Piotr Gawlas

Piotr Gawlas



John G - Belgia, kierownik
Ampy - Tajlandia
Géry B - Belgia
Cal - Wielka Brytania
Jean-Mari - Francja
Piotr Gawlas - Polska SBB

Wyprawa trwała od 23 lutego do 08 marca w oparciu o bazę w miejscowości Soppong u bardzo miłej gospodyni o ksywce Pi-Da (całe tajskie imiona są długie a dla nas dziwne i zamotane). Mieszkaliśmy w domkach na palach, dwuosobowych z łazienką. Otoczenie wiejskie, czyli pobudka o świcie kogutem za oknem, owocowe drzewa w ogrodzie, palmy, papaja, oraz ogólnie sielanka. Gospodyni gotowała nam posiłki: śniadanie o 8:00 i obiad o 19:00. Punktualnie ;) Pomieszczenie świetlicowo-stołowe zbudowane również na tarasie na palach, zajmowało połowę tego tarasu. Przesiadywaliśmy wewnątrz, bo było trochę deszczowo jak na porę roku i dosyć chłodno. Okna były otwierane do góry, bardzo praktyczne, ale bez szyb. Wieczorami przez wnętrze przelatywały nietoperze a po ścianach ganiały małe gekony. Chyba miały rujkę. Jeden upodobał sobie stację wi-fi, gdzie przesiadywał, chyba mu było na niej ciepło. Gekonki były płochliwe i trudno było do nich bliżej podejść, zwiewały z taką szybkością, że nie do ogarnięcia przez nasze oko. Z okien świetlicy i z tarasu jest widok na dolinę i fragment wioski Soppong. Przesiadywaliśmy tam po akcjach, przeglądając plany, oglądając zdjęcia i filmiki z wyjść, rozmawiając. Działaliśmy w pięknym krasowym terenie w północnej części Tajlandii (neua - północ) niedaleko granicy z Mianmar (Birmą). Dla mnie pierwszy raz w tamtym miejscu, trochę nie rozeznaję się jeszcze w lokalnych nazwach, brzmią dziwnie. Jak dla mnie jest trochę za ciepło. Ale...

 Głównym celem jest Tam Gloua, Jaskinia Strachów ( Straszna, Strasząca, tłumaczenie dowolne, z ang. Scary Cave, Tam - z tajskiego jaskinia). Początek faktycznie działający na wyobraźnię. Przeciskanie się przez zawalisko z wielkich bloków, po drodze napotykamy węże, które leżą na skalnych półkach i w nyżach. Mogą puścić nerwy. Ale spokojnie. Bloki dosyć stabilne. Węże to dusiciele, nie jadowite, polujące na nietoperze, niekoniecznie były szczęśliwe z naszej obecności i usuwały się z drogi. Chyba, że spały po posiłku albo były w jego trakcie. Kiedyś, wychodząc z jaskini trafiłem na taki bar zacisze, gdzie wąż połykał zdobycz. Zaskakujące jest, jak one w tych ciemnościach polują, łapiąc nietoperza w locie. Były nawet ładne te gady, czarne grzbiety, jasny brzuszek a wzdłuż ciała po obu stronach żółte pasy. Idąc dalej zawalisko zmienia orientację z pionowego rumowiska na poziomy, już bardziej korytarz, którego dnem płynie potok. Dalej w głębi jaskini nie ma węży, jest za to bardzo ciepło i lata ogromna ilość nietoperzy. Po kamieniach skaczą świerszcze i biegają takie wielkie, ładne, włochate pająki. Uciekają na nasz widok. Płynący spągiem potok miejscami zamienia się w sadzawki w których żyją przeźroczyste krewetki i ryby. Jak się tam dostały, tego nie zgadnę. Po drodze, od dołu i od góry strumienia kilka kaskad po 10 - 15 metrów, zupełnie pionowych wodospadów a te ryby nie potrafią pełzać - przetestowane. Idąc głównym ciągiem wzdłuż strumienia docieramy do Czarnego Wodospadu. Jakieś 40 metrów pochylni. Nad wodospadem wznosi się duża sala. Wspinaliśmy się jej bocznymi odnogami i w górę cieków wodnych, natrafiając na pięknie udekorowane naciekami salki i korytarze a jedno z okien doprowadziło nas do komory, która była na wysokości otworu wejściowego. Pierwotnie pomiary wskazywały na lokalizację najwyższego piętra w okolicy otworu, ale po skorygowaniu danych okazało się, że sala jest w masywie. Atmosfera jest tu ciężka, bardzo ciepło i latają owady spotykane na powierzchni. Być może jest to miejsce, gdzie mogło by się otworzyć drugie wyjście, ale nie ma potrzeby. Za Czarnym Wodospadem korytarze mają przebieg poziomy i kilkadziesiąt metrów obniżają się na tyle, że trzeba się czołgać w strumieniu, całkowicie leżąc w wodzie, wlokąc za sobą wór ze sprzętem. Temperatura w jaskini oscyluje w okolicach +30 stopni Celsjusza. Dalej korytarze podnoszą się i zamieniają w kaskady. Kilka uskoków po 10-15 metrów, zjazdy w strumieniach wody. Między poszczególnymi kaskadami są meandry. Ostatni, około 20 metrowy zjazd wodospadem sprowadza nas na dno dużej sali. To tu mamy działać. Sala ma około 40 metrów wysokości. Na przeciwległej do zjazdu ścianie z okna w połowie jej wysokości wypada drugi wodospad o obfitości większej, niż potok, którym tutaj docieramy. Potencjalnie taki duży potok spływa podobnymi partiami jak te, które już znamy. Nie ma siły, trzeba wspinać. Ponieważ jest już późno, postanawiamy przełożyć akcję na kolejny dzień, ale jest to nasz trzeci już dzień z kolei w jaskini, gdzie poręczowaliśmy ją, wspinali i eksplorowali wcześniejsze jej partie, do jaskini wracamy za dwa dni, po odpoczynku - tak postanawiamy. 

