Michał Ganszer

Michał Ganszer

czwartek, 23 lipiec 2015 23:03

2015.07.22 Osterwa - Słowacja

 
Martyna Michalska - Bielski Klub Alpinistyczny
Wacław Michalski
Elżbieta Michalska - grupa wpierająca.
 
Korzystając z opowieści Myszy i Rafała powtórzyliśmy drogę Pavlin Kraćalik oraz wspięliśmy się na Igłę w Osterwie.
Piękna pogoda, sucha skała, pachnąca kosówka, knedlik i piwko w schronisku. Po prostu pięknie.
czwartek, 23 lipiec 2015 20:58

2015.07.23 Jaskinia Mysiorowa

Gabriela Gajny
Krzysztof Gajny
Jerzy Ganszer

To była popołudniowa akcja. W jaskini dotarliśmy do głównej sali i tam wpisaliśmy się do księgi wpisów. A potem poszliśmy się kąpać do Skawy, która przepływa poniżej. Krajobraz jest ciekawy - stąpaliśmy po przyszłym dnie zbiornika. Uwaga - można zorganizować akcję w celu posprzątania w jaskini.    

 

środa, 22 lipiec 2015 22:13

2015.07.22 P12W Czantoria

Malwina Burdynowska - Osoba Towarzysząca
Zofia Gutek
Wanda Ganszer - Fanklub Speleoklubu Bielsko-Biała /grupa wsparcia/
Jerzy Ganszer

Najlepszy czas - 28,22,40. Był upał - na górze 29°C.

Zapraszamy wszystkich za tydzień na inną trasę!

wtorek, 21 lipiec 2015 23:25

2015.07.09-12 Obóz w Tatrach

Obsada:
Instruktorzy:
Zofia Gutek
Wacław Michalski
 
Kursanci:
Gabriel Franecki
Dawid Gach
Wojciech Jasiak
Łukasz Kudelski
Joanna Micheredzińska
Marcel Wajda
Marek Wojtynek
Maciej Waszek

 

Obóz Tatrzański był dla nas ukoronowaniem rocznego Kursu Taternictwa Jaskiniowego. To tutaj właśnie czekał nas najważniejszy praktyczny sprawdzian umiejętności poruszania się po jaskiniach - trawers Jaskini Czarnej... ale po kolei :)

Wyjazdowi towarzyszyły z mojej strony mieszany nastrój - z jednej strony dopiero co wróciłem z Alp jakby nie było trochę wymęczony, a z drugiej w głowie ciągle echa porannej burzy, połamane drzewa... słowem lekki zamęt.

Jakie by nie były początki, udało się wyjechać w ten sam dzień wieczorem. Na Polanę Rozoźniczańską przyjechałem razem z Gabrielem, tego samego dnia przyjechał również Marek z Marcelem. Dzień wcześniej stawili się Wojtek, Maciek i Aśka, którzy planowali wspinaczkę na Mnicha (aura niestety zweryfikowała ich plany). Sama Polana Rogoźniczańska jako baza wypadowa PZA jest miejscem bardzo przyjemnym. Do dyspozycji ciepły prysznic, kuchnia, namioty na drewnianych podestach nie podsiąkają rosą, przyjemnie tutaj.

Sen zmorzył większość z nas w miarę wcześnie, w końcu rankiem czekała nas pobudka i kawał trasy. Kiedy następnego dnia w końcu się pozbieraliśmy, wyruszyliśmy w drogę do Jaskini Śnieżnej pod okiem dwojga instruktorów - Wacka i Zosi. Trasę do otworu wejściowego rozpoczynamy zostawiając samochody na może nie do końca publicznym parkingu przy Wojskowym Ośrodku Szkolno-Kondycyjnym, póki co nikt nie miał pretensji :) Pniemy się w górę żółtym szlakiem przez Dolinę Małej Łąki, w okolicach Małej Polany Rówienki przecinając Ścieżkę nad Reglami. Po lewej stronie towarzyszy nam grzbiet Grzybowca, natomiast bardziej na południowy zachód w oczy wrzyna się Wielka Turnia, w której stronę zmierzamy zostawiając za sobą szlak turystyczny po lewej stronie. Podejście obfituje w piękne okazy miejscowej flory - szczególnie w oczy rzuca się nam wszędobylska wierzbówka kiprzyca oraz rdest wężownik. Jak to na kursie dowiadujemy się też ciekawych rzeczy... Z występującej tutaj roślinki - Litwor Arcydzięgiel - ponoć pędzi się jakiś rodzaj nalewek... :) Ale zaraz zaraz, to kurs taternicki, więc nie zbaczajmy z tematu! Po stosunkowo stromym podejściu wita nas otwór jaskini. Uraczył nas bezgłośnym wyjaśnieniem swojej nazwy - z jaskini wiało niemiłosiernym chłodem... Ale zjeżdżać trzeba, jeszcze w tej dziurze nie byliśmy! Po przejściu słynnego lodospadu zjeżdżamy na dół Wielkiej Studni. Tutaj rozdzielamy się na dwie grupy. Silniejsi i bardziej rozochoceni schodzą dalej aż do wodociągu, ja z Wojtkiem, Maćkiem i Zosią wychodzimy na górę. Oj podejścia na linach tak dużych studni trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć - to jedyna metoda na sprawne ich pokonywanie! Na szczęście wbrew moim obawom, studnię udaje się pokonać w miarę sprawnie i wychodzimy na zewnątrz około godziny 16. Dość szybko decydujemy się schodzić nie czekając na resztę, gdyż nie mamy pojęcia jak daleko zdecydują się pójść. Okazało się to słusznym wyborem - wkrótce zaczyna padać deszcz. Nie zmoczyło nas jakoś szczególnie, tym bardziej, że Maciek, który objął we władanie kluczyki wozu Wacka, wystrzelił do przodu przed resztę i podjechał te 100 metrów bliżej :)

