2025.07.05-06 trawers Garma Ciega - Cellagua
Tomasz „Murzyn" Grzegrzułka
Wacław „Przygoda" Michalski
Ewa Rutkowska
Tomasz Motoszko
Łukasz Piechocki
Piotr „Kudłaty" Gawlas
Jaskinia
Rano, niezbyt wcześnie, zbieramy się z kwatery do jaskini. Dzień wcześniej ogarnęliśmy u organizatora - ESOCAN (Escuela de Speleologia, www.espeleosocorro.es ) - nasze uczestnictwo w akcji do jaskini, odebraliśmy koszulki okolicznościowe, powymienialiśmy się klubowymi gadżetami, naklejkami, naszywkami, zebrali niezbędne informacje na temat jaskiń. Jaskiń, bo robimy trawers: Garma Ciega - Cellagua.
Samochodami wyjeżdżamy częściowo betonową a dalej szutrową drogą na wysokość prawie tysiąca nad poziom morza. Jest jakby parking, stoi tu kilka aut. Wokoło pastwiska. Konie i krowy. Pakujemy sprzęt do worów. Osobisty plus drobny biwakowy typu palnik, kubki, jedzonko. Jaskinie są zaporęczowane, więc odpada duży ciężar lin. Ścieżka do otworu jest poznaczona kawałkami taśmy biało-czerwonej na krzakach. Biegnie przez pastwisko, dalej przez zagajnik i teren skalisty. Jak to w rejonie wapiennym, jest cała masa zapadlisk, lejków krasowych, porozmywanych szczelin skalnych o ostrych krawędziach. Docieramy nad skraj największego takiego rozmycia. Wisi tu lina zrzucona do zapadliska. Ubieramy kombinezony i sprzęt. W międzyczasie jeszcze szybka kawa. Do jaskini wchodzimy ok. godziny 11:15.
Otwór Garma Ciega leży na wysokości 1090 metrów nad poziomem morza. Zaczyna się wielkimi szczelinami, które połączyły się w zapadlisko, zarośnięte częściowo krzakami i zielskiem. Zjeżdżamy po linach coraz niżej. Po około 50 metrach zjazdu jest trawers, za którym szczeliny zaczynają się łączyć, tworząc jedną studnię. Dopiero teraz zapalam czołówkę bo do tego miejsca sięgało światło dzienne. Zjazd kontynłujemy kaskadami, które co jakiś czas przekształcają się w stromy meander, by po kilkudziesięciu metrach znowu przekształcić się w studnię. Co do oporęczowania jaskini, Hiszpanów chyba trochę poniosła wyobraźnia, niby w trosce o liny - takie jest moje zdanie - żeby woda niosąca kamienie podczas przyboru ich nie niszczyła, ale... Były miejsca, gdzie można by zjechać na dno meandra, przejść 20-30 metrów nad następną kaskadę, żeby jechać dalej, ale tu jest trawers, taki ni z gruchy ni z pietruchy, bo może ktoś woli powalczyć i pobułować a w sumie to dopiero początek jaskini to ma jeszcze siły. Po drodze mijaliśmy kilka takich atrakcji, gdzie zamiast nam ułatwić przemieszczanie, liny irytowały nas i drenowały nasze siły. Ale... patrząc na walory estetyczne: pięknie myte korytarze, meandry, w których widać, że płynie woda, skała bogata w skamieliny, ze ścian wystają szczątki małż, ukwiałów, gąbek i innych nie znanych mi pradawnych morskich stworów, kolory skały od białej, jasnoszarej przez ciemniejsze do czarnej. Zjazdy Garma Ciegą kończą się w Sali Blanca i zajęły nam niecałe 3 godziny. Spotykamy tu 3 młodych grotołazów z hiszpańskiej ekipy, którzy również mieli dzisiaj zwiedzać jaskinię. Byli trochę pogubieni i mam wrażenie, że przerażeni. Dziewczyna i dwóch chłopaków. Zapraszaliśmy ich na kawę, ale odpuścili. Chcieli chyba już wyjść. Z Sali Blanca do Sali Tytanów jest 15 minut. Na biwaku popas. Jest kawa, herbatka, kanapki zabrane na akcję, słodycze i orzeszki. Po krótkim relaksie ruszamy dalej.
