Plan był dosyć ambitny, dokończyć przejście przez Pireneje od Morza Śródziemnego do Atlantyku, które rozpocząłem trzy lata temu i zakończyłem w Encamp w Andorze.
Wtedy wystartowałem na przylądku Creus.
Przez ten łańcuch górski są przeprowadzone dwa szlaki transpirenejskie: po francuskiej stronie GR 10, który poprowadzony jest dosyć nisko, oraz GR 11 po hiszpańskiej, który przebiega znacznie wyżej, lecz często schodzi do miejscowości w dolinach.
Jest jeszcze jeden nieoficjalny szlak: HRP (Haute Route Pyrénéenne / Haute Randonnée Pyrénéenne), który wykorzystuje sieć istniejących szlaków i ścieżek, a w założeniu ma przebiegać możliwie jak najbliżej głównej grani między Atlantykiem a Morzem Śródziemnym. Pierwszy etap pokonałem szlakiem GR 11, teraz planowałem dokończyć przejście szlakiem HRP. No ale jak to w życiu bywa, planować to sobie można... W dzień mojego wylotu jakaś czeska awionetka wleciała w polską przestrzeń powietrzną bez zgłoszonego lotu i łączności radiowej.
Efekt był taki, że myśliwce sprowadzały ją na lotnisko w Balicach, z którego miałam lecieć. Zamknięta przestrzeń powietrzna, odwołane loty i chaos taki, że udało się znaleźć lot dopiero tydzień później. Datę wylotu musiałem przełożyć, niestety daty powrotu już nie mogłem. Jasne było, że do Atlantyku nie dotrę w tym czasie, zresztą to był plan i tak zuchwały. Postanowiłem, że niespiesznym krokiem udam się na zachód, na tyle niespiesznym, aby przypadkiem nie skończyć w miejscu, gdzie zaczynają się łagodne wzgórza Kraju Basków, aby chciało się wrócić i skończyć wędrówkę aż do oceanu. I jak to w przypowieści ZEN: "Kto wie, co jest dobre, a co złe..." po początkowym rozczarowaniu okazało się, że wyszła z tego przyjemna, swobodna pirenejska łazęga. Generalnie obrałam kierunek zachodni, ale gdy stwierdziłem, że jest jakiś rejon warty zobaczenia, to zbaczałem. Wysokie Pireneje, choć liznąłem ich nieco w Andorze, okazały się bardzo wymagające kondycyjnie. Dzienna suma przewyższenia często wahała się między 2500-3000 metrów a pokonanie dziennie 25 km szlakiem HRP jest bardzo dobrym wynikiem. Gdy szlak na mapie jest oznaczony tylko kropeczkami prędkość spada do około 1 km/h i tak idąc w okół masywu Aneto udało mi się zrobić tylko 15 km przez cały dzień.
Pireneje są zróżnicowane geologiczne, piaskowce, granity i wapienie z dużą ilością jaskiń (kilka mijałem w pbezpośrednim sąsiedztwie szlaku) Są to góry w których można poruszać się dosyć swobodnie obierając drogę wedle upodobań, jest tam bardzo dużo ścieżek poza znakowanymi szlakami. Szlaki GR są dobrze oznaczone ale nie zawsze możemy w związku tym spodziewać się ścieżki. Czasami jest to przeskakiwanie z głazu na głaz lub wyszukiwanie możliwości przejścia w luźnym rumoszu.
Biwakowanie poza parkami narodowymi jest dozwolone powyżej 2000 metrów, ale nie wiele osób wydaje się tym przejmować. Można dosyć skutecznie odpocząć od telefonu bo zasięgu z reguły nie ma. Trzeba się liczyć z noszeniem żywności na 3-4 dni bo jeżeli trzymamy się HRP to sklepy są żadko.
Turystów jednodniowych spotkałem tylko w Ordessie poza tym spotyka się głównie "hikerów" przemierzajacych którąś z transpirenejek.
Góry z jednej strony wydają się dzikie i niedostępne z drugiej strony co mi dosyć mocno psuło ich odbiór to wszechobecny wypas bydła. Głównie krów, koni i czasem owiec. Jest ich tak dużo, że trudno jest o widok falujacych na wietrze traw na halach lub jakiejkolwiek roślinności wysokogorskiej.
Zgryzione jest wszystko i prawie wszędzie. Wody jest dużo, ale takiej której by się człowiek nie obawiał nabrać do picia to już nie za bardzo . Nawet jak przechodziłem przez przełęcze 2800 m. To tam też było przez krowy nas...
Filtr do wody nie byłby głupim pomysłem.
Dopiero w regionie Aragon mam wrażenie iż było wypasu trochę mniej. To znaczy zdarzały się rejony gdzie go nie było i wtedy robiło sie cudownie.
No ale nie ma co narzekać, przynajmniej możemy docenić to co mamy w naszej części Karpat bo pod względem poziomu naturalności to nam Hiszpanie mogą pozazdrościć .
Podsumowując, odcinek który przeszedłem między Encamp a Torla-Ordesa transpirenejką i Jeszcze do Sabiñánigo na autobus (takie pogórze 2000 m.) to około 280 km. 14 dni w górach.
Ceny żywności praktycznie takie jak u nas, cen noclegów nie podam, bo spałem głównie pod tarpem. Refugia z reguły miałem w środku dnia.
Piwo w barach niestety droższe niż u nas, co nie powstrzymywało mnie od uzupełniania mikroelementów.
W porównaniu do mojej pierwszej wędrówki w tych górach to muszę stwierdzić, że ludzi było dużo. Pierwszym razem byłem na przełomie maja i czerwca, nie było nikogo, wtedy jednak zdarzało brodzić po kolana w śniegu i zmagać się z kapryśną pogodą. Teraz 2 tygodnie lampy.
Była to piękna wysokogórska wędrówka, która będzie jeszcze miała, jak sądzę, swoją kontynuację.
Trochę się rozpisałem, ale pisząc to, jestem w autobusie do Bilbao i mając sporo czasu pomyślałem, że jest to dobry moment na podsumowanie na świeżo.