Piątek, godzina 9:00 - godzina zero. Ruszamy na najważniejszą akcję jaskiniową podczas całego kursu. Samochody zostawiamy w Kirach i zmierzamy przez Dolinę Kościeliską wprost do Jaskini Czarnej. Aby dostać się do jej otworu w pewnym momencie musimy zboczyć z uczęszczanego przez zwykłych (i tych zdrowych psychicznie) szlaku w prawo, stromo pod górę... Kierowniczką akcji dzień wcześniej - o ile nie na początku kursu - ogłoszona zostaje Asia, która przydzieliła każdemu miejsce w szyku oraz sprzęt. Akcja w tak dużej grupie zaczęła się mocno przeciągać, gdyż zawsze będą wśród nas silniejsi i słabsi, ale wszyscy kursanci wspinali się na wyżyny swoich własnych możliwości. Trzeba przyznać, że sama Jaskinia Czarna jest tworem wprost przepięknym! Po drodze mijaliśmy wiele ciekawych miejsc takich jak Trawers Herkulesa czy Szmaragdowe Jeziorko, w którym nikt nie miał ochoty zaznać kąpieli. Słowa uznania dla Maćka za ostatnie poręczowanie - nie była to rzecz łatwa, a poradził sobie znakomicie!

Kiedy wszyscy już opuściliśmy północny otwór jaskini, na polu zrobiło się już ciemno, a do tego coraz chłodniej. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż minęło tyle czasu. Szczęśliwi podobno czasu nie liczą? Czym prędzej udaliśmy się w drogę powrotną (w końcu Wojtek naobiecywał winka od Janka po akcji, a my mamy się po nocach włóczyć?!), aby już na Polanie Rogoźniczańskiej rozładowywać wszelakiego typu nagromadzone po całym dniu napięcia :)

Sobotę przeznaczyliśmy na odpoczynek oraz mycie sprzętu. W godzinach przedpołudniowych powoli zaczynało nas ubywać - Dawid wrócił w stoją stronę, aby wziąć udział w zawodach strażackich. Dla nas został pyszny obiad u Śliwy w Chochołowie, po którym miłą odmianą było zaproponowane przez Wacka odwiedzenie Torfowiska Wysokiego w Kotlinie Orawsko-Nowotarskiej. Dywany z mchu torfowca w większości zostały dotknięte suszą, ale nie jeden buty podmoczył... Zaraz po zwiedzeniu torfowiska ja oraz Asia zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem w stronę Bielska. Pozostali na miejscu kursanci - Gabriel, Maciek, Marcel, Marek, Wojtek wraz z instruktorami udali się na ćwiczenia skałkowe do Doliny Lejowej, a dzień później zdobywali Kościelec od którejś chwalebnej bezszlakowej strony, ale o tym będą musieli wypowiedzieć się oni sami :)

 

Sprawozdanie napisał Łukasz Kudelski

niedziela, 19 lipiec 2015 23:56

2015.07.17-18 Beskid Żywiecki - rower

Krzysztof Gajny

Dzień pierwszy Romanka 1366m. przez Łazy1003m. Dzień drugi Lachów Groń1045m.-Beskidek1044m. Na zdjęciu Królowa Beskidów

piątek, 17 lipiec 2015 14:07

2015.06.30 - 07.04 Kilka dni w Alpach

Łukasz Kudelski + koledzy

Gran Paradiso 4061m, Mont Blanc 4810 m.

Na zdjęciu ekipa na szczycie Mont Blanc.

