Piotr Gawlas

Piotr Gawlas

niedziela, 19 lipiec 2026 04:47

2026.07.16 Tatry Słowackie, Osterwa


Południowo-zachodnia ściana Galerii Osterwy, droga Majowa VI-

Dominika Kot
Piotr Kudłaty Gawlas

Piękna, tatrzańska wspinaczka. Trochę zacięciowo, trochę płytowo, krawądkowo i rajbungowo. Droga dobrze ubezpieczona, w zasadzie wystarczą pętle i długie ekspresy. I gdyby nie fakt, że poranne bezchmurne niebo zaciągnęły przed południem ciężkie chmury szykujące zapowiadaną burzę, wcześniej kilka dni padało i glony na ścianie nie zdążyły powysychać i było ślisko, to wspinanie na Miód-Malina.
Pod ścianę przemieszczaliśmy się na rowerach, w górę, asfaltem trochę pchając. Zaparkowaliśmy na symbolicznym cmentarzu pod Osterwą. Stąd jest jakieś 15 minut pod ścianę ścieżką. Za to w dół jazda bez trzymanki.

Po wspinaniu wpadliśmy do Schroniska nad Popradzkim Stawem na kawę i kofolę. Piliśmy obserwując dobrze widoczną z tarasu Osterwę.

Maciej Jeziorski jako kiero :)
Tomasz „Murzyn" Grzegrzułka
Małgorzata „Stara" Błaszczyk
Wojciech „Komandos"
Piotr „Kudłaty" Gawlas

Oficjalnie Jaskinia Ptasia Studnia. Nieoficjalnie, to tak nas zlało i wychłodziło, że ledwo doszliśmy pod otwór. Kolejna akcja wkrótce. Zapraszamy wszystkich klubowiczów na wyjazdy z nami. Nie ma co narzekać.

Ze Speleoklubu Bielsko-Biała uczestniczyli:
Agnieszka Krawczyk „Sałatka"
Paulina Kulpa
Rafał Wojtkielewicz
Arkadiusz Turek
Piotr „Kudłaty" Gawlas

Sobota, zajęcia rozpoczęte upałem. Od rana jak w piekle a my na ścianach mamy wisieć i liny rozwieszać, spity i kotwy wbijać, wszystko w pełnym słońcu. Działamy nad Jaskinią Wierzchowską Górną. Czuję się jak na budowie, wiertarki udarowe brzęczą, młotki opukują skałę i wbijają kotwy. Kotwy, które zostaną do następnych zajęć za rok i kolejnych. W mniejsze odwierty wkręcamy MMS, śruby utwardzane, po zdemontowaniu których zostaje tylko mały otwór w skale. Większość ekip porusza się sprawnie, mimo upału, poręczując i deporęczując odcinki treningowe. Na poziomie gruntu w wielkich głazach osadzane są i testowane zrywarkami wkręty, kotwy i nity używane przy poręczowaniu, więc każdy z uczestników może własnoręcznie sprawdzić, jak wytrzymałe są te delikatne z pozoru mocowania i nabrać do nich zaufania.

Niedziela zagospodarowana zostaje na trening wspinaczki z wykorzystaniem sztucznych ułatwień, tak zwanej hakówki. Stosuje się ją, kiedy jaskiniowe korytarze przybierają przebieg pionowy, ale w górę w kominy. Nikt podczas eksploracji nowych partii nie bawi się we wspinanie sportowe. Bijemy haki, obecnie z pomocą przyszła technika z wykorzystaniem wiertarek i kotw. Odwiert, kotwa, karabinek, lina i kolejny metr wyżej, bliżej celu. Niektórzy uczestnicy spotkali się z tym typem poruszania w pionie po raz pierwszy. Klimat był przyjemniejszy, gdyż zajęcia odbywały się w jaskini i można było odetchnąć od panującego na zewnątrz prawie 40-to stopniowego upału. Było trochę strachu, bo to nienaturalne, ale dużo śmiechu i jeszcze więcej dobrej zabawy.

