Agnieszka Gądek
poniedziałek, 19 październik 2020 22:27
2020.10.17 Studnia Szpatowców, Jaskinia Kalesonowa
Agnieszka Gądek
Pogoda w ten weekend była po prostu paskudna. Deszcz, ponuro, zimno... W taką pogodę najlepiej jest oczywiście schować się w jaskini i przy okazji nieco potrenować. Najprościej było wybrać się na Jurę. Choć Studnię Szpatowców zaliczyłam już ostatnio 13 razy, to jako jaskinię do treningu myślę, że mogę odwiedzać ją co tydzień. Tym razem całość poręczowałam sama. Taki zresztą był mój plan - 6 razy szybkie dno studnią bez kontaktu ze ścianą (dla odrobiny kondycji), potem 3 razy zaporęczowałam drugą studnię i jeszcze 2 razy zjechałam nią w dół, żeby poprawić się w przepinankach. W sumie na dno zeszłam 11 razy.
Nie był to koniec mojego planu na ten dzień. Chciałam jeszcze sprawdzić jak zachowam się będąc sama w ciasnym miejscu zdana tylko na siebie. Za idealną do tego celu jaskinię uznałam Kalesonową (z kursu pamiętałam, że cała jaskinia jest do czołgania, że w środku jest jedno miejsce gdzie jest naprawdę ciasno i musiałam się tam nieco pomęczyć, a wyjście wcale nie należało do przyjemnych). Z lekkim stresem wczołgałam się do pierwszej salki i szybko, żeby się nie rozmyślić, ruszyłam ciasnym korytarzem do przodu. Prawie na samym początku natknęłam się na kałużę głębokości około 15cm na odcinku 1,5m wypełniają całą szerokość przejścia. Kombinezonu oczywiście na sobie nie miałam, tylko jakieś stare ubrania. Nie było wyjścia, trzeba było "przepłynąć". Wielkie było moje zdziwnie i w sumie zawiedzenie, kiedy jedynym trudnym momentem przejścia okazała się ta właśnie kałuża... Zacisk (według planu II !) okazał się nie być wcale taki wąski, a przy wyjściu wystarczyło odpowiednio ułożyć nogę i ze zdziwniem stwierdziłam "o wyszłam!". No pamiętałam tą jaskinię jako o wiele trudniejszą...
Pogoda w ten weekend była po prostu paskudna. Deszcz, ponuro, zimno... W taką pogodę najlepiej jest oczywiście schować się w jaskini i przy okazji nieco potrenować. Najprościej było wybrać się na Jurę. Choć Studnię Szpatowców zaliczyłam już ostatnio 13 razy, to jako jaskinię do treningu myślę, że mogę odwiedzać ją co tydzień. Tym razem całość poręczowałam sama. Taki zresztą był mój plan - 6 razy szybkie dno studnią bez kontaktu ze ścianą (dla odrobiny kondycji), potem 3 razy zaporęczowałam drugą studnię i jeszcze 2 razy zjechałam nią w dół, żeby poprawić się w przepinankach. W sumie na dno zeszłam 11 razy.
Nie był to koniec mojego planu na ten dzień. Chciałam jeszcze sprawdzić jak zachowam się będąc sama w ciasnym miejscu zdana tylko na siebie. Za idealną do tego celu jaskinię uznałam Kalesonową (z kursu pamiętałam, że cała jaskinia jest do czołgania, że w środku jest jedno miejsce gdzie jest naprawdę ciasno i musiałam się tam nieco pomęczyć, a wyjście wcale nie należało do przyjemnych). Z lekkim stresem wczołgałam się do pierwszej salki i szybko, żeby się nie rozmyślić, ruszyłam ciasnym korytarzem do przodu. Prawie na samym początku natknęłam się na kałużę głębokości około 15cm na odcinku 1,5m wypełniają całą szerokość przejścia. Kombinezonu oczywiście na sobie nie miałam, tylko jakieś stare ubrania. Nie było wyjścia, trzeba było "przepłynąć". Wielkie było moje zdziwnie i w sumie zawiedzenie, kiedy jedynym trudnym momentem przejścia okazała się ta właśnie kałuża... Zacisk (według planu II !) okazał się nie być wcale taki wąski, a przy wyjściu wystarczyło odpowiednio ułożyć nogę i ze zdziwniem stwierdziłam "o wyszłam!". No pamiętałam tą jaskinię jako o wiele trudniejszą...