________________

"

Wyprawę na Mont Blanc planowaliśmy od kilku lat, ale z różnych powodów nie mogła dojść do skutku aż do tego roku. Zebraliśmy się w 4 osoby (ja, Krzysiek z swoim kumplem  Grześkiem i Damian z którym już miałem okazję chodzić po Alpach) dość spontanicznie i postanowiliśmy zdobyć szczyt w jak najkrótszym czasie.

Pierwotny plan zakładał zaliczenie po drodze najwyższego szczytu niemiec - Zugspitze (2962m npm) - zweryfikowaliśmy go jednak pod kątem odpowiedniej aklimatyzacji i na pierwszy plan padło Gran Paradiso.

Wyjazd we wtorek wieczorem zaraz po egzaminie w klubie. Trasa przejazdu Cieszyn -> Brno -> Pragę -> Norymbergę -> Struttgart -> Berno -> Aosta -> Pont wydała się nam najatrakcyjniejsza pod względem finansowym. Szwajcarska winieta jest co prawda dość droga (180zł) - ale daje pole manewru gdyż ważna jest przez cały rok, dodatkowo ominęliśmy winiety i Austrii i bramki we Włoszech.

Jako iż od samego początku dopisywała nam piękna pogoda zdecydowaliśmy się na przejazd przez malowniczą Przełęcz Świętego Bernarda - parę kilometrów dalej niż tunelem, ale wrażenia zdecydowanie pozytywne!

Do włoskiego Pont dotarliśmy w środę około południa i bez zbędnego ociągania rozpoczęliśmy podchodzenie pod upatrzone miejsce biwakowe zaraz przy schronisku Rifugio Vittorio Emanuele (2773m npm). Oficjalnie cały teren objęty jest Parkiem Narodowym Gran Paradiso, obyło się jednak bez kłopotów noclegowych, a pokrzepieni (może za bardzo?) wieczornym piwkiem o 5 rano wyruszyliśmy w drogę. Wspinaczkę wspomaganą żelami energetycznymi zakończyliśmy uraczeni samotnością i niesamowitymi widokami ze szczytu. Wieść niesie iż miejsce gdzie zdecydowana większość ludzi kończy drogę – figurka Madonny – nie jest ostatecznym szczytem – ale jako iż do tego miejsca dotarliśmy tylko we dwójkę, zostawiając dwóch bardziej zmęczonych w tamtej chwili kolegów przypiętych do skały (bezboleśnie!) zakończyliśmy podróż w tym miejscu (wierzchołek z Madonną wznosi się na wysokość 4015m npm w porównaniu do głównego wierzchołka wschodniego 4026m npm).

Droga powrotna po mokrym śniegu nie należała do najprzyjemniejszych. Podjęliśmy decyzję o zejściu bezpośrednio do samochodu, aby odpocząć już w Chamonix. Choć zakładaliśmy iż w kolejnym dniu startujemy na Mont Blanc, rzeczywistą chęć i siły na to zachował tylko Grzesiek. Przegłosowaliśmy więc dzień lenistwa. Ale jak tutaj być w Chamonix i nic nie robić…?

Rankiem wzrok nieuchronnie uciekał to na wznoszące się wysoko nad nami lodowce, to na piękną iglicę Aiguille du Midi (3842m npm – dla porównania kolejka gondolowa na Kasprowy Wierch to 1959m npm). Jednomyślna decyzja - kupujemy bilety na kolejkę i wyjeżdżamy na Aiguille du Midi (koszt wyjazdu 57 euro w obie strony). Drogo bo drogo, ale czego się spodziewać po francuskiej miejscowości turystycznej z takimi atrakcjami? Decyzja okazała się słuszna – po 20 minutach jazdy naszym oczom ukazują się zapierające dech widoki. Baterie wewnętrzne naładowane, a gdzieś w sercu została obietnica że gdy kolejny raz pojawimy się w tym rejonie, wybierzemy drogę 3M, rozpoczynającą się przy górnej stacji kolejki ciekawym lodowym tunelem. Samego szczytu iglicy i słynnego szklanego balkonu nie udało się odwiedzić ze względu na trwające prace budowlano-remontowe – cóż, innym razem.