 Taka ciekawostka. Dnem doliny gdzie znajduje się wejście do Tam Gloua płynie strumyk. Przepływa dokładnie pod otworem, ale nie wpada do niego, tylko dalej jakieś 150 metrów do ponoru. Zastanawialiśmy się dokąd ta woda płynie, bo nie jest to na pewno ciek w jaskini, którym idziemy w dół. Gery i Jean-Mari mieli spróbować rozkopać ponor, ale nie dali rady, bo szczelina za wąska. Mącili wodę kiedy byliśmy w jaskini żeby sprawdzić, czy czasem nie płynie ona do wodospadu w wielkiej sali, ale też nie. i bądź tu mądry?

 Dzień odpoczynkowy wyglądał tak, że po śniadaniu wyruszamy w sąsiedni rejon, przyjrzeć się z bliska kilku zapadliskom krasowym, wiele z nich nie była jeszcze odwiedzona. Chodząc po dżungli w lejach nie znaleźliśmy nic. Przeszliśmy za to jakieś 25km i około 1200 metrów w pionie. Jak na odpoczynek to tak na zajechanie się ;)

 Wracamy do Tam Gloua w czwórkę: Ampy, John, Cal i ja. Przebieramy się i gnamy co sił na przodek. Poprzednim razem przyglądałem się możliwości wspinania wodospadu. Słaby teren. Po prawej, ściany to posklejany gliną rumosz skalny, brak możliwości jakiejkolwiek asekuracji, pod naciskiem stóp ze ścian wypadają głazy wielkości cegły. Padła propozycja wspinu wodospadem, ale wiertarka po tej akcji będzie do wywalenia. Podchodząc po linie w stronę wyjścia, tuż przy samej górze, jakieś 8-10 metrów na prawo od liny, zauważyłem w ścianie półkę. Dalej kolejną i dwa stalagmity. Wszystko zalane polewą z tłustego błota. Dojechałem ukosem do półki wbijając po drodze kilka kotw, na półce zmontowałem stanowisko, pancerne. Dochodzi do mnie Cal z liną i resztą szpeju do asekuracji. Stąd do wodospadu wygląda, że jest jakieś 25 metrów. Zaczynam wspinaczkę, właściwie hakówkę, choć ściany nie są najlepszej jakości, idzie ona całkiem sprawnie. Po około godzinie wybieram ostatni kawałek liny i jestem przy wodospadzie, poszło całe 30 metrów liny. Motam drugie stanowisko, linę wiążę na sztywno, żeby Cal mógł do mnie dojść.