Zachęcam, zwłaszcza młodszych klubowiczów, do brania udziału w tego typu zajęciach, organizowanych centralnie, przez KTJ. Można potrenować już nam znane, dowiedzieć się nowych rzeczy z zakresu eksploracji jaskiń, poznać nowych fajnych ludzi z innych klubów i miło spędzić czas.
poniedziałek, 29 czerwiec 2026 23:45

2026.06.26 Park Śląski, Bieg dla Słonia

Dominika Kot
Henio Kot - o.t.
Ania „Skwarka" Boczkowska
Piotr „Kudłaty" Gawlas

Ekipa z KW Bielsko-Biała
Rodzeństwo
Znajomi i Znajomi Znajomych

Dałem się namówić na akcję, wogóle nie w moim klimacie. Gonienie? Masówka? Impreza? Stadion Śląski? To nie moje klimaty. Ale... Doma mówi, że jest akcja pod Śląskim, kompletny wolontariat, bez wpisowego i nagród. Bieg dla Słonia, ku upamiętnienia Artura Hajzera. Zapisy od 20-tej, było z kilkaset osób, start 22, koniec koło północy, biegniemy - pogoda nieważna. Wolna amery.. znaczy kto chce biegnie, kto nie to idzie, może rower, byle ostrożnie, hulajnogi nie-pod napięciem.. Z Klubu jeszcze będzie Skwarka, nasi znajomi. Dystans 8 kilo. Początek taki spacer po Śląskim, jestem tu pierwszy raz. Zdjęcia pod telebimem ze zdjęciami Słonia z gór, robimy grupowe. Później lekki trucht, jak się rozgrzałem trochę mnie poniosło i pobiegłem. Jakieś 7km w towarzystwie ekipy z KW. W sobotę mamy na Jurze Warsztaty z Poręczowania i hakówki, na które jadę. A ja w sobotę nie mogę chodzić. Składam się z zakwasu. Ostatni raz taki dystans biegłem w podstawówce. ;)
Każdy, kto ukończył bieg, dostał symboliczny medal. Ale za rok... może znowu?.. zachęcam Wszystkich do dołączenia do akcji.
Hieronim Gawlas - o.t.
Irek Barankiewicz - o.t.
Piotr Gawlas

Długi wekend czerwcowy, Boże Ciało, pomysł przeciągnął się z zeszłego roku, mieliśmy iść na Lodowiec Teischnitz. Aura nie była jednak przyjazna, czwartek deszczowy a w piątek nasze zapały ostudził świeży czerwcowy śnieg. Piątek spędziliśmy na zwiedzaniu Doliny Dorfer, odwiedziliśmy schronisko Bergeralm, podziwiając po drodze wąwóz rzeki Kaiserbach. W sobotę po śniadaniu na parkingu Kals am Grossglockner, mimo słabej pogody ruszamy w stronę Studlhutte i dalej lodowca. Zatrzymujemy się na herbatę w Lucknerhutte z obawy przed kolejnym załamaniem i zlewą. Na krótko pogoda się poprawia. Ruszamy dalej, docierając do skał, jakiś kilometr ponad schroniskiem. Nie docieramy nawet do Studlhutte, bo kolejne mgły i chmury zasłaniają niebo. Decydujemy się zawrócić, bo jest już późno a szans na dojście na lodowiec nie widać. Cóż, trzeba będzie znowu tu przyjechać.
Mimo słabej pogody, wyjazd uważamy za udany.
Zawodnicy Speleoklub Bielsko-Biała:
Fili Pukmiel
Adam Jakubczyk
Zawodnik Speleoklub Bobry Żagań:
Paweł Dumański

Grupa wspierająca (kibice, ultras ;) SBB )
Joanna Micherdzińska
Tomasz „Murzyn" Grzegrzułka
Marzena - Osoba Towarzysząca

Kibice Bobrów:
Franciszek Kramek
Daniel Oleksy
Adam Majger


Kadzielnia. Speleomistrzostwa. I dwa Wspaniałe Kluby: Speleoklub Bobry z Żagania i Speleoklub Bielsko-Biała, od dziesięcioleci zaprzyjaźnione ze sobą, wspólnie działające na wielu wyjazdach i wyprawach: w Polsce, w Alpach i na całym świecie. Dziś spotkaliśmy się, by wspólnie uczestniczyć w corocznych Speleomistrzostwach, organizowanych w tym roku przez Speleoklub Świętokrzyski na Kadzielni - tutaj wielki ukłon i podziękowania dla Gospodarzy za zorganizowanie tak wspaniałej imprezy.