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Etykiety
poniedziałek, 19 październik 2020 21:56
2020.09.19 Nad Kotliny
Agnieszka Gądek
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
To było moje trzecie wyjście do Nad Kotlin w tym roku (a dokładnie trzecie w ciągu miesiąca). Nie mogłam pozwolić temu trawersowi pozostać niepokonanym...
Z parkingu ruszyłam jak zwykle nieco wcześniej i byłam bardzo zadowolona, kiedy okazało się, że Frytka dogonił mnie dopiero na ostatnim odcinku - już nad żlebem. Na zewnątrz było zimno, więc szybko się przebraliśmy i ruszyliśmy na dół. Miałam chyba jakiś wyjątkowo dobry dzień, bo Frytka nie musiał czekać "godzinami" pod każdą ze studni, aż w końcu się poprzepinam i zjadę na dół. Mieliśmy ściśle określony czas zejścia w dół - po jego upływie mieliśmy rozpocząć odwrót. Studnia za studnią, mój "ulubiony" trawers, potem Wodociąg, Suchy Biwak w Śnieżnej, jeszcze trochę w dół... Frytka zarządził odwrót przed upływem wyznaczonego na zejście w dół czasu. Według analizy mojej i J. Ganszera osiągnęliśmy głębokość -575m. Szkoda było mi wracać, ale myślę, że kiedyś dno osiągnę. Ruszyliśmy w górę. Ja pierwsza, Frytka za mną. Nie miałam problemów z odnalezieniem właściwej drogi, słyszałam tylko za sobą: "Pamiętaj, że lina w Wodociągu nie jest na samym dole, tylko leży na wysokości wzroku, nie przegap jej!" Cisza, idziemy Wodociągiem, ja pewnym krokiem do przodu (suchą stopą!), aż w końcu słyszę za sobą śmiech... Tak, przegapiłam linę...
W Obejściu Gliwickim ustaliliśmy, że ja pójdę już sama do góry i poczekam na biwaku, a Frytka będzie deporęczował. Dotarłam do trawersu i ... przeszłam! Trawers w końcu pokonany! Frytki nie było słychać, więc całe szczęście, bo pewnie bym sobie tam powisiała i przy okazaji zamarzła... Szłam dalej, po każdej studni czekając chwilkę, aż dotarłam na biwak. Po godzinie złapałam okropny stres, bo Frytki nadal nie było słychać... Wiedziałam, że deporęczowanie trwa długo, ale nie do końca miałam orientację o ile później mogę się go spodziewać... Po 1h i 45 minutach (kiedy już chciałam schodzić spowrotem na dół) na szczęście dotarł na biwak...
Akcja myślę bardzo udana. Z satysfakcją pokonania trawersu i poczuciem, że jeśli (mam nadzieję, że to się nigdy nie stanie) coś się kiedyś stanie, to będę potrafiła sobie poradzić i wyjść sama na powierzchnię.
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
To było moje trzecie wyjście do Nad Kotlin w tym roku (a dokładnie trzecie w ciągu miesiąca). Nie mogłam pozwolić temu trawersowi pozostać niepokonanym...
Z parkingu ruszyłam jak zwykle nieco wcześniej i byłam bardzo zadowolona, kiedy okazało się, że Frytka dogonił mnie dopiero na ostatnim odcinku - już nad żlebem. Na zewnątrz było zimno, więc szybko się przebraliśmy i ruszyliśmy na dół. Miałam chyba jakiś wyjątkowo dobry dzień, bo Frytka nie musiał czekać "godzinami" pod każdą ze studni, aż w końcu się poprzepinam i zjadę na dół. Mieliśmy ściśle określony czas zejścia w dół - po jego upływie mieliśmy rozpocząć odwrót. Studnia za studnią, mój "ulubiony" trawers, potem Wodociąg, Suchy Biwak w Śnieżnej, jeszcze trochę w dół... Frytka zarządził odwrót przed upływem wyznaczonego na zejście w dół czasu. Według analizy mojej i J. Ganszera osiągnęliśmy głębokość -575m. Szkoda było mi wracać, ale myślę, że kiedyś dno osiągnę. Ruszyliśmy w górę. Ja pierwsza, Frytka za mną. Nie miałam problemów z odnalezieniem właściwej drogi, słyszałam tylko za sobą: "Pamiętaj, że lina w Wodociągu nie jest na samym dole, tylko leży na wysokości wzroku, nie przegap jej!" Cisza, idziemy Wodociągiem, ja pewnym krokiem do przodu (suchą stopą!), aż w końcu słyszę za sobą śmiech... Tak, przegapiłam linę...