 Wodospad jest imponujący. Wypływa przez skalne okno z zawieszonego basenu. Wchodzę do okna, ładuje się do wody w basenie. Dalej biegnie korytarz. Poszedłem nim jakieś 50 metrów w górę strumienia i zawróciłem. W międzyczasie Cal dowspinał się do okna, wszedł do korytarza i też poszedł nim w górę. Ja szykowałem linę do zjazdu, żeby się jakoś wycofać i zaporęczować na dalszą eksplorację. Cal doszedł jakieś 10 metrów dalej niż ja i też wrócił. Trochę zaczął gonić nas czas. Ale Johna i Ampy jeszcze nie było.

 W tym samym czasie John i Ampy poszli dziś do dna, do syfonu, żeby pomierzyć pewne odcinki, na które rok wcześniej zabrakło im czasu. Widać pomiary zajęły dłużej, niż przewidywano. Dobrze, że powiedzieliśmy gospodyni, żeby na nas nie czekała z obiadem, tylko zostawiła nam do odgrzania jak wrócimy. Jak zawsze kończyliśmy około 17-18, tym razem akcja zeszła do dwudziestej pierwszej. Za dwa dni kończymy eksplorację w rejonie Soppong. Trzeba jeszcze pomierzyć choć część nowych partii nad Wodospadem i zdeporęczować jaskinię. Wracamy tu za dwa dni, tym razem po dużo spokojniejszym dniu odpoczynku.

 Tam Gloua po dołączeniu domiarów i nowo odkrytych korytarzy ma obecnie 2335 metrów długości, czyli około 650 metrów więcej, niż rok temu a jej głębokość wzrosła o 4 metry i wynosi obecnie 279 metrów co stawia ją na 4 miejscu najgłębszych i 31 miejscu pod względem długości jaskiń Tajlandii.

 Kolejne dni odpoczynku podczas eksploracji Tam Gloua spędzamy:

 Eksploracja Tam Huai Kun, która rozwija się na dolnej części strumienia Tam Gloua i jest jego wywierzyskiem oraz przeczesywaniu terenu w okolicznych lejach w poszukiwaniu cieków wodnych, które go zasilają. Idąc w górę Tam Huai Kun docieramy do korytarzy, które obniżają się tak bardzo, że trzeba będzie kopać żwirowe namulisko, jeśli byśmy usiłowali połączyć te jaskinie. Jest jednak problem, bo w jaskini występuje bardzo duże stężenie dwutlenku węgla, dochodzące nawet do 3,5%. Będzie trzeba coś wymyślić, żeby się go pozbyć ;)

 Podczas przeczesywania kolejnych lejków trafiamy na dużą studnię. Zaporęczowałem ją i zjechałem na głębokość 55 metrów. Jest piękna, myta, jej dno zasypane jest ziemią i choć odchodzi w bok coś na kształt wąskiego korytarzyka, trzeba by go udrożnić wybierając ziemię, ale tu również panuje ciężka atmosfera, miernik pokazał 2% CO2. Cal i Jean-Mari obok naszej studni rozkopali szczelinę, która też rozwija się w studnię, gdzie kamień leci kilka sekund, ale i tu miernik szaleje, więc zaniechano dalszej eksploracji. Po południu pojechaliśmy z Calem na punkt widokowy i do wioski Ban Ja-Bo, położonej nad poljo Mae Lana. Pod polio płynie rzeka, która wytworzyła ogromną jaskinię, Tam Mae Lana. Odwiedzamy ją w kolejny dzień wolny. W Ban Ja Bo idziemy do kafejki z tarasem widokowym. Miło jest posiedzieć wieczorem podziwiając obłędne widoki polio Mae Lana i okolicznych gór. W wiosce obchodzony jest Nowy Rok. Mieszkańcy chodzą odświętnie ubrani, część odpoczywa przed domami. Co chwilę rozlegają się wybuchy fajerwerków.

