Dział Beskidzki
Jaskinie i wyprawy (1611)
Kinga Kluczewska - Speleoklub Olkusz
Jerzy Ganszer
Dotarliśmy do Syfonu Danka i przeszliśmy Zapałki. Czas akcji pod ziemią - 5 godzin. W jeziorku za Salą Rycerska pływa nasza kaczka, w Gnieździe Złotej Kaczki jest "mała kaczka z rogiem". Akcja sprawna a potem żurek! Na zdjęciu otwór jaskini.
Damian Szołtysik - Weteran - Rudzki Klub Grotołazów "Nocek"
Michał Przybycień - Rudzki Klub Grotołazów "Nocek"
Jerzy Ganszer
Czas akcji pod ziemią 7 godzin i 38 minut. Jak zwykle największa atrakcja to pokonanie Syfonu Marynarki Wojennej. Nad Aveny doszedł Damian i Jerzy, młodzież w tym czasie "moczyła się w syfonie" i samodzielnie się wycofali z jaskini. Wody w syfonie było do połowy okularów i przeszliśmy go na bezdechu. Autorem zdjęcia jest Michał - widoczny Komin Męczenników.
Monika Wróbel
Filip Pukmiel
Łukasz Kosiński
Maciej Jeziorski
Małgorzata Błaszczyk
Powrót do znanej jaskini miał być spokojny. Plan? Zwiedzić partie sylwestrowe, do których kursanci nie chodzą. Rzeczywistość jednak okazała się znacznie bardziej mokra, niż się spodziewaliśmy. Gniazdo Kaczki suche, Długi Chodnik suchy, ale nasze termo i bielizna – absolutnie nie.
Wszystko zaczęło się od małego syfonu nad Szczeliną, wypełnionego wodą. Moja pierwsza reakcja? „Zalane. Nie da się przejść.” Maciej jednak miał inne zdanie – postanowił zbadać sprawę i rzucił: „Oczywiście, że się da, tylko nie na sucho.” No i poszliśmy!
Największy hit? Łukasz próbujący zmieścić się w syfonie, a w tle dialog:
„Łukasz: Czekaj, jestem blisko.
Maciej: Blisko czego?
Łukasz: Ataku paniki”.
Potem przyszedł czas na zjazd, odkopanie drugiego syfonu i wreszcie dotarcie do upragnionych lin prowadzących do partii sylwestrowych.
Droga powrotna to z kolei walka na zapałkach i niezapomniana rada od Filipa: „Masz blokadę? To wejdź do wody!” Na zakończenie wskoczyliśmy do term Chochołowskich, żeby ogrzać nasze mokre ciała. Wnioski? Woda nie wybacza, a śmiech jest najlepszym ratunkiem na każdą trudność.
Pikuś - Piotr Pilecki - Jako kierownik i organizator - Gawra Gorzów Wielkopolski
Egon - Piotr Drzewiecki - Gawra Gorzów Wielkopolski
Żołnierz - Tomasz Gąsiorek - Gawra Gorzów Wielkopolski
Maciej Łuczyński - Gawra Gorzów Wielkopolski
Mikołaj Babiszkiewicz - Gawra Gorzów Wielkopolski
Jarosław Woćko - Gawra Gorzów Wielkopolski
Marta Wrzask - Gawra Gorzów Wielkopolski
Kosmos - Marek Gizowski - Gawra Gorzów Wielkopolski
Marcin Skaziński - Jeleniogórski Klub Jaskiniowy
Marzena Biernat - Jeleniogórski Klub Jaskiniowy
Nina Osińska - Wałbrzyski Klub Górski i Jaskiniowy
Piotr Gawlas - Speleoklub Bielsko-Biała
Karolina Mroczkowska - O.T.
Sima G.E.S.M. (Grupa de Exploraciones Subterraneas de Malaga)
I... kawał dziury.