W Obejściu Gliwickim ustaliliśmy, że ja pójdę już sama do góry i poczekam na biwaku, a Frytka będzie deporęczował. Dotarłam do trawersu i ... przeszłam! Trawers w końcu pokonany! Frytki nie było słychać, więc całe szczęście, bo pewnie bym sobie tam powisiała i przy okazaji zamarzła... Szłam dalej, po każdej studni czekając chwilkę, aż dotarłam na biwak. Po godzinie złapałam okropny stres, bo Frytki nadal nie było słychać... Wiedziałam, że deporęczowanie trwa długo, ale nie do końca miałam orientację o ile później mogę się go spodziewać... Po 1h i 45 minutach (kiedy już chciałam schodzić spowrotem na dół) na szczęście dotarł na biwak...
Akcja myślę bardzo udana. Z satysfakcją pokonania trawersu i poczuciem, że jeśli (mam nadzieję, że to się nigdy nie stanie) coś się kiedyś stanie, to będę potrafiła sobie poradzić i wyjść sama na powierzchnię.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Etykiety
poniedziałek, 19 październik 2020 21:31
2020.09.12-13 Studnia Szpatowców i Jaskinia Wielkanocna
Beata Michalska-Kasperkiewicz
Paweł Kasperkiewicz
Zdzisław Grebl
Agnieszka Gądek
Zapowiadał się wyjątkowo ładny weekend, więc należało go wykorzystać. Zależało mi, żeby nieco poćwiczyć chodzenie po linie, więc pomyślałam o Jurze i zdobyciu (za dnia, bo ma piękny otwór) Studni Szpatowców. Dawno nie poręczowałam, więc na pochylnię posłałam Zdzisława, który następnie nadzorował z półki moje dalsze poręczowanie. Pierwsze zjechałam studnią z przepinankami, ale że lina była nieco krótka, a pionu było brak, to już przy drugim zjeździe przeporęczowałam na studnię bez kontaktu ze ścianą. Zdzisław poszedł na spacer, a ja realizowałam swój treningowy plan - dno Studni Szpatowców zdobyłam 13 razy osiągając tym samym głębkość ponad 400m.
Wieczorem dołączyła do nas Beata z Pawłem oraz Bejke, a także 2 innych członków naszego klubu ze swoim czworonogiem. W niedzielę zwiedziliśmy Okiennik, a następnie przedzierając się "skrótem" dotarliśmy do pobliskiej Jaskini Wielkanocnej. Do jaskini weszłam ja i Beata - myślę, że jaskinia jest warta odwiedzenia.
Paweł Kasperkiewicz
Zdzisław Grebl
Agnieszka Gądek
Zapowiadał się wyjątkowo ładny weekend, więc należało go wykorzystać. Zależało mi, żeby nieco poćwiczyć chodzenie po linie, więc pomyślałam o Jurze i zdobyciu (za dnia, bo ma piękny otwór) Studni Szpatowców. Dawno nie poręczowałam, więc na pochylnię posłałam Zdzisława, który następnie nadzorował z półki moje dalsze poręczowanie. Pierwsze zjechałam studnią z przepinankami, ale że lina była nieco krótka, a pionu było brak, to już przy drugim zjeździe przeporęczowałam na studnię bez kontaktu ze ścianą. Zdzisław poszedł na spacer, a ja realizowałam swój treningowy plan - dno Studni Szpatowców zdobyłam 13 razy osiągając tym samym głębkość ponad 400m.
Wieczorem dołączyła do nas Beata z Pawłem oraz Bejke, a także 2 innych członków naszego klubu ze swoim czworonogiem. W niedzielę zwiedziliśmy Okiennik, a następnie przedzierając się "skrótem" dotarliśmy do pobliskiej Jaskini Wielkanocnej. Do jaskini weszłam ja i Beata - myślę, że jaskinia jest warta odwiedzenia.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Etykiety
poniedziałek, 07 wrzesień 2020 22:49
2020.09.05-06 Nad Kotliny do połączenia z Wilczą
Agnieszka Gądek
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Sobotni poranek, piękna pogoda i ciężki plecak na plecach - tak rozpoczęła się dla mnie wyjątkowa wyprawa do Nad Kotlin. Wyjątkowa, bo pierwszy raz miałam spać w jaskini. Drogę do Nad Kotlin już znałam, słoneczko świeciło nam przez prawie całe podejście, za chmury zaszło dopiero pod otworem jaskini. Zjechaliśmy studnię zlotową, zostawiliśmy sprzęt biwakowy i ruszyliśmy na dół. I co? Mój ulubiony trawers... Na szczęście tym razem był nieco inaczej zaporęczowany i udało mi się go przejść odrobinę sprawniej niż 2 tygodnie wcześniej. Lin też nie zabrakło i mogliśmy odbić w bok do Kościoła i połączenia z jaskinią Wilczą. Od razu można było zauważyć różnice - te partie jaskini są dużo bardziej kruche i łatwo strącić kamień. Trochę ciaśniejszych miejsc, lina z przejazdem przez węzeł, zapieraczka - wszystkiego po trochu. Partie ładne, ale myślę, że dosyć mocno niebezpieczne.