 W Tam Mae Lana, która jest jaskinią turystyczną i można ją zwiedzać z przewodnikiem z Ban Mae Lana, wioski położonej w poljo, my jednak idziemy od tyłu, rzeką pod prąd. Cal ma tutaj swój nieodkryty problem a my chcemy zobaczyć przepiękną jaskinię. Było warto. Potężne nacieki zwisające ze stropu, polewy w formie kropielnic, organów, wielkie stalaktyty robiły wrażenie. Idziemy, czasem płyniemy rzeką. Woda mało przejrzysta, trzeba uważać, bo pod powierzchnią są głazy i wystające płyty skalne, które powiadamiają boleśnie o swoim istnieniu, kiedy się przywali w nie piszczelem. Ale woda pierwsza klasa, krótki rękawek, temperatura koło 30 stopni C. Poza odmoczonym naskórkiem i paznokciami, żadnych efektów odmrożenia. W wodzie pływają krewetki a nawet wymiarowe pstrągi. 

C.d.n.
Góry: Tatry Wysokie, Dolina Złomisk, Tępa 2285 m.n.p.m
Nazwa drogi: Żebro Galfy'ego
Wycena: III
Styl: OS
Czas: 9 godzin
 
Uwagi: Początek drogi bardziej IV niż III, dalej teren łatwiejszy, kilka pól śnieżnych. W przewodniku tatry.nfo.sk czas pokonania drogi podany jest na 3 godziny, ale zimą znacznie mija się to z prawdą i bardziej realny jest 6-7 godzin. Nam zajęło więcej ze względu na mniejsze doświadczenie. Przez całe żebro powadziliśmy pełne długości lin 60 metrów ze stanowiskami po każdym wyciągu, których wyszło 15. Sprzęt to 60 metrów liny podwójnej 8,2mm, 8 ekspresów, ok. 15 pętli od 60 - 240 cm, 7 friendów + heksy różnych rozmiarów, szpilki do traw, które słabo siadały, ale były użyte, czekany, raki. Asekuracja dobra, dużo z natury: bloki, kosówka. Zejście łatwe Tępym Grzbietem na Przełęcz pod Osterwą i dalej czerwonym szlakiem Tatranskiej Magistrali nad Popradzki Staw. Droga mikstowa, ciekawa, biegnie ściśle grzbietem filara, ładne widoki na Popradzki Staw, Szczyrbski Staw, Niżne Tatry, Dolinę Złomisk. Ponieważ przeciągnęło nam się do nocy, księżyc w pełni uraczył nas pięknymi widokami, rozgwieżdżone niebo, rozświetlone bielące się śniegiem szczyty choć góry ledwie przyprószone a w dolinach morze mgieł.

Kto: Piotr "Kudłaty" Gawlas, Dominika Kot
Klub: Speleoklub Bielsko-Biała
czwartek, 11 grudzień 2025 23:53

