Ewa Rutkowska
Kamila Wachnicka AKG
Tomasz Motoszko
Kamil Polański
Akcję z inicjatywy Tomka i Ewy zorganizował Chomik. Chomik to taki dobry organizator, który poczyni ustalenia, ale już swoją obecnością nie zaszczyci towarzystwa. Tak więc zachomikował się w mieszkaniu i z oddali monitorował poczynania.
Cel akcji => transport ekwipunku do oczyszczenia Nowego Biwaku.
W tym samym czasie z drugiej strony (od Litworki) wchodziła druga ekipa pod kierownictwem Majki W-u, a nieco później niż my weszła ekipa kursowa pod przewodnictwem „Czarnucha” (patrz sprawo niżej).
Godzina ok. 7:10-7:15 wyszliśmy z Gronika, dotarcie zajęło nam jak zwykle „chwilę”. Szybkie przebieranko, co poniektórzy już mogli mieć mokre stópki np. ten co se umyślał sandałki wziąć na przejście świstówki ;), jedzonko (niektórzy zadowolili się grześkami, a Ci bardziej wymagający zjedli porządny obiad w postaci makaronu z pesto bazyliowym z własnej uprawy wraz z cyckami indyczymi i pomidorkami również z własnej uprawy) i już o godz. 10:00 wchodzi pierwszy grotonur.
Jeszcze przed wejście mówię towarzyszom i towarzyszkom że dobrze by było (musimy) się spieszyć bo porządnie zacznie lać o 17:29 więc góra o 17tej powinniśmy już być na powierzchni. Tu uwaga: ta moja wypowiedź będzie dotyczyła wszystkich przypadków jakie mnie spotkały podczas tego przejścia.
Poręczowanko do Wodociągu bez przeszkód, a nawet obmyślono szybsze poręczowanie (tajemnica spryciola może zostać przekazana tylko chętnym do szybkiego poruszania się). Wodociąg do Suchego Biwaku pokonano w ok. 13 minut, a ciąg ten co poniektórym udało się przejść w czasie akcji aż 4,5-krotnie! O tym za chwilę. Na Suchym Biwaku zostawiliśmy wiadomość dla grupy kursowej, coś w stylu: „w razie W macie tu plany do naszego odcinka jaskini, kochamy wszystkich, jak wrócimy z powrotem chcemy pirogi i chyba kotlety!:. Ruszamy dalej. Niestety, coś poszło nie tak. Po obejrzeniu ekwipunku stwierdzam grupie, że zgubiłem rolkę, na co Ewka odpowiada, że widziała jakąś roleczkę na półeczce koło dwóch lin. No dobra, powiedziałem żeby ekipa kontynuowała przejście a ja w tym czasie „posze-biegłem” po swoją rolkę. Dotarłem do dwóch lin, myślałem, że to te za kiblem w ciągu trawersu, ale jej nie było, więc poszedłem dalej do końca trawersu linowego i rolki brak. Wróciłem w te pedy. Stwierdziłem, że trwało to szybko, bo w tym czasie jeszcze nie wszyscy opuścili kruchą 20-tkę przy Suchym Biwaku. Wołam że rolki nie ma i dostaję odpowiedź, że to były dwie liny na początku wodociągu L. Szybka decyzja czy biegnąć po nią czy zjeżdżać w półwybilince. Biegnę… Dotarłem do lin, wspiąłem się kawałek i tak, ona tam była i czekała na mnie. Tak to jest jak się nie używa rolek zjazdowych tylko pokonuje część studni schodząc „na wariata”. Ale jakim cudem ona mi się tam wypięła i nie spadła z tej „półeczki”? To tak naprawdę nie była półka, to był fragment wcięcia w skale i tylko trzymało ją tarcie wywołane własnym ciężarem. Biorę ją, wpinam na prawo do szpejarki, ZAKRĘCAM KARABINEK i wracam w pośpiechu, często