2015.07.09-12 Obóz w Tatrach

Obsada:
Instruktorzy:
Zofia Gutek
Wacław Michalski
 
Kursanci:
Gabriel Franecki
Dawid Gach
Wojciech Jasiak
Łukasz Kudelski
Joanna Micheredzińska
Marcel Wajda
Marek Wojtynek
Maciej Waszek

 

Obóz Tatrzański był dla nas ukoronowaniem rocznego Kursu Taternictwa Jaskiniowego. To tutaj właśnie czekał nas najważniejszy praktyczny sprawdzian umiejętności poruszania się po jaskiniach - trawers Jaskini Czarnej... ale po kolei :)

Wyjazdowi towarzyszyły z mojej strony mieszany nastrój - z jednej strony dopiero co wróciłem z Alp jakby nie było trochę wymęczony, a z drugiej w głowie ciągle echa porannej burzy, połamane drzewa... słowem lekki zamęt.

Jakie by nie były początki, udało się wyjechać w ten sam dzień wieczorem. Na Polanę Rozoźniczańską przyjechałem razem z Gabrielem, tego samego dnia przyjechał również Marek z Marcelem. Dzień wcześniej stawili się Wojtek, Maciek i Aśka, którzy planowali wspinaczkę na Mnicha (aura niestety zweryfikowała ich plany). Sama Polana Rogoźniczańska jako baza wypadowa PZA jest miejscem bardzo przyjemnym. Do dyspozycji ciepły prysznic, kuchnia, namioty na drewnianych podestach nie podsiąkają rosą, przyjemnie tutaj.

Sen zmorzył większość z nas w miarę wcześnie, w końcu rankiem czekała nas pobudka i kawał trasy. Kiedy następnego dnia w końcu się pozbieraliśmy, wyruszyliśmy w drogę do Jaskini Śnieżnej pod okiem dwojga instruktorów - Wacka i Zosi. Trasę do otworu wejściowego rozpoczynamy zostawiając samochody na może nie do końca publicznym parkingu przy Wojskowym Ośrodku Szkolno-Kondycyjnym, póki co nikt nie miał pretensji :) Pniemy się w górę żółtym szlakiem przez Dolinę Małej Łąki, w okolicach Małej Polany Rówienki przecinając Ścieżkę nad Reglami. Po lewej stronie towarzyszy nam grzbiet Grzybowca, natomiast bardziej na południowy zachód w oczy wrzyna się Wielka Turnia, w której stronę zmierzamy zostawiając za sobą szlak turystyczny po lewej stronie. Podejście obfituje w piękne okazy miejscowej flory - szczególnie w oczy rzuca się nam wszędobylska wierzbówka kiprzyca oraz rdest wężownik. Jak to na kursie dowiadujemy się też ciekawych rzeczy... Z występującej tutaj roślinki - Litwor Arcydzięgiel - ponoć pędzi się jakiś rodzaj nalewek... :) Ale zaraz zaraz, to kurs taternicki, więc nie zbaczajmy z tematu! Po stosunkowo stromym podejściu wita nas otwór jaskini. Uraczył nas bezgłośnym wyjaśnieniem swojej nazwy - z jaskini wiało niemiłosiernym chłodem... Ale zjeżdżać trzeba, jeszcze w tej dziurze nie byliśmy! Po przejściu słynnego lodospadu zjeżdżamy na dół Wielkiej Studni. Tutaj rozdzielamy się na dwie grupy. Silniejsi i bardziej rozochoceni schodzą dalej aż do wodociągu, ja z Wojtkiem, Maćkiem i Zosią wychodzimy na górę. Oj podejścia na linach tak dużych studni trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć - to jedyna metoda na sprawne ich pokonywanie! Na szczęście wbrew moim obawom, studnię udaje się pokonać w miarę sprawnie i wychodzimy na zewnątrz około godziny 16. Dość szybko decydujemy się schodzić nie czekając na resztę, gdyż nie mamy pojęcia jak daleko zdecydują się pójść. Okazało się to słusznym wyborem - wkrótce zaczyna padać deszcz. Nie zmoczyło nas jakoś szczególnie, tym bardziej, że Maciek, który objął we władanie kluczyki wozu Wacka, wystrzelił do przodu przed resztę i podjechał te 100 metrów bliżej :)

Piątek, godzina 9:00 - godzina zero. Ruszamy na najważniejszą akcję jaskiniową podczas całego kursu. Samochody zostawiamy w Kirach i zmierzamy przez Dolinę Kościeliską wprost do Jaskini Czarnej. Aby dostać się do jej otworu w pewnym momencie musimy zboczyć z uczęszczanego przez zwykłych (i tych zdrowych psychicznie) szlaku w prawo, stromo pod górę... Kierowniczką akcji dzień wcześniej - o ile nie na początku kursu - ogłoszona zostaje Asia, która przydzieliła każdemu miejsce w szyku oraz sprzęt. Akcja w tak dużej grupie zaczęła się mocno przeciągać, gdyż zawsze będą wśród nas silniejsi i słabsi, ale wszyscy kursanci wspinali się na wyżyny swoich własnych możliwości. Trzeba przyznać, że sama Jaskinia Czarna jest tworem wprost przepięknym! Po drodze mijaliśmy wiele ciekawych miejsc takich jak Trawers Herkulesa czy Szmaragdowe Jeziorko, w którym nikt nie miał ochoty zaznać kąpieli. Słowa uznania dla Maćka za ostatnie poręczowanie - nie była to rzecz łatwa, a poradził sobie znakomicie!

Kiedy wszyscy już opuściliśmy północny otwór jaskini, na polu zrobiło się już ciemno, a do tego coraz chłodniej. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż minęło tyle czasu. Szczęśliwi podobno czasu nie liczą? Czym prędzej udaliśmy się w drogę powrotną (w końcu Wojtek naobiecywał winka od Janka po akcji, a my mamy się po nocach włóczyć?!), aby już na Polanie Rogoźniczańskiej rozładowywać wszelakiego typu nagromadzone po całym dniu napięcia :)

Sobotę przeznaczyliśmy na odpoczynek oraz mycie sprzętu. W godzinach przedpołudniowych powoli zaczynało nas ubywać - Dawid wrócił w stoją stronę, aby wziąć udział w zawodach strażackich. Dla nas został pyszny obiad u Śliwy w Chochołowie, po którym miłą odmianą było zaproponowane przez Wacka odwiedzenie Torfowiska Wysokiego w Kotlinie Orawsko-Nowotarskiej. Dywany z mchu torfowca w większości zostały dotknięte suszą, ale nie jeden buty podmoczył... Zaraz po zwiedzeniu torfowiska ja oraz Asia zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem w stronę Bielska. Pozostali na miejscu kursanci - Gabriel, Maciek, Marcel, Marek, Wojtek wraz z instruktorami udali się na ćwiczenia skałkowe do Doliny Lejowej, a dzień później zdobywali Kościelec od którejś chwalebnej bezszlakowej strony, ale o tym będą musieli wypowiedzieć się oni sami :)

 

Sprawozdanie napisał Łukasz Kudelski