W drodze powrotnej mój ulubiony trawers jednak postanowił mnie pokonać i znowu musiałam z nim walczyć.
Czas w jaskini żyje swoim własnym życiem - droga powrotna minęła mi bardzo szybko i doznałam szoku, kiedy doszliśmy na biwak i okazało się, że jest godzina 2:30 w nocy. Spać poszliśmy o 3:00 nastawiając budziki, żeby wyjść przed godziną alarmową. Całkowita ciemność, krople wody odbijające się od skał... Tylko czemu całą noc śniły mi się liny i przepinanki? Podobno pierwszy sen na nowym miejscu się sprawdza, więc myślę, że jeszcze dużo wyjść jaskiniowych przede mną. Oczywiście zmarzłam, ale nie zniechęciło mnie to i mam nadzieję, że będę mieć jeszcze wiele okazji do jaskiniowych biwaków.
Najgorsze doświadczenie z całej akcji? Ubranie mokrych butów po wyjściu ze śpiworka... A potem tylko wydrapać się zlotówką i na sam koniec radość, że pomimo zapowiadanego deszczu na niebie są tylko chmury, ale nie pada i można się normalnie przebrać.
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Sobotni poranek, piękna pogoda i ciężki plecak na plecach - tak rozpoczęła się dla mnie wyjątkowa wyprawa do Nad Kotlin. Wyjątkowa, bo pierwszy raz miałam spać w jaskini. Drogę do Nad Kotlin już znałam, słoneczko świeciło nam przez prawie całe podejście, za chmury zaszło dopiero pod otworem jaskini. Zjechaliśmy studnię zlotową, zostawiliśmy sprzęt biwakowy i ruszyliśmy na dół. I co? Mój ulubiony trawers... Na szczęście tym razem był nieco inaczej zaporęczowany i udało mi się go przejść odrobinę sprawniej niż 2 tygodnie wcześniej. Lin też nie zabrakło i mogliśmy odbić w bok do Kościoła i połączenia z jaskinią Wilczą. Od razu można było zauważyć różnice - te partie jaskini są dużo bardziej kruche i łatwo strącić kamień. Trochę ciaśniejszych miejsc, lina z przejazdem przez węzeł, zapieraczka - wszystkiego po trochu. Partie ładne, ale myślę, że dosyć mocno niebezpieczne.
W drodze powrotnej mój ulubiony trawers jednak postanowił mnie pokonać i znowu musiałam z nim walczyć.
Czas w jaskini żyje swoim własnym życiem - droga powrotna minęła mi bardzo szybko i doznałam szoku, kiedy doszliśmy na biwak i okazało się, że jest godzina 2:30 w nocy. Spać poszliśmy o 3:00 nastawiając budziki, żeby wyjść przed godziną alarmową. Całkowita ciemność, krople wody odbijające się od skał... Tylko czemu całą noc śniły mi się liny i przepinanki? Podobno pierwszy sen na nowym miejscu się sprawdza, więc myślę, że jeszcze dużo wyjść jaskiniowych przede mną. Oczywiście zmarzłam, ale nie zniechęciło mnie to i mam nadzieję, że będę mieć jeszcze wiele okazji do jaskiniowych biwaków.