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

Jest niedziela, ostatni dzień wyprawy. Łukasz był pomysłodawcą wyjścia na najwyższy kontynentalny szczyt Hiszpanii, ale doznał kontuzji w postaci mocnych obtarć pięty i zmuszony sytuacją zrezygnował z wyjazdu. Pomysłem zapalił jednak część ekipy. Zebrała się czwórka: Sylwia, Wojtek, Filip i Mirek, którzy w stronę Mulhacena 3482 m.n.p.m. bardzo wczesnym porankiem wyruszyli. Warunki górskie typowo zimowe a sprzęt, który zabraliśmy na wyjazd nie wystarczył, żeby mierzyć się z lodowymi polewami. Wyszli na sąsiedni szczyt, nieco niższy, ale też ponad 3400. Z dojazdem zajęło im to cały dzień, bo z bazy to było jakieś 260 km. jazdy.
 Pozostała część ekipy: Gosia, Tomek, Tomek, Wacław i Piotr, czyli ja, postanowiła zwiedzać okoliczne góry i wybrała się na przejście szlakiem z miasteczka Yunquera w którym rezydowaliśmy do sąsiedniego miasteczka Tolox. Pokonaliśmy dystans 10200 metrów, 750 metrów przewyższenia i bez pośpiechu zajęło nam to jakieś trzy godziny. W sam raz, żeby rozchodzić pojaskiniowe zakwasy w goleniach i udach. Szlak jest urokliwy. Biegnie przez sady mango i pomarańczowe, gaje oliwne, mija ferratę albo raczej drabinę z wbitych  prętów w gładką, jakieś 50 metrów wysoką skałę, obok których umocowana jest dla asekuracji, stalowa linka. Szlak przekracza brodem całkiem dużą górską rzekę, gdzie bez zjdęcia obuwia i zamoczenia nóg prawie do kolan nie dało się przejść. Woda jest rwąca, zimna, ale przyjemna. Tomek zmierzył termometrem w zegarku, że ma 14° C. Dało się w niej stać, beż przykrego, bolesnego mrożenia stóp. Za rzeką było trochę pod górkę, mijaliśmy niewielką sztolnię, gdzie Tomek z Wackiem zajrzeli z ciekawości. Dalej znów mijaliśmy gaje oliwne i ciekawą konstrukcję, jaką był akwedukt albo kanał nawadniający, wykuty w skale. Woda była w nim krystalicznie czysta. W gajach oliwnych trwał akurat zbiór oliwek i żniwiarze rozłożywszy wpierw pod drzewami siatki, otrząsali z drzew owoce, używając do tego nie jak dawniej drągów a sprzętu mechanicznego, ręcznych otrząsarek napędzanych spalinowymi silniczkami jak w podkaszarkach. Szło im sprawnie. Całe rodziny były w to zaangażowane. na plantacjach paliły się ogniska i piekły obiadowe przysmaki. Z gór do Tolox sprowadziła nas stroma droga. Łukasz  leczył pięty. Nie poszedł z nami ale późnym popołudniem dojechał do nas samochodem. Knajpka w centrum była czynna i oferowała przepyszne przekąski: smażone kalmary, lokalne krokieciki z nadzieniem rybnym i pysznym sosem, mini burgery. Zatrzymaliśmy się na podwieczorek. Łukasz stawiał. W końcu ma dziś urodziny.
niedziela, 07 grudzień 2025 22:05

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

Małgorzata Błaszczyk
Sylwia Wójcik
Łukasz Piechocki
Tomasz Motoszko
Wojciech Jasiak
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Filip Pukmiel
Mirosław Uczniak - Były Członek Kllubu
Piotr Gawlas

06.12.2015
W ramach odpoczynku i zwiedzania po akcji, dziś wybraliśmy się na koniec Europy. Trzeba było przekroczyć granicę do Królestwa Wielkiej Brytanii. Gibraltar przywitał nas świątecznym klimatem, spotkaliśmy słońce i ciepełko +20°C. Po wczorajszym wychłodzeniu mocno poprawiło nam to chumory. Dzień przewidziany na relaks, spacerem przeszliśmy przez miasto do Punktu Great Europa. Jest tutaj pomnik generała Sikorskiego, bateria artyleryjska z 38 tonowym działem kaliber 12,5 cala (317 mm) działem, latarnią morską. Cały dystans to 11 600 metrów marszu i 300 metrów przewyższenia. Wszyscy zadowoleni, zrelaksowani wróciliśmy na bazę.

Warto jest się z nami wybrać.
sobota, 06 grudzień 2025 23:05

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

Małgorzata Błaszczyk
Sylwia Wójcik
Łukasz Piechocki
Tomasz Motoszko
Wojciech Jasiak
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Filip Pukmiel
Mirosław Uczniak - Były Członek Kllubu
Piotr Gawlas

Ponieważ
Nasz kolega klubowy, Łukasz, uczestnik wyprawy do jaskini Sima G.E.S.M. 02-08.12.2025 osiągnął pełnoletniość, może poczuć się oficjalnie pełnoprawnym uczestnikiem wyprawy.
A tak na poważnie...
Stoo lat
Stoo lat
Niech żyje, Żyje nam
:-)

sobota, 06 grudzień 2025 20:24

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

Małgorzata Błaszczyk
Łukasz Piechocki
Tomasz Motoszko
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Filip Pukmiel
Mirosław Uczniak - Były Członek Kllubu
Piotr Gawlas