Bielsko reprezentowało dwóch zawodników: Filip i Adam. Bobry reprezentował Paweł. Sportowe zmagania, jakże ważne dla naszej Społeczności, dla utrzymania Sportu, ale przede wszystkim ważne towarzysko, dla utrzymania naszej współpracy międzyklubowej i kontaktów między ludźmi. Zawodnikom kibicowali członkowie i sympatycy SBB i Bobrów: Asia, Murzyn, Marzenka, Franek, Adam, Daniel. Wyniki są istotne, ale najważniejsze są spotkania. Bielsko z Żaganiem znowu razem działają w Alpach, znowu spotykają się na imprezach klubowych i sportowych, i to są sytuacje, które najbardziej cieszą.

Pamiętajcie!
Z nami warto się spotykać.
Warto z nami jeździć!

Piotr „Kudłaty" Gawlas
John G - Belgia, kierownik
Géry Berghmans - Belgia
Cal - Wielka Brytania
Jean-Mari - Francja
Piotr Gawlas - Polska SBB


Na zakończenie działalności w rejonie Soppong wybraliśmy się do niedalekiej doliny, w której były zlokalizowane farmy uprawiające czosnek. Dnem doliny płynie niewielki potok. Idąc z jego biegiem docieramy do wielkiego, przypominającego twarz kosmicznego stwora, głazu. Pod nim potok znika. Jak popatrzymy na okalające głaz skały i wnękę skalną, widzimy wiele zawieszonych na krzakach śnieci i narysowanych na ścianach linii, które wskazują, dokąd sięgała woda podczas zalewów. Najwyższy punkt jest jakieś 15 metrów nad dnem i sugeruje, że cała plantacja bywa zalewana kilkumetrową warstwą wody a w dolinie jest wtedy pokaźne jezioro. Rozkopując suchy w tym czasie ponor natrafiamy na wąski korytarz, właściwie rurę, która sprowadza w dolne partie ponoru. Jest tak wąska, że tylko John po zainstalowaniu liny, przeciska się nią wgłąb. Jest to problem do rozwiązania w przyszłości, na kolejnych wyprawach. Jaskinia z powodu umiejscowienia otrzymuje nazwę Tham Garlic - Jaskini Czosnkowej.

Kolejnego dnia pakujemy nasz sprzęt i wyruszamy na kemping w rejonie miasta Chiang Dao. Po drodze zahaczając o Pai, takie folklorystyczne miasteczko w lokalnych górach, gdzie jest kolorowo i przyjeżdża dużo turystów. Jemy świetny tajski obiad a resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu miasteczka. Całkiem ciekawego :)

c.d.n.


John G - Belgia, kierownik
Ampy - Tajlandia
Géry B - Belgia
Cal - Wielka Brytania
Jean-Mari - Francja
Piotr Gawlas - Polska SBB

Wyprawa trwała od 23 lutego do 08 marca w oparciu o bazę w miejscowości Soppong u bardzo miłej gospodyni o ksywce Pi-Da (całe tajskie imiona są długie a dla nas dziwne i zamotane). Mieszkaliśmy w domkach na palach, dwuosobowych z łazienką. Otoczenie wiejskie, czyli pobudka o świcie kogutem za oknem, owocowe drzewa w ogrodzie, palmy, papaja, oraz ogólnie sielanka. Gospodyni gotowała nam posiłki: śniadanie o 8:00 i obiad o 19:00. Punktualnie ;) Pomieszczenie świetlicowo-stołowe zbudowane również na tarasie na palach, zajmowało połowę tego tarasu. Przesiadywaliśmy wewnątrz, bo było trochę deszczowo jak na porę roku i dosyć chłodno. Okna były otwierane do góry, bardzo praktyczne, ale bez szyb. Wieczorami przez wnętrze przelatywały nietoperze a po ścianach ganiały małe gekony. Chyba miały rujkę. Jeden upodobał sobie stację wi-fi, gdzie przesiadywał, chyba mu było na niej ciepło. Gekonki były płochliwe i trudno było do nich bliżej podejść, zwiewały z taką szybkością, że nie do ogarnięcia przez nasze oko. Z okien świetlicy i z tarasu jest widok na dolinę i fragment wioski Soppong. Przesiadywaliśmy tam po akcjach, przeglądając plany, oglądając zdjęcia i filmiki z wyjść, rozmawiając. Działaliśmy w pięknym krasowym terenie w północnej części Tajlandii (neua - północ) niedaleko granicy z Mianmar (Birmą). Dla mnie pierwszy raz w tamtym miejscu, trochę nie rozeznaję się jeszcze w lokalnych nazwach, brzmią dziwnie. Jak dla mnie jest trochę za ciepło. Ale...