Najgorsze doświadczenie z całej akcji? Ubranie mokrych butów po wyjściu ze śpiworka... A potem tylko wydrapać się zlotówką i na sam koniec radość, że pomimo zapowiadanego deszczu na niebie są tylko chmury, ale nie pada i można się normalnie przebrać.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Etykiety
poniedziałek, 07 wrzesień 2020 21:36
2020.08.28 Alpy i Hochkönig (2941m n.p.m.)
Agnieszka Gądek
Koronawirus sprawił, że w tym roku nie udało mi się polecieć na wakacje do ciepłych krajów. Czasu jednak nie marnowałam i postanowiłam zwiedzić nieco Alpy. Zobaczyłam wiele pięknch miejsc, pochodziłam w mojej bawarskiej sukience, popływałam w alpejskich jeziorach (pogoda była przepiękna, a woda "ciepła" jak w Bałtyku), ale chyba najciekawszym (a napewno wymagającym najwięcej wysiłku) punktem wyjazdu było wejście na Hochkönig.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy cel uda się osiągnąć, czy nie. Prognozy pogody mówiły, że o 12:00 mogą pojawić się burze, a taki piorun na prawie 3000m, to raczej nic bezpiecznego.... Spakowałam się jednak, nastawiłam budzik i o godzinie 5:27 ruszyłam na szlak. Znak mówił, że do szczytu jest 4-6h podejścia. W związku z tym, że szłam sama wybrałam najłatwiejszą drogę dojścia (nie miałam też ze sobą żadnego sprzętu, więc tylko taka opcja była w sumie możliwa). Wychodziłam mniej więcej z 1500m n.p.m. Szłam, a na horyzoncie malowały się odległe szczyty, zza których zaczęła dobiegać jasność poranka. Po około 30 minutach minęłam pierwsze schronisko, zgasiłam latarkę i ruszyłam całowicie pustym szlakiem między skalistymi szczytami. Jakiś czas później wzeszło słońce, w magiczny sposób barwiąc otaczające mnie skały i trawy. Kozice, cisza i ja całkowicie sama na szlaku - jak dla mnie niezwykłe doświadczenie (bo w Tatrach na ogół ludzi jest dużo). Potem minęłam bardzo charakterystyczny szczyt zwany Świątynią Diabła (jego wysokość to 2666m n.p.m. - pewnie dlatego nosi taką nazwę), ogromne płaty śniegu, a w dole małe jeziorka powstające z topniejącego lodu. I ta niezwykła pustka i wolność. Pierwsi ludzie minęli mnie dopiero tuż przed szczytem. Na wysokości 2900m pojawiły się drabinki, które doprowadziły mnie prawie pod samo schronisko - Matrashaus 2941m n.p.m. Na szczycie byłam o 10:14, czyli w 4h i 47 minut. Widok z góry bajeczny! W oddali szczyty pokryte lodowcem, a po drugiej stronie skalne pustkowia.
Trzeba przyznać, że na szczyt wyszłam w ostatniej chwili... Mniej więcej 10 minut później zaczęły przewalać się pierwsze chmury, a gdy tylko minęłam drabinki (w drodze powrotnej) szczyt okrył się chmurami. Nic bym już nie zobaczyła. W związku z tym, że moja kostka wciąż nie ma zamiaru się wyleczyć, droga powrotna zajęła mi więcej czasu, niż podejście do góry... Ale zeszłam bardzo zadowolona i z pięknymi wspomnieniami.
Koronawirus sprawił, że w tym roku nie udało mi się polecieć na wakacje do ciepłych krajów. Czasu jednak nie marnowałam i postanowiłam zwiedzić nieco Alpy. Zobaczyłam wiele pięknch miejsc, pochodziłam w mojej bawarskiej sukience, popływałam w alpejskich jeziorach (pogoda była przepiękna, a woda "ciepła" jak w Bałtyku), ale chyba najciekawszym (a napewno wymagającym najwięcej wysiłku) punktem wyjazdu było wejście na Hochkönig.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy cel uda się osiągnąć, czy nie. Prognozy pogody mówiły, że o 12:00 mogą pojawić się burze, a taki piorun na prawie 3000m, to raczej nic bezpiecznego.... Spakowałam się jednak, nastawiłam budzik i o godzinie 5:27 ruszyłam na szlak. Znak mówił, że do szczytu jest 4-6h podejścia. W związku z tym, że szłam sama wybrałam najłatwiejszą drogę dojścia (nie miałam też ze sobą żadnego sprzętu, więc tylko taka opcja była w sumie możliwa). Wychodziłam mniej więcej z 1500m n.p.m. Szłam, a na horyzoncie malowały się odległe szczyty, zza których zaczęła dobiegać jasność poranka. Po około 30 minutach minęłam pierwsze schronisko, zgasiłam latarkę i ruszyłam całowicie pustym szlakiem między skalistymi szczytami. Jakiś czas później wzeszło słońce, w magiczny sposób barwiąc otaczające mnie skały i trawy. Kozice, cisza i ja całkowicie sama na szlaku - jak dla mnie niezwykłe doświadczenie (bo w Tatrach na ogół ludzi jest dużo). Potem minęłam bardzo charakterystyczny szczyt zwany Świątynią Diabła (jego wysokość to 2666m n.p.m. - pewnie dlatego nosi taką nazwę), ogromne płaty śniegu, a w dole małe jeziorka powstające z topniejącego lodu. I ta niezwykła pustka i wolność. Pierwsi ludzie minęli mnie dopiero tuż przed szczytem. Na wysokości 2900m pojawiły się drabinki, które doprowadziły mnie prawie pod samo schronisko - Matrashaus 2941m n.p.m. Na szczycie byłam o 10:14, czyli w 4h i 47 minut. Widok z góry bajeczny! W oddali szczyty pokryte lodowcem, a po drugiej stronie skalne pustkowia.