Pomysł
Na imprezie Zakończenia Sezonu i 55-cio lecia Speleoklubu Bielsko-Biała, razem z Bobrami z Żagania odwiedzili nas koledzy z Gawry z Gorzowa. Pikuś napomknął coś o jaskini w Hiszpanii, do której od wielu lat próbują zorganizować wyjazd, ale bez powodzenia. Cały temat jest bardziej obszerny, więc zawężę go tylko do naszego. Jako że Egon biegle gada po hiszpańsku, miał zająć się nawiązaniem kontaktu z Hiszpanami telefonicznie. Ostatnio ktoś z Hiszpanii im odpowiedział, że jaskinia jest dostępna i gorąco zapraszają. Sprawy przyspieszyły. Zbierają więc skład. Na Tysiąc. Propozycja wyprawy przyszła nagle.
Taki tysiąc to nie lada gratka dla grotołazów. Wiele godzin akcji w jaskini, wyciśniętego potu i zmęczenia, często widoki, które można podziwiać tylko w jaskini. Do tego dwie noce biwaku pod ziemią. Choć na początku zainteresowanych było kilka osób, jednak sprawy przyziemne ich powstrzymały i bielski Speleoklub reprezentowałem sam. Szkoda, bo Bielsko też kiedyś o Simie myślało, ale choć nie wyszło tym razem, temat jest otwarty i jeśli tylko zbierze się grupa, to doświadczenia i załapany kontakt pozwolą na zorganizowanie kolejnej wyprawy.
Przygotowania
Grupa przyleciała i przyjechała z różnych miejsc Polski. W niedzielę zbieramy się w przyzwoitym hostelu El Navasillo, usytuowanym przy drodze do Rondy, na obrzeżach Parku Narodowego Gór Nieves (Parque Nacional de la Sierra de las Nieves). Tu przyjeżdża do nas sympatyczny Hiszpan Raul, który eksploruje jaskinię i opiekuje się nią i z którym nawiązano bezpośrednio kontakt. Rozmawiamy z nim o sprawach technicznych, organizacyjnych, bezpieczeństwa w jaskini. Dostajemy cenne rady, n.p. jak na pajacyka przejść otwór wejściowy, który ciasnym korytarzem/zaciskiem zazdrośnie strzeże wejścia do jaskini. Niestety, Raul nie idzie z nami, jak wcześniej myśleliśmy.
Ze względu na dużą liczbę uczestników, dzielimy się na dwie grupy. Jedna w składzie 6 osobowym, pod moim kierownictwem, rusza na akcję w poniedziałek rano, druga 5-cioosobowa, którą kieruje Jarek, idzie w okolicy południa. Spotykają się na biwaku na -700. Ztąd po przeorganizowaniu ruszamy na dno. Podział był sensowny, jak się później okazało i zmniejszył korki na linach przy zjazdach i powrocie. Raul daje nam linę na zlotówkę, która ze względów bezpieczeństwa jest zwijana oraz z wpisowego, t.j. bębna 200m liny odcinamy ok. 40m na podmiankę przeciętej liny na pierwszej wielkiej studni. To wpisowe to ekwiwalent 35 euro na osobę, który najlepiej w postaci 20m liny lub 5 karabinków uiścić jako amortyzację sprzętu, który jak wiemy, podczas zjazdów i wychodzenia ulega zużyciu. Ponieważ cała jaskinia jest oporęczowana i na akcję potrzebujemy jedynie sprzęt osobisty i biwakowy, odpada nam taszczenie wielkich i ciężkich worów z linami, oraz mozolna robota poręczowania.