Po czterech godzinach drzemki w wilgotnych śpiworach wstajemy i robimy kawę i śniadanie. Kawa parzona na wodzie jaskiniance w urokliwym otoczeniu skał smakuje niebiańsko. Biwak zasilany jest w wodę cienkim wężykiem z niewielkiej wykapki powyżej. Mała wydajność wykapki sprawia, że po napełnieniu trzech bukłaków pięciolitrowych, które zabraliśmy na biwak, woda przestaje płynąć. Cóż, musi nam to wystarczyć na cały pobyt.

Trzyosobowa grupa idąca w stronę powierzchni rusza zaraz po śniadaniu. Mają plan dotarcia do biwaku na -500, zrobienia przerwy na posiłek i drzemkę, dalej do biwaku na -300, odpoczynek i kolejny etap na powierzchnię. Czas samego wyjścia z biwaku na -700 na powierzchnię jest szacowany na około 7-8 godzin, jednak przerwy na regenerację, po 3-4 godziny każda, wydłużają ten czas do około 13-14 godzin. Sprawia to, że grupa wychodząca z dna spotyka się na tych biwakach dwukrotnie z pierwszą grupą. Bardzo pozytywne zjawisko, przynajmniej wiemy, że mimo zmęczenia, wszyscy mają się dobrze.

Tymczasem pięć osób po śniadaniu i kawie zmierza w stronę dna, Lago E.R.E. jeziorka a właściwie syfonu, który kończy suche partie jaskini. Szacowany czas akcji to godzina na dół i około dwóch godzin na powrót. I dokładnie w takim czasie się wyrabiamy. Droga do dna biegnie obszernym korytarzem, który przekształca się w studnię. Spąg jest jednym ogromnym naciekiem, w całości ponad 200 metrów długim. Polewą z misami martwicowymi a w pionowych partiach utworzyły się ogromne, nieraz kilkumetrowe stalaktyty i draperie. Jeziorko wita nas mętnawą wodą. W ostatnim czasie było trochę opadów deszczu i śniegu w Górach Nieves i w jaskini jest dużo wody. Pamiętam to jeziorko z zeszłorocznej wyprawy ze Speleoklubem Gawra z Gorzowa w której brałem udział. Woda była klarowna i było widać dno na 4-5 metrach. Wspaniałe uczucie wrócić tu po roku z ekipą z mojego klubu. Dla niektórych jest to pierwszy tysiąc w życiu i pierwsza tak poważna jaskinia po kursie, dla innych spełnienie wyprawowych marzeń sprzed 30 lat. Dla mnie druga wyprawa do jaskini, która daje porządny wycisk, ale oferuje urokliwe zakamarki i możliwość przespania się na podziemnym biwaku. Wszystko to, choć dla wielu nieludzkie, jest mocno uzależniające..