Sala Tytanów jest pokaźnych rozmiarów pustką niekoniecznie krasową. Jest ciut większa jak Sala pod Płytowcem w Wielkiej Litworowej. W sali są rozciągnięte 2 namioty, w nich karimaty. Przyzwoity biwak. Za Salą Tytanów jaskinia kontynłuje się dwoma równoległymi korytarzami. Ich rozmiar przytłacza. Do stropu miejscami jest 20 metrów, szerokość 40. Na spągu leżą głazy, 30 metrów długie, 15 szerokie i wysokie na 10, które łatwiej jest przeskoczyć niż obejść. Skała tutaj bardziej podobna jest do kopalnianego węgla, niż jakiegokolwiek wapienia. Występują w niej cienkie żyłki białej substancji podobnej do gipsu. Nacisk powoduje, że wypływają na wierzch jak lodowe błyszczące igły. Miejscami skręcają się w bajeczne kształty. Jest ich ogrom. Korytarze mają niewielki upad. Ich strop jest płaski. Miejscami zdobią go nacieki w formie makaronów, często powyginanych jakby wiatr je formował. Niektóre nitki mają po kilka metrów. Są też grzybki, polewy i grubsze stalaktyty. Miejscami w spągu pojawia się rzeka. Korytarze ciągną się tak kilkaset metrów docierając do pierwszego syfonu. Syfon obchodzimy górnym piętrem. Za nim jest kolejna galeria, już nieco mniejsza. Jest regularnym korytem rzeki. Teraz poziom wody jest niski, ale widać, że czasem woda wypełnia korytarz w całości.
Nie docieramy jednak do drugiego syfonu. Gdzieś nam się musiały korytarze pomylić. Docieramy do miejsca, gdzie rzeka zanika pod skałami. Korytarz się kończy. Altimetry w 3 zegarkach zgodnie pokazują osiągniętą głębokość -825 metrów. Przejście od biwaku zajmuje nam tu około 5 godzin. Zawracamy.
Droga powrotna przebiega trochę sprawniej. Żeby nam się nie nudziło, przyroda pomogła nam wybrać na powrót prawy korytarz. W dół szliśmy lewym. Inna droga na początku trochę nas zaniepokoiła, ale na planie oba korytarze łączą się pod Salą Tytanów. Docieramy w końcu do biwaku. Jest picie, jedzenie, bo wszyscy zaczęli głodować. Pojawiło się zmęczenie, jest w końcu godzina 23.
Po godzinie żegnamy biwak. Wracamy do Sali Blanca. Tu jest rozejście na Garmę i Cellaguę. Dalsza droga biegnie korytem rzeki. Właściwie meandrem, który rzeka wymyła. Do stropu jest tutaj ze 40 metrów, spąg pokryty kamieniami, niczym tłuczniem, jakby woda zmyła komuś drogę. Są zakola rzeczne i sadzawki, niektóre głębokie na 2 metry. Wody płynie niewiele, ale tu również widać, że przybory zalewają korytarz na kilka metrów. Mamy tak iść, aż do sali, gdzie do jednej z sadzawek opadała będzie lina. To będzie Sellagua. Mija kolejnych kilka godzin marszu. Po drodze mijamy dopływ innego podziemnego potoku. Robimy krótki postój na herbatę. Po kolejnej godzinie docieramy do liny. Korytarz się tu rozszerza a strop niknie w mroku. Uszliśmu do tego miejsca jakieś 2 kilosy. Wychodzimy. Cellagua jest zdecydowanie bardziej urokliwa od Garmy. Ogromna, czyściutka, myta studnia właściwie od rzeki aż do powierzchni, jedynie w kilku miejscach załamuje się pułeczkami i marmitami. W sadzawkach żyją ... traszki. Wcześniej w rzece zauważyłem też żaby. Cellagua jest dużo lepiej zaporęczowana. Przepinki nie robią problemów. Odcinki linowe są fajnie porobione, po 30-40 metrów. Niecałe 250 metrów wyjścia mija błyskawicznie. Na powierzchnię trzeba się jeszcze trochę poprzeciskać. Ot, taki mały zacisk na koniec i wypadasz na pastwisko. Wyszedłem o 5:10. Widać gwiazdy. Jestem rozczarowany, bo liczyłem na słońce. Po ciemku idę łąką do samochodów. Obok mnie pasą się konie i krowy. Reszta ekipy wychodzi po ok. godzinie. Oni już mają jasno. W bagażniku jest zimne, upragnione piwo. Wypijamy też kawę i herbatę. Stukamy się kubkami. Znowu się udało.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
