W Tatrach ciągle resztki śniegu bieleją pod szczytami a skoro jest po czym się choć kawałek ześlizgnać, amatorów nie brakuje. Nawet triatlon gotowi są odstawić.
I tak:
- ekipa 6 osób
- parking opuszcza 6 rowerzystów, każdy rower objuczony jak osioł, para nart do boków pasami przywiązana, para butów na grzbiecie, wór ze sprzętem, kierowca;
- do Żarskiej Chaty dopedałowała 6-os. grupa w 2 podgrupach ( zerwany łańcuch po srodze dziurawej drodze i kilka innych perypetyi);
- od chaty w górę piechurów sześciu, do worów narty przytroczone, jak husarzy skrzydlaci ruszyli;
- przez gęste lasy i kosówki przedarli się do pierwszych śniegów;
- tu obuw przezuli, skrzydła od worów do butów dopieli i dalej po śniegu w stronę przełęczy i szczytów podążą;
Osiągną przełęcz, Żarską zwaną i dalej do Smereka, szczytu się zwrócą. Od Smereka szusem w dół i do doliny, tam przeprawa ich czekała przez wezbrane wody rzeki. I do chty dalej szóstką całą podażyli by puchary pełne trunku wznieść zacnego za wyprawę udaną.
Byl więc triatlon: rowerowo - pieszo - narciarsko. Te rowery to niezły pomysł było wytargać, bo choć pod górę walka sromotna, to z górą z godziny do 8 (ośmiu ) minut im została skrócona droga powrotna.
Piotr Gawlas
5-ciu kompanów