Trzeba przyznać, że na szczyt wyszłam w ostatniej chwili... Mniej więcej 10 minut później zaczęły przewalać się pierwsze chmury, a gdy tylko minęłam drabinki (w drodze powrotnej) szczyt okrył się chmurami. Nic bym już nie zobaczyła. W związku z tym, że moja kostka wciąż nie ma zamiaru się wyleczyć, droga powrotna zajęła mi więcej czasu, niż podejście do góry... Ale zeszłam bardzo zadowolona i z pięknymi wspomnieniami.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Etykiety
poniedziałek, 07 wrzesień 2020 21:08
2020.08.22 Nad Kotliny
Agnieszka Gądek
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Było to moje pierwsze wyjście do Nad Kotlin. Pogoda na podejściu była po prostu cudowna - słońce, cieplutko i ... tłumy ludzi idących na Giewont. My na szczęście dość szybko schodziliśmy ze szlaku (wychodziliśmy z Małej Łąki), by podążać pustymi, tatrzańskimi ścieżkami. Przechód, krótki odpoczynek przy otworze Śnieżnej i żlebem do góry wprost pod otwór jaskini Nad Kotlinami. Troszkę szkoda było żegnać się ze słońcem i wchodzić pod ziemię, ale przygoda wzywała, więc założyliśmy kombinezony i ruszyliśmy wgłąb jaskini.
Na początku kilka łatwych zjazdów, a potem... trawers, który próbował mnie pokonać - jakoś tak utknęłam i nie byłam w stanie się wypiąć i zjechać na dół. Na szczęście w końcu mi się udało i mogliśmy ruszyć dalej. Plany były poważne (chcieliśmy dojść do Kościoła i do połączenia z jaskinią Wilczą), ale niestety zabrakło nam liny... Zjechaliśmy Obejście Gliwickie i zatrzymaliśmy się nad studnią. Nie mając innego wyjścia rozpoczęliśmy powrót. Frytka zapowiedział, że będziemy wychodzić 4h - pomimo ponownych moich problemów na wspomnianym wcześniej trawersie (jeszcze mu pokażę, że da się go przejść bez szarpania się i walczenia o wypięcie sprzętu!) do otworu doszliśmy w 3,5h. Mieliśmy co prawda zatrzymać się na biwaku na herbatkę, ale że prognozy pogody były dobre, to wyszliśmy z jaskini i tam, na świeżym powietrzu (z wiszącą nad nami burzą - trochę się błyskało) zjedliśmy posiłek. Burza na szczęście nas nie dopadła.
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Było to moje pierwsze wyjście do Nad Kotlin. Pogoda na podejściu była po prostu cudowna - słońce, cieplutko i ... tłumy ludzi idących na Giewont. My na szczęście dość szybko schodziliśmy ze szlaku (wychodziliśmy z Małej Łąki), by podążać pustymi, tatrzańskimi ścieżkami. Przechód, krótki odpoczynek przy otworze Śnieżnej i żlebem do góry wprost pod otwór jaskini Nad Kotlinami. Troszkę szkoda było żegnać się ze słońcem i wchodzić pod ziemię, ale przygoda wzywała, więc założyliśmy kombinezony i ruszyliśmy wgłąb jaskini.