Jaskinia
Raul zaopatrzył nas w odpowiednie pozwolenia i klucze na wjazd dwoma samochodami do parku. Oficjalnie jesteśmy grupą ratowniczą z Polski, która w Simie przeprowadza manewry. Rewelacja! Z 13 km drogi do jaskini bez owych kartek i kluczy, do podejścia mamy ok. 3 km po terenie prawie równym. Otwór jaskini znajduje się w leju, do którego od szlaku można łatwo dojść. Jest stosunkowo niewielki. Przebieramy się, deponujemy plecaki. Godzina 13:30. zrzucamy zlotówkę i jako pierwszy zjeżdżam. Po zlotówce zacisk. Każdy przechodzi go we własnym stylu, naśladując wygibasy Raula. Dla mnie raczej wąski kawałek korytarza. Wory trochę się buntują, ale odpowiednio potraktowane przeskakują do wewnątrz. Za zaciskiem znajduje się seria studni i prożków o długościach zjazdów ok. 20m największy. Idziemy zwartą grupą utrzymując kontakt głosowy. Korytarz przechodzi w meander i dalej kaskady. Jest dosyć wąsko i trzeba się trochę pogimnastykować przy schodzeniu. Po ok. 2 godzinach docieramy nad pierwszą wielką studnię, Gran Pozo P-115. Tu trawersy, dłuższe zjazdy, niestety, niektóre odcinki poręczówki poprowadzone gorzej i lina starsza. Ostatni odcinek 40 metrów wymieniamy na nową, bo faktycznie była poprzecierana. Studnia 120 metrów z wymianką liny zajmuje kolejne 3 godzniny. Za studnią kilka mniejszych zjazdów i trochę meandra. Dochodzimy na biwak na -300. Dosyć słaby. Raul określił go nawet nieładnie.
Mijamy biwak i jest kolejna studnia i jest meander, który doprowadza do biwaku na -500. Ten jest określony przez Raula jako kiepski, taki na góra 2 gwiazdki. Ale jest dużo lepszy, niż poprzedni i tu chwila przerwy. Jesteśmy już dalej, niż połowa meandra. Zaczyna się pojawiać zmęczenie. Meander wyciska z nas siły, obkleja siniakami i ciągnie się, jakby nie miał końca.
Poniżej biwaku dalszy meander. Po ok. 40 minutach wyprowadza nas nad 80-cio metrową studnię Pozo Virgen de las Nieves P-80. Zjazd kończy się na pięknym, płaskim dnie. Dalej jeszcze kawałek meandra, ale już niewiele, wyprowadza nad największą studnię, Pozo Paco de la Torre P-161 m. Kawał Lochy jak ją niektórzy określili. Wpinka i gnamy w dół. Dojechaliśmy do balkoniku, albo mostka, jakieś 40 metrów nad dnem studni, gdzie droga rozdzielona jest na klasyczną, która biegnie na jej dno i dalej ciągiem wody, do jeziora Ere na dno jaskini i na drogę równoległą, która wielkim korytarzem dociera do biwaku na -700m. Na zjazdach spędzamy kolejne 3 godzniny. Szczerze, jestem zaniepokojony, bo szacowałem, że zejście do biwaku na -700 zajmie nam góra 5 godzin. Tym czasem mija 10-ta godzina akcji a my ciągle do biwaku mamy kawał drogi. Zaczynamy się też martwić o naszych kolegów z drugiej grupy, bo jest wśród nich dwójka doskonałych wspinaczy i Taterników, ale debiutantów jaskiniowych. I to od razu taka tysiączka. Powoli zaczynały się wątpliwości i o mało co zakłady, czy koledzy na biwak w ogóle dotrą i czy nie wycofają się gdzieś w meandrze.
Z mostka wskakujemy w ciąg poziomy, zwany Wielkim Pasażem. Faktycznie, korytarz jest obszerny. Ale rodzaj jaskini zmienia się gwałtownie. Do tej pory jechaliśmy ciekiem wodnym, który praktycznie od otworu towarzyszył nam aż do mostka. Poziomy korytarz to trochę meander, dalej szeroki pasaż, z rozsypującymi się, niczym szlaka, naciekami. Popiół na ścianach, taki szary, drzewny, jak w ognisku. Nacieki poumierały. Mleko wapienne na ścianach powysychało i obsypuje się nawet bez dotykania. Widok dosyć smutny, przygnębiający. Ten proch drażni nam gardła i nosy. Pocieszające jest jednak, że ok. kilometrowej długości pasaż doprowadza wprost na biwak -700. Doprowadza, ale to zajmuje kolejną godzinę.