Dzień później pobudka o godzinie 7 rano. Wyjeżdżamy do Le Fayet, gdzie samochód zostawić możemy na darmowym parkingu. Tutaj wsiadamy do tramwaju (36 euro w obie strony), który wywozi nas z wysokości 533m npm do stacji Nid d’Aigle – 2327m. Podróż trwa około półtorej godziny wcale nie zmarnowanego czasu – głowa goni na wszystkie strony kiedy chłoniemy okoliczne krajobrazy. Bez zbędnego ociągania ruszamy w drogę – dzisiaj czeka nas podejście do Refuge du Gouter na wysokość 3835m npm. Po drodze mijamy niebezpieczny Kuluar Goutera – przechodzimy bez szwanku jednak szybko zostajemy postawieni przed prawdziwą siłą gór kiedy na naszych oczach schodzi potężna kamienna lawina. Trzeba mieć oczy na około głowy… Samo wyjście nie było specjalnie męczące, gdyż zdecydowaliśmy się zaryzykować i iść na lekko z nadzieją na nocleg w schronisku. Po drodze kilkukrotnie widzimy tabliczki informujące iż noclegi bez rezerwacji nie będą udzielane – trochę niepokojące, na szczęście jednak udaje się dostać wolne prycze. Co ciekawe ludzi było naprawdę niewielu, względny spokój, wolne łóżka… I to w tak piękną pogodę…? Cena noclegu zbija z nóg – jeden z nas bez dodatkowych zniżek zapłacił 75 euro, pozostali z Alpenverein 55. Ale cóż, być tam, nie napić się piwa? Nie zjeść obiadu? Więc koszty idą do góry: obiad 26euro, piwo 0,33 9 euro (to akurat prawdopodobnie najlepiej wydane pieniądze podczas całej wyprawy J ). Do tego zamówiliśmy śniadanie razem z większością bywalców – podawane o 2 w nocy, koszt 12 euro.

Do 2 w nocy udało się troszkę przespać – na tyle aby nabrać siły na drogę. Po śniadaniu, około 3 nad ranem ruszyliśmy w trasę – spotykając po drodze dwie Polki które nabijały się z nas że idziemy związani liną, że po co itd. Oczywiście na szczycie ani nigdzie w okolicy już ich nie zobaczyliśmy… Krowa która dużo ryczy mało mleka daje? Może coś w tym jest J Zaraz za schroniskiem pojawiło się parę minut wątpliwości – bardzo silne podmuchy wiatru uniemożliwiające poruszanie się oraz kłujący w twarz lód. Na szczęście kryzys ten szybko mija i kontynuujemy powolną wspinaczkę. Na szczyt docieramy o godzinie 8:10. Większość ekip zdążyła już zejść. Pogoda idealna. Cały szczyt dla nas – znalazły się jedynie dwie osoby poza naszą grupą! Nikt z nas nie miał termometru, wiało jednak niemiłosiernie a woda w butelkach zaczynała zamarzać – szybkie fotki i trzeba kierować się w dół. Mijamy kolejne 2 zespoły wychodzące na szczyt – oni również będą mieli całą górę dla siebie.

Zejście na dół zdawało się momentami ciągnąć w nieskończoność – do górnej stacji tramwaju musieliśmy pokonać 2483 metry w dół. Za to co za frajda znaleźć się już w powrotnym tramwaju! Najwyższy szczyt Alp zdobyty w cudownej pogodzie, bez tłumów na szlaku! Nawet do głowy nam nie przyszło że wyprawa uda się aż tak dobrze…"

Paweł Gądek - Osoba Towarzysząca /przewodnik/
Bronisław Gądek - Osoba Towarzysząca
Katarzyna Wrzeszcz-Olejnik
Rafał Konior - Były Członek Klubu
Jerzy Ganszer

Paweł pokazał nam prawdopodobnie nowy obiekt jaskiniowy. Wszystkie jego dane zostaną wprowadzone do działów beskidzkich na stronie Ganszera. Młody uczestnik akcji wykazał się dobrym przygotowaniem do zagadnienia i należy sądzić, że w przyszłości odkryje wiele ciekawych rzeczy!

Zwiedzano ponadto - Jaskinię Grabową K.Bs-04.44 /48 m dł./ i Jaskinię w Malinowie IV K.Bs-03.34 /25,50 m dł./ /zdjęcie/

Wróciliśmy brudni do domu! 

wtorek, 14 lipiec 2015 23:29

2015.07.14 Beskid Śląski Treking

Gabriela Gajny
Krzysztof Gajny

 

Trasa Dębowiec-Cyberniok-Klimczok1117m-Błatnia-Jaworze. 865m podejść. W deszczu i w zachodzącym słońcu.

niedziela, 12 lipiec 2015 23:38

2015.07.10 Wielka Śnieżna

Gabriela Gajny
Krzysztioof Gajny

Czas akcji w Jaskini 4 godziny.

Pogoda dopisała, spotkaliśmy dwa zespoły z Polski działające w jaskinini  w oparciu o Polanę Rogozniczańską

 

Wanda Ganszer - Fanklub Speleoklubu Bielsko-Biała
Jerzy Ganszer

Zdobycie wzniesienia zamkowego, zwiedzanie Wąwozu Korzennego. Miasto godne odwiedzenia!