Na początku kilka łatwych zjazdów, a potem... trawers, który próbował mnie pokonać - jakoś tak utknęłam i nie byłam w stanie się wypiąć i zjechać na dół. Na szczęście w końcu mi się udało i mogliśmy ruszyć dalej. Plany były poważne (chcieliśmy dojść do Kościoła i do połączenia z jaskinią Wilczą), ale niestety zabrakło nam liny... Zjechaliśmy Obejście Gliwickie i zatrzymaliśmy się nad studnią. Nie mając innego wyjścia rozpoczęliśmy powrót. Frytka zapowiedział, że będziemy wychodzić 4h - pomimo ponownych moich problemów na wspomnianym wcześniej trawersie (jeszcze mu pokażę, że da się go przejść bez szarpania się i walczenia o wypięcie sprzętu!) do otworu doszliśmy w 3,5h. Mieliśmy co prawda zatrzymać się na biwaku na herbatkę, ale że prognozy pogody były dobre, to wyszliśmy z jaskini i tam, na świeżym powietrzu (z wiszącą nad nami burzą - trochę się błyskało) zjedliśmy posiłek. Burza na szczęście nas nie dopadła.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Etykiety
poniedziałek, 20 lipiec 2020 17:40
2020.07.18 Ptasia Studnia
Agnieszka Gądek
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Na podejściu pogoda nam dopisywała - przez moment nawet pokazało się słońce, dopiero po zejściu ze szlaku zaczęło odrobinę padać. Do jaskini weszliśmy około 11:00 i od razu zmoknęliśmy. Zlotówkę, Studnię Czterdziestkę, Studnię Palidera i zjazd do Mosta Piratów pokonaliśmy w towarzystwie silnego deszczu jaskiniowego. W dalszych partiach jaskini na szczęście było już bez opadów. Po dotarciu do Komina Pustynna Burza zrobiliśmy przerwę na posiłek, a następnie zjechaliśmy na dół wspomnianego komina. Niestety po dotarciu do 3m progu prowadzącego do dalszych partii jaskini zmuszeni byliśmy zawrócić, ze względu na brak możliwości zamocowania liny... Wyszliśmy więc na górę Komina Pustynna Burza i kontynuowaliśmy zwiedzanie jaskini przez Posterunek Wysunięty i Meander Majowy, aż dotarliśmy do Franusiowej Studni. Zjechaliśy na jej dno i weszliśmy w wąski korytarzyk ze skalnymi grzybkami. Idąc około 20 metrowym meandrem dotarliśmy do Studni Romea i Julii. W ten sposób osiągneliśmy nasz drugi cel (pierwszym były partie pod Kominem Pustynna Burza, których niestety przez wspomniany wcześniej prożek nie udało się zwiedzić). Na dno studni już nie zjeżdżaliśmy. Odwrót rozpoczęliśmy około godziny 18:00. Ponownie zatrzymaliśmy się przy Kominie Pustynna Burza i o 20 ruszyliśmy w górę. Ja szłam pierwsza, a za mną Frytka - wszystko sam deporęczował (a wcześniej sam zaporęczował). O 23 byliśmy przy naszych rzeczach na powierzchni.
Zejścia spod jaskini za bardzo nie pamiętam - szłam i szłam i wyglądałam mostku na dnie doliny... Droga w dół ciągnęła się w nieskończoność. Na szczęście nie padało, a niebo pełne było gwiazd.
Przepinankę na górze Studni Pustynna Burza wolałabym wymazać z pamięci - straciłam na niej paskudnie dużo czasu zarówno idąc w górę jak i zjeżdzając na dół...
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Na podejściu pogoda nam dopisywała - przez moment nawet pokazało się słońce, dopiero po zejściu ze szlaku zaczęło odrobinę padać. Do jaskini weszliśmy około 11:00 i od razu zmoknęliśmy. Zlotówkę, Studnię Czterdziestkę, Studnię Palidera i zjazd do Mosta Piratów pokonaliśmy w towarzystwie silnego deszczu jaskiniowego. W dalszych partiach jaskini na szczęście było już bez opadów. Po dotarciu do Komina Pustynna Burza zrobiliśmy przerwę na posiłek, a następnie zjechaliśmy na dół wspomnianego komina. Niestety po dotarciu do 3m progu prowadzącego do dalszych partii jaskini zmuszeni byliśmy zawrócić, ze względu na brak możliwości zamocowania liny... Wyszliśmy więc na górę Komina Pustynna Burza i kontynuowaliśmy zwiedzanie jaskini przez Posterunek Wysunięty i Meander Majowy, aż dotarliśmy do Franusiowej Studni. Zjechaliśy na jej dno i weszliśmy w wąski korytarzyk ze skalnymi grzybkami. Idąc około 20 metrowym meandrem dotarliśmy do Studni Romea i Julii. W ten sposób osiągneliśmy nasz drugi cel (pierwszym były partie pod Kominem Pustynna Burza, których niestety przez wspomniany wcześniej prożek nie udało się zwiedzić). Na dno studni już nie zjeżdżaliśmy. Odwrót rozpoczęliśmy około godziny 18:00. Ponownie zatrzymaliśmy się przy Kominie Pustynna Burza i o 20 ruszyliśmy w górę. Ja szłam pierwsza, a za mną Frytka - wszystko sam deporęczował (a wcześniej sam zaporęczował). O 23 byliśmy przy naszych rzeczach na powierzchni.