bardzo niebezpiecznie biegnąć, nawet jak dla mnie. Docieram do miejsca rozstania. Sięgam po rolkę a rolki k… nima! WTH?! (what the hell?!), patrzę a ona zwisa na lonży płaniety! :O. I tu pominę dalszy ciąg rozważań, który pozostawiam sobie i „wybrańcom”. To jeszcze nie koniec przygód z rolką :O. Kontynuuję. Zjeżdżam „Kruchą”, wędruję dalej i dalej no i dołączam do ekipy, która oddaliła się na sporą odległość. Przejmuję prowadzenie, docieramy do rozejścia do Partii Krokodyla (godz. 11:30), zostawiam wiadomość w razie W wypisaną w błotku przy rozejściu, idziemy dalej. Tutaj już jaskinia zmienia się diametralnie. Wędrujemy teraz w górę, często przez wąskie szczeliny o kierunku pionowym, wąskie przejścia o kierunku poziomym lub ukośnym. Docieramy do pierwszego opisanego na planie zacisku przy Małym Błotku, oczywiście nikt nie śmiał w planach oznaczyć że jeszcze wcześniej były przynajmniej 2 miejsca które mogły sprawić również problemy z przejściem. Przystępuję do pokonania zacisku przy Małym Błotku. Jedną z lepszych technik nazwałbym „szerokie V” - nogami do przodu, wbić się w głąb pionowej szczeliny jak najgłębiej będąc ułożonym poziomo na lewym boku, w taki sposób aby potem obracając się ciałem w płaszczyźnie zacisku głową wcisnąć się w prawo w drugi fragment zacisku. Należy przy tym pamiętać, że obrócenie głowy z kaskiem może nie być możliwe, a więc już na wejściu trzeba skierować głowę w prawo aby potem widzieć gdzie się wpasować głową w drugi fragment. Tak sobie myślę, że długie osoby mogą mieć problem… Przeszedłem. Następnie przeciska się Tomasz. Próbuje, próbuje, cofam się do niego aby mu podpowiedzieć jak to przejść, niestety wskazówki mają się nijak do długości Tomka nóg. Rozkładam ręce (w przenośni bo rozkładać się to ja tam mogę chyba tylko jak się zaklinuję, albo Tomek :P). Tomek odpuszcza, chyba nie chce się tam rozkładać. Przepuszcza Ewę. Ewa, niczym ślimak przepęza (nie ma takiego słowa? hmm). Po chwili namysłu mówimy Tomkowi żeby zaczekał przynajmniej 30 minut, my w tym czasie powędrujemy dalej 15 minut i zaczniemy wracać w jego kierunku. Tak, też uczyniliśmy, oczywiście z tych 15-tu zrobiło się 20 min. Przekalkulowaliśmy, że powrót na Suchy Biwak zajmie nam pewny odcinek czasu, po upływie którego przekroczymy czas do którego ekipa kursowa Czarnucha M. miała na nas czekać na Suchym, podejmujemy więc decyzję odwrotu. Ja jeszcze podszedłem „kilka chwil” do góry, bo myślałem że Nowy Biwak jest tuż tuż, niestety doszedłem do początkowego poziomego fragmentu Ciągów Przykrości, zostawiłem tam wory na śmieci i zacząłem wracać dołączając do Ewy, która już była u Tomka na półce. Jest godzina 15:15, wracamy. Mija kolejna chwila, i kolejna, jesteśmy przy nieopisanej w planie wąskiej szczelinie która sprawia problem. Przechodzimy. Ja jako pierwszy. Nagle podczas przechodzenia metodą „na klina” słyszę coś upadającego. Patrzę, a poniżej mnie leży rolka. No nie wierzę. Znowu? Osz Ty …o paskudna! Tomek za mną orzeka: „ nie ma bata że ją stamtąd wyciągniesz”. Ja na to: „Jak nie ja to kto?” Nawet przez myśli mi nie przeszło że tą bidulę tam zostawię. Ustawiam się w najszerszej części szczeliny, próbuję sięgnąć ręką, Tomek mówi że brakuje z pół metra. Osz…. Dobra, trza skombinować jakiś przyrząd do podebrania. Tomek oznajmia że wziął moją taśmę izolacyjną którą wcześniej „tejpował” koniec liny. Dodatkowo, akurat w miejscu w którym doszło do zdarzenia był stopień zrobiony z fragmentu ok. 30cm. rurki stalowej średnicy ok. 20mm. Wyciągam ją, doklejam do niej otwarty karabinek którego zamek już wcześniej Tomek mi zakleił – mamy hak! Próbuję podebrać. Niestety brakowało kilkudziesięciu cm. Szybka analiza tego co posiadam przy sobie. Eh że ja zjadłem kilkadziesiąt minut wcześniej 2 banany, teraz by się przydały. Ale mam jeszcze małpę. Doklejam do rurki. Próbuję. Brakuje kilkunastu cm. Doklejam jeszcze otwarty nóż. Jest! Sięgam! Teraz tylko kilka ruchów i rolka podebrana ze szczeliny! Mamy to! Niestety czas poświęcony na te czynności jest czasem straconym. Wędrujemy dalej w dół do rozejścia. Docieramy ok. godz. 16:30. Akurat wtedy mijała godzina do której ekipa kursowa miała na nas czekać. No super. Będą się martwić co się z nami stało. Czym prędzej wędrujemy teraz w górę, już w partiach głównego ciągu Śnieżnej. Przy III. Wodospadzie, tam gdzie jest zjazd kierunkowy, napotykamy Czarnucha Murzyna. Ekipa kursowa nie czekając na nas postanowiła iść w naszym kierunku. I dobrze. Wracamy wspólnie, docieramy do Suchego Biwaku, raczymy się ciepłą wodą i zaczynamy wychodzić. Ja jako pierwszy. Dochodze do I-go Płytowca, metoda pokonywania przeze mnie płytowców to wspinaczka przy asekuracji małpą, stopka zrobiona z pętli wspinaczkowej wędruje do ręki aby się nie potykać. Przy pierwszej przepince nie wierzę własnym oczom! Lina przechodzi przez moją pętlę od płani! Jak to możliwe? No możliwe bo koniec liny nie sięgał dna tylko zwisał, więc w trakcie zakładania płanietki lina weszła w pętle. I znowu chochlik namieszał mi w planach. Na szczęście wybrałem tą linę z pętli i rzuciłem z powrotem w kierunku dna, uff, doleciała! Idę dalej. Dochodzę do Wielkiej Studni, a tam Michał G. z ekipy kursowej który wychodził na zewnątrz z towarzyszami i towarzyszkami. Zlotówkę już wychodzimy wspólnie, wspólnie, mam na myśli jednoznacznie gdyż w pewnym momencie byliśmy wpięci małpami we dwójkę do jednego odcinka liny, co dla jednego z nas spowodowało obrót ciała o 360 stopni w osi liny wraz z nogami wypuszczonymi jak wachlarz. Powrót do pozycji wyjściowej na szczęście obył się bez urazu, chyba na kolana (towarzysz Michaił potwierdzi). Na powierzchnię pierwsza osoba wychodzi ok. godz. 19:10. Ja wychodzę ok. 19:30 i doznaję szoku. W czasie naszego pobytu w jaskini, na powierzchni musiała być wielka burza, skały już nieco podeschły, zdałem sobie sprawę że wszystkie, głównie moje przypadki, miały na celu opóźnienie akcji abyśmy mogli przebrać się i schodzić na parking na sucho! Kolejny raz potwierdziło się, że MYŚLI KREUJĄ RZECZYWISTOŚĆ i o to jest walka w tej chwili na świecie.
