Maja Jędrzejewska
Adam Marcinków
Końcem października wybraliśmy się, podobnie jak koleżanki i koledzy z naszego klubu (sprawozdanie poniżej), w Himalaje celem dotarcia pod Mt. Everest=Sagarmatha. Już na starcie mieliśmy tygodniowe opóźnienie w stosunku do poprzedniej ekipy, do tego w pamięć wryły nam się zgoła odmienne doznania...
Już sama podróż samochodem terenowym z Kathmandu do Phaplu wykończyła nas fizycznie i psychicznie. Ponad 10 godzin w ścisku po krętych, dziurawych drogach, jako przywitanie z górami. Potem, przez ponad 2 tygodnie, trzeba było chodzić wiele kilometrów z ciężkim plecakiem, przeważnie pod górkę, do tego przy zachmurzonym niebie. Wieczorami byle jakie jedzenie w chłodnych jadalniach, potem próba zaśnięcia w przenikliwie zimnym, obskurnym pokoju, często zakończona niepowodzeniem. Zimne, wilgotne i niewygodne łóżka zdecydowanie nie sprzyjały regeneracji po trudach dnia. Nie lepiej było w łazienkach, gdzie brakowało nie tylko ciepłej wody, ale i podstawowych warunków higienicznych. Brudne i zimne pseudo-kabiny prysznicowe zamarzały. Mycie stawało się prawdziwym wyzwaniem, wieczorami zamiast przyjemnie odprężać, potęgowało trudy życia na wysokościach. Brud, który towarzyszył nam na każdym kroku, zaczynał przytłaczać. Jedzenie serwowane w tych warunkach stanowiło prawdziwy test dla żołądka. Im człowiek był wyżej, tym było zimniej, trudniej się chodziło, plecak stawał się cięższy, a poziom higieny spadał. Powyższe trudności sprawiały, że każdy krok stawał się wyzwaniem. Tempo chodzenia musiało być dostosowane do naszych możliwości, co utrudniało osiąganie zaplanowanych celów. Do pełni obrazu należy wspomnieć jeszcze o gęstej mgle, która wieczorami zakrywała góry jak płaszcz. To właśnie ona pozbawiła nas możliwości podziwiania majestatycznych szczytów, które niby były tuż obok, ale ukryte. Marzenia o zapierających dech w piersiach zachodach słońca pozostawały jedynie w sferze pragnień. Wieczory z powodu mroźnej aury i wczesnego zmroku stawały się niemożliwie długie, tym bardziej doskwierał brak internetu, brak łączności z resztą świata! W efekcie, mimo piękna Himalajów, wyprawa ta stawała się testem nie tylko dla ciała, ale także dla umysłu. Walka z zimnem, brudem, brakiem ciepłej wody i odcięciem od cywilizacji sprawiły, że każdy dzień był wyzwaniem. Nie uniknęliśmy również niemiłych przeżyć związanych z transportem powrotnym, tj. lotem małym samolotem z Lukli do Kathmandu z przerażającym momentem startu z krótkiego pasa startowego w Lukli. Wrażenie, gdy maszyna nabierała prędkości, a jednocześnie zbliżała się do krawędzi przepaści, było wręcz przytłaczające. Chwile, które trwały jak wieczność, zakończyły się skokiem w przestworza. Następnie praktycznie przez cały lot malutki samolot tańczył w powietrzu. To doświadczenie okazało się być jednym z najbardziej przerażających momentów całej wyprawy.
Po całym tym doświadczeniu w pełni rozumiem jedną z naszych koleżanek klubowych, która kończy swoje sprawozdania słowami "... nie idźcie tam, nie warto" ;)