Dno osiągnięte, zrobionych kilka zdjęć, klasycznie wypita kawa i wracamy. W międzyczasie mam awarię sprzętu do wychodzenia. Przyrząd piersiowy odmawia posłuszeństwa i nie łapie na twardych zabłoconych linach. Przez całą drogę powrotną na powierzchnię mam z nim szarpankę. Z powrotem na biwaku jesteśmy po dwóch godzinach. Szykujemy obiad, bo to właściwa pora. Po obiadku krótki relaks, przepak i ruszamy w górę. Droga powrotna trochę się nam ciągnie. Mimo to doganiamy na biwaku na -500 naszą ekipę, która tu odpoczywała i właśnie zebrali się do wyjścia. My też postanawiamy odpocząć. Musimy uzupełnić płyny, zjeść coś pożywnego, nie zaszkodzi krótka drzemka. Meander pomiędzy 160 metrową studnią Paco de la Torre a biwakiem na -500 lepiej idzie się w górę niż w dół. Wór się mniej klinuje, kolana mniej cierpią. Herbatki, kawki, liofile. Zjadamy pijemy i idziemy na krótką dżemkę. Plan mamy, żeby wyjść w dzień i żeby grupa pierwsza zdążyła wyjść wyżej.
Dalej scenariusz się powtarza. Po kilku godzinach drzemki pobudka, kawka, herbatka, śniadanko i zbieramy się dalej. Doganiamy na biwaku -300 pierwszą ekipę. Oni jeszcze śpią. Po drodze mijaliśmy kilka miejsc, gdzie wyjątkowo lała się woda. Przemoczyło nas do majtek. Byliśmy zmarznięci, zmęczeni, wygłodzeni ale był pomyś, żeby iść dalej, żeby się nie wychłodzić. Jednak zostało, że odpoczywamy a czołówka budzi się, ogarnia i mknie do wyjścia. Daliśmy im dwie godziny, po czym my ruszamy.
Jak już pisałem wcześniej w jaskini było wyjątkowo dużo wody. Snuliśmy domysły, czy to topi się śnieg, który zalegał w górach, czy są to prognozowane ulewy. Wprawdzie jaskinia jest wyjątkowo ciepła w porównaniu do jaskiń polskich, gdzie Jura to średnio 7 stopni a Tatry to 2-3. Tutaj termometr w smartwatchu Tomka pokazywał +16°C. Jednak przebywanie dłuższy czas w przemokniętej odzieży w temperatuże +16° też wychładza. Dotrzymaliśmy słowa i dwie godziny później ruszyliśmy ku wyjściu.

Widok pod studnią zlotową nas zaskoczył. Planowaliśmy wyjść w dzień i tak było. Wyszliśmy około godziny 11. Na zewnątrz +6°. Niebo było szare, wiał silny wiatr a z nieba spadały kurtyny deszczu. Oto słoneczna Hiszpania. Teraz jasne, skąd tyle wody w jaskini. Około godziny zajęło nam dojście do samochodów zaparkowanych na przełęczy. W porywistym wietrze i strugach deszczu doszliśmy do nich kompletnie wyprani z jaskiniowego błota, ale przemoczeni do suchej nitki i przemarznięci na kość. Pomoc Raoula, naszego hiszpańskiego kolegi, jest nieoceniona, pozwolenia na wjazd do parku i klucze do szlabanu dla dwóch samochodów mocno podniosło morale w zespole. W autach czekały kanapki przygotowane na powrót. Ogromnie mnie cieszy, że każdy swoją zjadł. Pakujemy się i jedziemy na bazę, gdzie czeka na nas gorący prysznic, kolacja, kawa.

Sima G.E.S.M. 2025
Wyprawa Speleoklubu Bielsko-Biała

Napisał Piotr Gawlas



piątek, 05 grudzień 2025 20:14

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

Małgorzata Błaszczyk
Sylwia Wójcik
Łukasz Piechocki
Tomasz Motoszko
Wojciech Jasiak
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Filip Pukmiel
Mirosław Uczniak - Były Członek Klubu
Piotr Gawlas

Akcja jaskiniowa rozpoczęła się wcześniej niż planowano. Chcąc zaoszczędzić dzień, żeby mieć więcej czasu na powyprawową wycieczkę na najwyższy szczyt Hiszpanii, Mulhacén (3478,6 m n.p.m.) Łukasz zaplanował to sobie jako kolejny szczyt w Koronie Gór Europy a reszta ekipy postanowiła dotrzymać towarzystwa.
Do jaskini wchodzimy w środe o godzinie 15:30. Zespół podzielony został umownie na trzy grupy:
Grupa pierwsza, 4 osoby, która zabierała ze sobą linę i miała zająć się poprawą poręczowania i wymianą starych, zużytych odcinków lin na nową linę, dalej dojść do Biwaku na -700 gdzie mieliśmy odpocząć, przed dalszą akcją w stronę dna, którym jest Lago E.R.E położonego na -1000 metrów.
Grupa druga, 4 osoby, kilka godzin później miała wejść do jaskini i zmierzać w stronę biwaku na -700
I grupa trzecia, dwie osoby, która razem z grupą drugą, miała dotrzeć do biwaku na -300 i wyjść. Tego typu podział usprawnia organizację wypraw, odciąża komunikację w wąskich meandrach, usprawnia poruszanie się po linach na długich odcinkach.
Plan ogólnie przebiegał dobrze z jedynym odstępstwem, jakim było przeciągnięcie się czasu. Wymiana lin i poprawa poręczowania przebiegały wolniej, dlatego grupy pierwsza i druga dotarły do Biwaku na -700 znacznie później, niż przewiduje to „przewodnikowy"czas pokonywania tego odcinka.