Na biwaku jesteśmy około 1:30, po 12 godzinach akcji. Ale buźki się cieszą! Faktycznie, taki na 5 gwiazdek. Dwa namioty porobione ze starych czasz paraglajtów, jeden na 10 osób, drugi, mniejszy, na 6. Podłoga, choć wilgotna, wyściełana karimatami, woda doprowadzona wężem z pobliskiej sadzawki, wypływa wprost na dziedzińcu. Jest oczywiście zamknięta, żeby niepotrzebnie nie robić błota. Biwak. Taki szczyt marzeń w naszych tatrzańskich jaskiniach. Tatrzańscy sprzątacze jaskiń dawno by go pocięli i wynieśli na śmietnik. Na szczęście tu tak nie jest.
Po niecałych dwóch godzinach od naszego przyjścia, kiedy już delektujemy się pyszną kawą i kolacyjnymi liofilami, pojawia się druga grupa. W pełnym składzie! Świetnie, że dotarli, w pełnym składzie! Pikuś jeszcze przed hostelem, pieczołowicie pakował w plastikowe flaszki Paciare, łagodny lokalny likier o przyjemnym czeremchowym smaku z nutą anyżową. Teraz je wyciągnął. Nie przyznali się aż do teraz, że mają z Niną urodziny! On właśnie dzisiaj, Nina jutro. Sto lat nie było końca. Śpiewaliśmy do kolacji i następnego dnia na zjazdach do dna. Sprzyjała temu atmosfera jaskini, niosąc nasze darcie po czeluściach kaskady aż do Jeziora Ere. Trunek ubogaciły oscypki i na deser śliwki w czekoladzie, które zabrałem do jaskini jako gadżety kulinarne.
Po noclegu, spędzonym w wygodnych namiotach, po śniadaniu i kawie, ok. godziny 10-tej rano pierwsza grupa ruszyła w stronę dna. Pod wodzą Tomka, Nina i dwójka naszych dzielnych wspinaczy: Mikołaj i Maciek zeszli korytarzem poniżej biwaku. Jarek i Kosmos zaczęli w tym czasie wychodzić w stronę biwaku na -500. Nie było im spieszno na dno i postanowili odciążyć drogę wyjściową. Pierwsza grupa: Pikuś, Egon, Marzenka, Marcin i ja, delektowała się jaszcze kawą i odrobiną lenistwa, żeby ok. 12 ruszyć w ślady pierwszej grupy na dno. Mijaliśmy się w połowie drogi, na kaskadach, ponad studnią prowadzącą nad jezioro. I tu kolejna ciekawostka! Kawałek poniżej biwaku korytarz zamienił się w jeden kolosalny naciek. Szkoda, że podobnie, jak korytarz do biwaku, umarły. Nie widziałem jeszcze tak olbrzymiej polewy, która zajmowała 2/3 wielkiego korytarza, miała miejscami z 20 metrów szerokości, całkowita długość to jakieś 250 metrów, zważając, że od biwaku do jeziora Ere jest 300 metrów w pionie. Polewa przyjmowała różne formy naciekowe: draperie, kaskady, misy martwicowe, z których niestety jedna tylko, wielkości umywalki, była zalana wodą. Reszta, niektóre o powierzchni kilku metrów kwadratowych, były puste. Aż przykro było chodzić po groblach jeziorek, które jeszcze nie tak dawno były zalane wodą. Musiała się tam nie tak dawno wydarzyć jakaś katastrofa i woda, która spływała jakimś ciekiem napełniając misy i ożywiając nacieki i całą polewę, gdzieś się straciła, zmieniła kierunek. Skutek jest opłakany.