Zejścia spod jaskini za bardzo nie pamiętam - szłam i szłam i wyglądałam mostku na dnie doliny... Droga w dół ciągnęła się w nieskończoność. Na szczęście nie padało, a niebo pełne było gwiazd.
Przepinankę na górze Studni Pustynna Burza wolałabym wymazać z pamięci - straciłam na niej paskudnie dużo czasu zarówno idąc w górę jak i zjeżdzając na dół...
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Etykiety
poniedziałek, 15 czerwiec 2020 21:27
2020.06.15 Puchar 12 Wzniesień - Gaiki
Izabela Rosner Manda
Łukasz Piechocki
Karamba - Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego
Agnieszka Gądek
Rekreacyjne wyjście na Gaiki w ramach Pucharu 12 Wzniesień.
Na szczyt podchodziliśmy tradycyjną trasą Pucharu, natomiast na dół zeszliśmy niebieskim szlakiem. Bajeczna pogoda i piękne widoki umilały nam popołudniową wycieczę, a wszechobecna zieleń ukajała tęsknotę za długim weekendem, który właśnie się skończył.
Łukasz Piechocki
Karamba - Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego
Agnieszka Gądek
Rekreacyjne wyjście na Gaiki w ramach Pucharu 12 Wzniesień.
Na szczyt podchodziliśmy tradycyjną trasą Pucharu, natomiast na dół zeszliśmy niebieskim szlakiem. Bajeczna pogoda i piękne widoki umilały nam popołudniową wycieczę, a wszechobecna zieleń ukajała tęsknotę za długim weekendem, który właśnie się skończył.
Dział:
Sport i turystyka
Etykiety
środa, 27 maj 2020 22:55
2020.05.27 Puchar 12 Wzniesień - Magurka
Martyna Michalska
Łukasz Piechocki
Agnieszka Gądek
Po trudnym okresie uziemienia w domu postanowiliśmy wybrać się na Magurkę w ramach Pucharu 12 Wzniesień. Trasa krótka, na rozgrzewkę, z pięknym zachodem słońca w drodze powrotnej.
Na koniec odwiedziliśmy jeszcze kamienną budowlę z miejscem na ognisko i delektowaliśmy się bajecznym widokiem na okrywającą się mrokiem okolicę.
Czasy:
Agnieszka Gądek - 25.12.39
Łukasz Piechocki - 22.35
Martyna Michalska - brak pomiaru
Łukasz Piechocki
Agnieszka Gądek
Po trudnym okresie uziemienia w domu postanowiliśmy wybrać się na Magurkę w ramach Pucharu 12 Wzniesień. Trasa krótka, na rozgrzewkę, z pięknym zachodem słońca w drodze powrotnej.
Na koniec odwiedziliśmy jeszcze kamienną budowlę z miejscem na ognisko i delektowaliśmy się bajecznym widokiem na okrywającą się mrokiem okolicę.
Czasy:
Agnieszka Gądek - 25.12.39
Łukasz Piechocki - 22.35
Martyna Michalska - brak pomiaru
Dział:
Sport i turystyka
Etykiety
niedziela, 10 marzec 2019 14:30
2019.03.06 Puchar 12 Wzniesień - Łazek
Agnieszka Gądek
Łukasz Piechocki
Wybraliśmy się na Łazek w ramach Pucharu 12 Wzniesień. Wyjście wieczorne, po błotnistej trasie, gdzie niegdzie trafił się jeszcze nawet śnieg. Czasy może nie są najlepsze, ale samo wyjście było napewno warte wysiłku - na szczycie piękne, pełne gwiazd niebo i widok na rozświetlone miasto w dole.
Agnieszka - 20.31.99
Łukasz - 20.26.00
Dział:
Sport i turystyka
Etykiety