 Głównym celem jest Tam Gloua, Jaskinia Strachów ( Straszna, Strasząca, tłumaczenie dowolne, z ang. Scary Cave, Tam - z tajskiego jaskinia). Początek faktycznie działający na wyobraźnię. Przeciskanie się przez zawalisko z wielkich bloków, po drodze napotykamy węże, które leżą na skalnych półkach i w nyżach. Mogą puścić nerwy. Ale spokojnie. Bloki dosyć stabilne. Węże to dusiciele, nie jadowite, polujące na nietoperze, niekoniecznie były szczęśliwe z naszej obecności i usuwały się z drogi. Chyba, że spały po posiłku albo były w jego trakcie. Kiedyś, wychodząc z jaskini trafiłem na taki bar zacisze, gdzie wąż połykał zdobycz. Zaskakujące jest, jak one w tych ciemnościach polują, łapiąc nietoperza w locie. Były nawet ładne te gady, czarne grzbiety, jasny brzuszek a wzdłuż ciała po obu stronach żółte pasy. Idąc dalej zawalisko zmienia orientację z pionowego rumowiska na poziomy, już bardziej korytarz, którego dnem płynie potok. Dalej w głębi jaskini nie ma węży, jest za to bardzo ciepło i lata ogromna ilość nietoperzy. Po kamieniach skaczą świerszcze i biegają takie wielkie, ładne, włochate pająki. Uciekają na nasz widok. Płynący spągiem potok miejscami zamienia się w sadzawki w których żyją przeźroczyste krewetki i ryby. Jak się tam dostały, tego nie zgadnę. Po drodze, od dołu i od góry strumienia kilka kaskad po 10 - 15 metrów, zupełnie pionowych wodospadów a te ryby nie potrafią pełzać - przetestowane. Idąc głównym ciągiem wzdłuż strumienia docieramy do Czarnego Wodospadu. Jakieś 40 metrów pochylni. Nad wodospadem wznosi się duża sala. Wspinaliśmy się jej bocznymi odnogami i w górę cieków wodnych, natrafiając na pięknie udekorowane naciekami salki i korytarze a jedno z okien doprowadziło nas do komory, która była na wysokości otworu wejściowego. Pierwotnie pomiary wskazywały na lokalizację najwyższego piętra w okolicy otworu, ale po skorygowaniu danych okazało się, że sala jest w masywie. Atmosfera jest tu ciężka, bardzo ciepło i latają owady spotykane na powierzchni. Być może jest to miejsce, gdzie mogło by się otworzyć drugie wyjście, ale nie ma potrzeby. Za Czarnym Wodospadem korytarze mają przebieg poziomy i kilkadziesiąt metrów obniżają się na tyle, że trzeba się czołgać w strumieniu, całkowicie leżąc w wodzie, wlokąc za sobą wór ze sprzętem. Temperatura w jaskini oscyluje w okolicach +30 stopni Celsjusza. Dalej korytarze podnoszą się i zamieniają w kaskady. Kilka uskoków po 10-15 metrów, zjazdy w strumieniach wody. Między poszczególnymi kaskadami są meandry. Ostatni, około 20 metrowy zjazd wodospadem sprowadza nas na dno dużej sali. To tu mamy działać. Sala ma około 40 metrów wysokości. Na przeciwległej do zjazdu ścianie z okna w połowie jej wysokości wypada drugi wodospad o obfitości większej, niż potok, którym tutaj docieramy. Potencjalnie taki duży potok spływa podobnymi partiami jak te, które już znamy. Nie ma siły, trzeba wspinać. Ponieważ jest już późno, postanawiamy przełożyć akcję na kolejny dzień, ale jest to nasz trzeci już dzień z kolei w jaskini, gdzie poręczowaliśmy ją, wspinali i eksplorowali wcześniejsze jej partie, do jaskini wracamy za dwa dni, po odpoczynku - tak postanawiamy. 