Kaskadą zjeżdżamy nad Jezioro Ere. Już z daleka słychać szum wodospadu. Zjazd kończy się wahadłem nad lustrem wody na sympatyczną plażę. Dosyć trudne to wahadło było, żeby nie zmoczyć tyłka. Woda w dotyku jest całkiem ciepła. Temperatura w jaskini jest w okolicach +15°C, czyli ciepło! Egon zaczyna rozważać kąpiel w jeziorze i danie nura na ok. 3-4 metry do dna jeziora, żeby naciągnąć osiągniętą deniwelację. Chyba jednak nikomu się nie chciało już moczyć i darowaliśmy sobie wyczyn. Kilka zdjęć na dnie, odwiedziliśmy wodospad, który jest kontynuacją prowadzącego na dno równoległego ciągu klasycznego, wypiliśmy kawę na plaży, bo jak by można było ją pominąć w tak urokliwym miejscu. Jeszcze pikusiowe stoooo laaaat, stooo laaaat zarwało panującą tu ciszę. I...
Egon coś wspominał o kąpieli. I... Że głębiej by się wtedy zeszło nurkując. Ale... to już chyba było. Zabrakło ducha.
Droga powrotna
Zaczęliśmy wychodzić w odwrotnej kolejności do zjazdu, czyli Pikuś, Marzenka, Marcin, Egon. Ja na końcu. Posprzątałem stragan z kawą. Odcinek linowy to około 150 metrów naciekową kaskadą. Poszedł sprawnie. Partia z misami, głazy, niski pasaż i już jest salka, gdzie polewy się kończą. Od tego miejsca jeszcze jakieś 30 metrów po linach i sala biwakowa. Daje się we znaki pobliski kibelek. Trochę przegięcie, że jest tak blisko biwaku. Zwłaszcza, że nie jest tam w zwyczaju zabierać tego typu śmieci ze sobą na powierzchnię. Jesteśmy sami. Ekipy zgodnie z zapowiedzianym planem, poszły na biwak na -500. My kolacyjka, bo było koło 20. Dokończyliśmy Paciare, której zostało jeszcze z pół litra. Zrobiło się wesoło. Spać idziemy trochę po 22.
Pobudkę zagrał mój budzik. Już któryś chyba raz. Zaspaliśmy. Miała być 6:30 a jest grubo po siódmej. Pakujemy graty, śniadanie, ubieramy się i w drogę. Wyruszamy o 9:20. Wielka Galeria mija szybciej niż przedwczoraj. Jest nas tylko pięciu, bo Nina poszła w górę z grupą Żołnierza. Już jesteśmy na mostku pod Paco de la Torre. Dwie godziny maja nam studnia, meander nad nią również poszedł szybko pod Pozo Virgen de las Nieves (Studnię z Płaskim Dnem - tak ją sobie nazwałem). To 80 metrów również idzie dosyć sprawnie, choć zmęczenie daje się już we znaki. Byle do biwaku na -500. Taki plan. Tutaj chwilę się zatrzymamy i zrobimy popas. Jak się później okazało, trochę daleko od wyjścia. Ale... po odpoczynku, na którym zjedliśmy praktycznie wszystkie zapasy i wypiliśmy wszystkie herbatki, izotony, kawę, ruszamy dalej walczyć z meandrem. Ten się dłużył. Jakby w zemście za to, że śmieliśmy naruszyć spokój jaskini. Zmęczyliśmy meander, dotarliśmy do studni nad meandrem: Pozo de Vivac i Pozo de la Lateral. Tutaj dostałem trochę po łbie. Lina po Egonie, który szedł przede mną zaczepiła się o naciek. Był to odcinek tak krótki, że na zjeździe trudno się było w niego wpiąć a zaczep pod obciążeniem spowodował, że do góry jedyny przyrząd, jaki dało się zaczepić to płanietka. Bułowałem chyba ze 20 minut, żeby podejść pięć metrów nad przewieszkę. Pod uprzężą wisiał podpięty wór z gratami z biwaku i destabilizował. W końcu wlazłem na pochylnię i dotarłem do niepokornego nacieku, blokującego moją linę. Odczepiłem ją. Oplot cały. Nie ucierpiała na szczęście od szarpanki. Docieramy na -300. Tu już się nie zatrzymujemy. Biwak kiepski, więc szkoda czasu. Powoli docieramy kaskadami i studzienkami w górę, do pierwszej Wielkiej Studni - Gran Pozo. Pierwszy odcinek po nowej linie idzie się świetnie! Dalej liny są najgorsze w całej jaskini. Błoto nabite w oplot i ich sam oplot, wyglądający dziwnie ślisko. Przyrządy nie chcą mi na nich łapać. Trochę walki. Przede mną słyszę, że studnia nie tylko mnie próbuje wykończyć. Nasz upór jest jednak większy. Idę ostatni, więc mam trochę czasu na pofilmowanie i porobienie zdjęć. Będzie co wspominać. Po przejściu Wielkiej Studni, odległość dzieląca nas od wejścia gwałtownie zmalała. Nawet nie zanotowałem w pamięci, jak podeszliśmy kilka prożków i już zacisk. Gatera Puta. Tak ją nazwano po odkryciu. Interpretację zostawiam.
