędzamy tu noc. Trochę wietrzną.
Rano, nie za wcześnie, 7:30 śniadanie. Napełniamy na drogę termos, wrzątkiem, cukrem i zastygłą w placki pastą owocową - taki lokalny wyrób. Po drodze będzie jak znalazł, garść śniegu w zęby roztopiona gorąca esencja o niepowtażalnym smaku lekko słonej konfitury owocowej. To te placki owocowe mają taki smak.
Zapinamy narty i ruszamy. Mapa pokazuje 4,5 km i 1470 m w pionie. Drobne błędy pomiarowe jak wszędzie, ale to się wytnie. W otoczeniu pięknych gór dochodzimy ośnieżoną grzęda do skalnego muru. Miało być bezpieczniej a tu niespodzianka. Żeby nie iść stromym żlebem wybraliśmy tą grzędę, ale teraz trzeba spory kawałek zejść tymi skałkami do depresji i dojśc do tego żlebu, wyżej już mniej stromego i dużo szerszego. Nie wiem co bylo lepsze.
W żlebie a właściwie już dolinie śnieg dalej świetny, góra odpuszczony. Podchodzenie idzie łatwo, szybko dochodzimy do rozległego plato na jakichś 4 tysiacach. Pogoda zaczęła się trochę chrzanić. Saeed stwierdza, że dalej nie idzie i mam iść sam. Narobić dużo ładnych zdjęć a on na mnie tutaj poczeka. Uwił sobie gniazdko między głazami wystającymi ze śniegu i czekał. Ja poszedłem dalej. Było to trochę ponad połowę drogi od schronu. Dojście na szczyt zajmuje kolejna godzinę, jakieś 2 km i 500 metrów w pionie. Idzie się łatwo, choć śnieg jest tu zmrożony. Przed szczytem spodziewałem się skałek, tymczasem do samej góry, do tabliczki z oznaczeniem "szczyt" doszedłem po śniegu. Przez chwilę miałem widok na druga stronę grzbietu, na ogromną dolinę z rzeka i wioskami.
Pogoda poważnie się popsuła, zaczęła padać krupa śniegowa i mgła ogarnęła wszystko. W wielkim pośpiechu odklejam foki, przepinam narty do zjazdu i trochę po omacku zjeżdżam w kierunku skałek i Saeeda. Trochę niżej mgła się rozeszła ale zaczęło grzmieć, całe szczęście, że po drugiej stronie łańcucha górskiego. Dojeżdżam do Saeeda, przepinamy go i dalej w dół. Jazda nie za szybka. Śnieg rozmiękł, taka wiosenna breja się zrobiła. Ale całkiem sprawnie udaje nam się zjechać do zwężenia żlebu, które w drodze w górę ominęliśmy. Tutaj ten rozmiękły śnieg ułatwia nam trawersowanie. Ostatnie kilkaset metrów zjeżdżamy do schronu w ulewnym deszczu.
Udało się. Przemoknięci ale dumni z siebie przebieramy się, szykujemy kolację i do spania.
Rano pogoda się poprawiła, choć nadal wialo. Po śniadaniu pakujemy sprzęt i lawiniskiem zjeżdżamy do doliny. Dobrze, że nie było zamarznięte i dało się normalnie zjeżdżać. W dolinie czeka już kierowca z pikapem i zabiera nas do wioski.
Wycieczka najlepsza ze wszystkich. Czysta przygoda, "pure adventure" jak powiedział Saeed. Było przewspaniale przyrodniczo i klimatycznie górsko. Nikt się tego nie spodziewał.
Dział:
Sport i turystyka