 Taka ciekawostka. Dnem doliny gdzie znajduje się wejście do Tam Gloua płynie strumyk. Przepływa dokładnie pod otworem, ale nie wpada do niego, tylko dalej jakieś 150 metrów do ponoru. Zastanawialiśmy się dokąd ta woda płynie, bo nie jest to na pewno ciek w jaskini, którym idziemy w dół. Gery i Jean-Mari mieli spróbować rozkopać ponor, ale nie dali rady, bo szczelina za wąska. Mącili wodę kiedy byliśmy w jaskini żeby sprawdzić, czy czasem nie płynie ona do wodospadu w wielkiej sali, ale też nie. i bądź tu mądry?

 Dzień odpoczynkowy wyglądał tak, że po śniadaniu wyruszamy w sąsiedni rejon, przyjrzeć się z bliska kilku zapadliskom krasowym, wiele z nich nie była jeszcze odwiedzona. Chodząc po dżungli w lejach nie znaleźliśmy nic. Przeszliśmy za to jakieś 25km i około 1200 metrów w pionie. Jak na odpoczynek to tak na zajechanie się ;)

 Wracamy do Tam Gloua w czwórkę: Ampy, John, Cal i ja. Przebieramy się i gnamy co sił na przodek. Poprzednim razem przyglądałem się możliwości wspinania wodospadu. Słaby teren. Po prawej, ściany to posklejany gliną rumosz skalny, brak możliwości jakiejkolwiek asekuracji, pod naciskiem stóp ze ścian wypadają głazy wielkości cegły. Padła propozycja wspinu wodospadem, ale wiertarka po tej akcji będzie do wywalenia. Podchodząc po linie w stronę wyjścia, tuż przy samej górze, jakieś 8-10 metrów na prawo od liny, zauważyłem w ścianie półkę. Dalej kolejną i dwa stalagmity. Wszystko zalane polewą z tłustego błota. Dojechałem ukosem do półki wbijając po drodze kilka kotw, na półce zmontowałem stanowisko, pancerne. Dochodzi do mnie Cal z liną i resztą szpeju do asekuracji. Stąd do wodospadu wygląda, że jest jakieś 25 metrów. Zaczynam wspinaczkę, właściwie hakówkę, choć ściany nie są najlepszej jakości, idzie ona całkiem sprawnie. Po około godzinie wybieram ostatni kawałek liny i jestem przy wodospadzie, poszło całe 30 metrów liny. Motam drugie stanowisko, linę wiążę na sztywno, żeby Cal mógł do mnie dojść.

 Wodospad jest imponujący. Wypływa przez skalne okno z zawieszonego basenu. Wchodzę do okna, ładuje się do wody w basenie. Dalej biegnie korytarz. Poszedłem nim jakieś 50 metrów w górę strumienia i zawróciłem. W międzyczasie Cal dowspinał się do okna, wszedł do korytarza i też poszedł nim w górę. Ja szykowałem linę do zjazdu, żeby się jakoś wycofać i zaporęczować na dalszą eksplorację. Cal doszedł jakieś 10 metrów dalej niż ja i też wrócił. Trochę zaczął gonić nas czas. Ale Johna i Ampy jeszcze nie było.

 W tym samym czasie John i Ampy poszli dziś do dna, do syfonu, żeby pomierzyć pewne odcinki, na które rok wcześniej zabrakło im czasu. Widać pomiary zajęły dłużej, niż przewidywano. Dobrze, że powiedzieliśmy gospodyni, żeby na nas nie czekała z obiadem, tylko zostawiła nam do odgrzania jak wrócimy. Jak zawsze kończyliśmy około 17-18, tym razem akcja zeszła do dwudziestej pierwszej. Za dwa dni kończymy eksplorację w rejonie Soppong. Trzeba jeszcze pomierzyć choć część nowych partii nad Wodospadem i zdeporęczować jaskinię. Wracamy tu za dwa dni, tym razem po dużo spokojniejszym dniu odpoczynku.

 Tam Gloua po dołączeniu domiarów i nowo odkrytych korytarzy ma obecnie 2335 metrów długości, czyli około 650 metrów więcej, niż rok temu a jej głębokość wzrosła o 4 metry i wynosi obecnie 279 metrów co stawia ją na 4 miejscu najgłębszych i 31 miejscu pod względem długości jaskiń Tajlandii.