W stronę wyjścia Marzenka przecisnęła się pierwsza. Po niej Egon. Podaliśmy im wszystkie wory i szpejarki, pozdejmowaliśmy uprzęże. Na wyjściu nie będą już potrzebne. Przejście banał. Ot, wąski kawałek korytarza w którym trzeba się było położyć i przeczołgać kilka metrów. Zlotówka jeszcze i... zdziwko nas łapie. W korytarzach przyotworowych wiało chłodem. Na zewnątrz jest po kostki świeżutkiego śniegu. Klimat jak w Taterkach! Wyjście od biwaku na powierzchnię zajęło nam równiutko 14 godzin. O całe dwie więcej niż zjazd. Jest godzina 23:20, na powierzchni jest ciemno. Oczywiście nie obyło się bez kawy. Egon z Pikusiem nagrali kilka minut opowieści o historii organizowania tej wyprawy. Poczułem się malutki, ale równocześnie wyjątkowy, że zostałem zaproszony do uczestniczenia w projekcie, który ciągnął się tyle lat. Jestem tutaj gościem. I takim jaskiniowym VIP-em. Dopijamy drugi kubek kawy. Jesteśmy poprzebierani. Wszystko już mamy popakowane w worach. Ruszamy w kierunku szlaku i dalej na parking, gdzie czeka na nas Maciek. Spał kilka godzin w aucie na wygwizdowie, żeby zwieźć nas na kemping Las Conejeras, gdzie mamy zakwaterowanie.
Na zakończenie
Polacy rzadko odwiedzają to miejsce. Byliśmy dosyć liczną grupą, która, być może dopiero trzeci raz dokonała przejścia jaskini. Tutaj chcę podziękować Pikusiowi i kolegom ze Speleoklubu Gawra z Gorzowa Wielkopolskiego za zaproszenie na wyprawę oraz wszystkim członkom wyjazdu za wspólną akcję, spędzony razem czas przed i po niej, wspólne wycieczki i posiłki, które razem szykowaliśmy, gimnastykując nasze umysły, jak jeszcze by można popieścić nasze podniebienia. I... do... następnego! ...
Marcin Freindorf - Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego
Michał Przybycień - Rudzki Klub Grotołazów "Nocek"
Tomasz Kochel
Jerzy Ganszer
Zwiedzaliśmy Techuby. Bliższe szczegóły będą w sprawozdaniach wewnętrznych. Ciekawostka tego wyjazdu to obecność 4 klubów na jednej akcji.
Bartosz Brzezinka
Gabriela Gajny
Krzysztof Gajny
Mateusz Wielke
Piąty grudnia idealna data na wyprawę do dziury.
Na tapecie Jaskinia Miętusia.Plan- pokonanie MarWoja. Pogoda w sam raz. Nie trzeba nawet nic torować. Na jedno tempo znajdujemy się pod otworem. Szybkie przebranie i "Rura". Bardzo sprawnie pokonaliśmy trasę pod MarWoja.