Sima G.E.S.M. to jaskinia z trzema ogromnymi studniami, z których największa ma ponad 160 metrów głębokości, kolejna ponad 120 a najmniejsza około 80. Tak naprawdę nie wiadomo kiedy jest początek pomiaru, bo wszystkim wydają się być głębsze. Pomiędzy studniami biegną korytarze wymyte przez podziemny potok. Meandrują, zmieniając co chwila kierunek, zacieśniają się, to tworzą rozległe studzienki z obfitymi w tym roku opadami podziemnego deszczu i szumiącymi kaskadami.
Ekipa, która się połączyła w trakcie akcji, dociera na biwak na -700 około godziny 2:30 w czwartek. Wygłodzeni, spragnieni gotujemy herbatę, kawę, szykujemy dania z turystycznych liofili i racji wojskowych, w które organizatorzy zaopatrzyli wyjazd. W komfortowych jak na takie miejsce warunkach, ok. godziny 4 kładziemy się spać. Tutaj i tak trwa wieczna noc. Pobudka ok. 8:30. Po kolacjo-śniadaniu przed snem następuje roszada w składach, trzy osoby postanowiły wychodzić na powierzchnię. Pozostała piątka zmierza w kierunku dna.
piątek, 05 grudzień 2025 18:28

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

2 grudnia 2025. Rozpoczęła się klubowa wyprawa do Jaskini Sima G.E.S.M. W wyprawie udział bierze 10 osób:

Kierownik - Piotr Gawlas

Organizatorzy:
Łukasz Piechocki
Tomasz Motoszko
Małgorzata Błaszczyk
Wojciech Jasiak

Uczestnicy:
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Sylwia Wójcik
Filip Pukmiel
Mirosław Uczniak - Były Członek Klubu

Jest 2 grudnia, wcześnie rano. Samolot przynosi nas na południe Hiszpanii do Malagi. Na lotnisku odbieramy wypożyczone samochody i jedziemy do Rondy, malowniczego miasteczka zbudowanego na skałach z przecinającym go wąwozem i ogromnym mostem nad nim. Po zwiedzaniu idziemy na spotkanie z Raoulem, naszym znajomym Hiszpanem, który opiekuje się Jaskinią. Raoul daje nam zezwolenia i klucze do bramy Parku Narodowego Sierra de las Nieves, udziela kilku informacji o aktualnym stanie zaporęczowania, korektach lin. Wpisowe na akcję wynosi 35 euro w ekwiwalencie sprzętowym, najmilej widziane są liny, te najbardziej się tutaj zużywają. Komfort daje podjazd górską drogą pod szczyt, skąd dzieli nas mała godzinka, żeby osiągnąć jaskinię. Jutro do niej pójdziemy. Jeszcze tylko zrobimy zakupy.

c.d.n.
czwartek, 27 listopad 2025 08:41

2025.11.26 Beskid Żywiecki, Żabnica, skitury

Piotr Gawlas
Rano, kiedy pędzisz z nadzieją, że jeszcze uda ci się śmignąć po puchu nim opadnie i się nie zawiodłeś.
Żabnica, Beskid Żywiecki, skiturowo
czwartek, 27 listopad 2025 00:06

2025.11.27 Beskid Żywiecki, Żabnica

Piotr Gawlas

Kiedy spadł świeży puch, twoi kumple deptają go już od dwóch godzin, tobie przeciągło się w pracy a wiesz, że jutro może być już czerstwy. Szkoda czasu, żeby nie iść.
Żabnica, Beskid Żywiecki, skiturowo.
Strona 1 z 10