 Kolejne dni odpoczynku podczas eksploracji Tam Gloua spędzamy:

 Eksploracja Tam Huai Kun, która rozwija się na dolnej części strumienia Tam Gloua i jest jego wywierzyskiem oraz przeczesywaniu terenu w okolicznych lejach w poszukiwaniu cieków wodnych, które go zasilają. Idąc w górę Tam Huai Kun docieramy do korytarzy, które obniżają się tak bardzo, że trzeba będzie kopać żwirowe namulisko, jeśli byśmy usiłowali połączyć te jaskinie. Jest jednak problem, bo w jaskini występuje bardzo duże stężenie dwutlenku węgla, dochodzące nawet do 3,5%. Będzie trzeba coś wymyślić, żeby się go pozbyć ;)

 Podczas przeczesywania kolejnych lejków trafiamy na dużą studnię. Zaporęczowałem ją i zjechałem na głębokość 55 metrów. Jest piękna, myta, jej dno zasypane jest ziemią i choć odchodzi w bok coś na kształt wąskiego korytarzyka, trzeba by go udrożnić wybierając ziemię, ale tu również panuje ciężka atmosfera, miernik pokazał 2% CO2. Cal i Jean-Mari obok naszej studni rozkopali szczelinę, która też rozwija się w studnię, gdzie kamień leci kilka sekund, ale i tu miernik szaleje, więc zaniechano dalszej eksploracji. Po południu pojechaliśmy z Calem na punkt widokowy i do wioski Ban Ja-Bo, położonej nad poljo Mae Lana. Pod polio płynie rzeka, która wytworzyła ogromną jaskinię, Tam Mae Lana. Odwiedzamy ją w kolejny dzień wolny. W Ban Ja Bo idziemy do kafejki z tarasem widokowym. Miło jest posiedzieć wieczorem podziwiając obłędne widoki polio Mae Lana i okolicznych gór. W wiosce obchodzony jest Nowy Rok. Mieszkańcy chodzą odświętnie ubrani, część odpoczywa przed domami. Co chwilę rozlegają się wybuchy fajerwerków.

 W Tam Mae Lana, która jest jaskinią turystyczną i można ją zwiedzać z przewodnikiem z Ban Mae Lana, wioski położonej w poljo, my jednak idziemy od tyłu, rzeką pod prąd. Cal ma tutaj swój nieodkryty problem a my chcemy zobaczyć przepiękną jaskinię. Było warto. Potężne nacieki zwisające ze stropu, polewy w formie kropielnic, organów, wielkie stalaktyty robiły wrażenie. Idziemy, czasem płyniemy rzeką. Woda mało przejrzysta, trzeba uważać, bo pod powierzchnią są głazy i wystające płyty skalne, które powiadamiają boleśnie o swoim istnieniu, kiedy się przywali w nie piszczelem. Ale woda pierwsza klasa, krótki rękawek, temperatura koło 30 stopni C. Poza odmoczonym naskórkiem i paznokciami, żadnych efektów odmrożenia. W wodzie pływają krewetki a nawet wymiarowe pstrągi. 

C.d.n.
Góry: Tatry Wysokie, Dolina Złomisk, Tępa 2285 m.n.p.m
Nazwa drogi: Żebro Galfy'ego
Wycena: III
Styl: OS
Czas: 9 godzin
 
Uwagi: Początek drogi bardziej IV niż III, dalej teren łatwiejszy, kilka pól śnieżnych. W przewodniku tatry.nfo.sk czas pokonania drogi podany jest na 3 godziny, ale zimą znacznie mija się to z prawdą i bardziej realny jest 6-7 godzin. Nam zajęło więcej ze względu na mniejsze doświadczenie. Przez całe żebro powadziliśmy pełne długości lin 60 metrów ze stanowiskami po każdym wyciągu, których wyszło 15. Sprzęt to 60 metrów liny podwójnej 8,2mm, 8 ekspresów, ok. 15 pętli od 60 - 240 cm, 7 friendów + heksy różnych rozmiarów, szpilki do traw, które słabo siadały, ale były użyte, czekany, raki. Asekuracja dobra, dużo z natury: bloki, kosówka. Zejście łatwe Tępym Grzbietem na Przełęcz pod Osterwą i dalej czerwonym szlakiem Tatranskiej Magistrali nad Popradzki Staw. Droga mikstowa, ciekawa, biegnie ściśle grzbietem filara, ładne widoki na Popradzki Staw, Szczyrbski Staw, Niżne Tatry, Dolinę Złomisk. Ponieważ przeciągnęło nam się do nocy, księżyc w pełni uraczył nas pięknymi widokami, rozgwieżdżone niebo, rozświetlone bielące się śniegiem szczyty choć góry ledwie przyprószone a w dolinach morze mgieł.

Kto: Piotr "Kudłaty" Gawlas, Dominika Kot
Klub: Speleoklub Bielsko-Biała
czwartek, 11 grudzień 2025 23:53

2025.12.02-08 Sima G.E.S.M. wyprawa klubowa

Jest niedziela, ostatni dzień wyprawy. Łukasz był pomysłodawcą wyjścia na najwyższy kontynentalny szczyt Hiszpanii, ale doznał kontuzji w postaci mocnych obtarć pięty i zmuszony sytuacją zrezygnował z wyjazdu. Pomysłem zapalił jednak część ekipy. Zebrała się czwórka: Sylwia, Wojtek, Filip i Mirek, którzy w stronę Mulhacena 3482 m.n.p.m. bardzo wczesnym porankiem wyruszyli. Warunki górskie typowo zimowe a sprzęt, który zabraliśmy na wyjazd nie wystarczył, żeby mierzyć się z lodowymi polewami. Wyszli na sąsiedni szczyt, nieco niższy, ale też ponad 3400. Z dojazdem zajęło im to cały dzień, bo z bazy to było jakieś 260 km. jazdy.
 Pozostała część ekipy: Gosia, Tomek, Tomek, Wacław i Piotr, czyli ja, postanowiła zwiedzać okoliczne góry i wybrała się na przejście szlakiem z miasteczka Yunquera w którym rezydowaliśmy do sąsiedniego miasteczka Tolox. Pokonaliśmy dystans 10200 metrów, 750 metrów przewyższenia i bez pośpiechu zajęło nam to jakieś trzy godziny. W sam raz, żeby rozchodzić pojaskiniowe zakwasy w goleniach i udach. Szlak jest urokliwy. Biegnie przez sady mango i pomarańczowe, gaje oliwne, mija ferratę albo raczej drabinę z wbitych  prętów w gładką, jakieś 50 metrów wysoką skałę, obok których umocowana jest dla asekuracji, stalowa linka. Szlak przekracza brodem całkiem dużą górską rzekę, gdzie bez zjdęcia obuwia i zamoczenia nóg prawie do kolan nie dało się przejść. Woda jest rwąca, zimna, ale przyjemna. Tomek zmierzył termometrem w zegarku, że ma 14° C. Dało się w niej stać, beż przykrego, bolesnego mrożenia stóp. Za rzeką było trochę pod górkę, mijaliśmy niewielką sztolnię, gdzie Tomek z Wackiem zajrzeli z ciekawości. Dalej znów mijaliśmy gaje oliwne i ciekawą konstrukcję, jaką był akwedukt albo kanał nawadniający, wykuty w skale. Woda była w nim krystalicznie czysta. W gajach oliwnych trwał akurat zbiór oliwek i żniwiarze rozłożywszy wpierw pod drzewami siatki, otrząsali z drzew owoce, używając do tego nie jak dawniej drągów a sprzętu mechanicznego, ręcznych otrząsarek napędzanych spalinowymi silniczkami jak w podkaszarkach. Szło im sprawnie. Całe rodziny były w to zaangażowane. na plantacjach paliły się ogniska i piekły obiadowe przysmaki. Z gór do Tolox sprowadziła nas stroma droga. Łukasz  leczył pięty. Nie poszedł z nami ale późnym popołudniem dojechał do nas samochodem. Knajpka w centrum była czynna i oferowała przepyszne przekąski: smażone kalmary, lokalne krokieciki z nadzieniem rybnym i pysznym sosem, mini burgery. Zatrzymaliśmy się na podwieczorek. Łukasz stawiał. W końcu ma dziś urodziny.
Strona 1 z 11