Szybki rekonesans czy puści. Tak. Mamy to.
Na przejście zdecydowali się Filip z Bartkiem.
Szybka przygotówka. Jeden przebrany w kombinezon a drugi do morsowania.
Dotarli do sali nad avenami. Chwała bohaterom.
Reszta udała się do wyjścia. Pogoda na powrocie ok. Sprawna akcja.
Tomasz Jaworski - Rudzki Klub Grotołazów "Nocek"
+ jedna osoba - Rudzki Klub Grotołazów "Nocek"
Jerzy Ganszer
Otwór główny - Sala Francuska - Syfon w Techubach - wyjście bocznym otworem. Czas akcji 2 godziny 50 minut. Na powierzchni słońce! W jaskini działał kurs z Rudy Śląskiej. Na zdjęciu Damian i Jerzy - obydwaj mają tytuł Weterana.
2024.11.30-12.01 – Tatry – Wyjazd Kursowy
Napisał Arkadiusz TurekŁukasz Owczarzak
Michał Merta
Anna Pawlik
Alicja Kapustka
Dominika Kot
Katarzyna Domaniecka
Anna Boczkowska
Piotr Wójcik
Piotr Gawlas
Tomasz Grzegrzułka - Murzyn
Wacław Michalski
Arkadiusz Turek
Kolejny wyjazd kursowy! Tym razem ekipa podzieliła się na dwa zespoły, by pod okiem instruktorów zwiedzić:
-Jaskinię Kasprową Wyżnią i Średnią;
-Jaskinię Przy Przechodzie, Śpiących Rycerzy (Wyżnią i właściwą).
Była to dla nas odmiana: z jednej strony zespół poruszał się szybciej, z drugiej jednak dało się wyczuć tęsknotę za resztą stada. Braki w relacjach szybko nadrobiliśmy wieczorem, przy okazji klubowych Andrzejek.
Z rzeczy dla nas nowych należy wymienić brnięcie w świeżym śniegu na podejściu do dziury, oraz niespotykane dotąd widoki: nawet Ci bardziej obyci z Tatrami zimą, do tej pory rzadko poruszali się „poza szlakiem”. Medal uznania należy się wszystkim torującym drogę na podejściach, oraz kursantce, której odkrycie „witaminy W” na zawsze odmieni nasz kurs.
Głodni wrażeń (i suchych butów) wróciliśmy do domów, wyczekując kolejnego wyjazdu :D
Monika Wróbel
Maciej Jeziorski
Karol Pastwa
Tomasz Motoszko
Do syfonu Dziadka:
Katarzyna Więckowska
Bartosz Brzezinka
Tymoteusz Siedloczek
Małgorzata Błaszczyk
Andrzejki w Witowie to tradycja, a tradycja wymaga wizyty w dziurze. Tym razem padło na Śnieżną. Plan był prosty: szybka akcja w jaskini – do syfonu Dziadka, powrót na bazę i impreza.
Tyle że rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze założenia. Ostrzeżenia „władcy porządku” z piątkowego wieczoru, że zgoda jest tylko na degustację, bo w sobota lekko nie będzie, zupełnie nas nie ruszyły. Tryb „lama” włączony – po co drążyć albo zadawać pytania? Ważne, że max. o 23 mamy być z powrotem. Reszta? Jakoś się ułoży!
Sobota, dotarliśmy do Śnieżnej i ruszyliśmy prosto na dół. Syfon Dziadka – sukces! Tylko że… coś poszło nie tak. Dopiero tam dotarło do żeńskiej części grupy, że z powrotem na bazę w sześć godzin raczej nie zdążymy. Harry Potter by sobie poradził, my – niekoniecznie.
Powrót był prawdziwym testem wytrzymałości. Błotne łaźnie w szczytowej formie, my – wręcz przeciwnie. Sennie, mozolnie, z przepinkami robionymi w transie, w końcu wydostaliśmy się na powierzchnię. Ale to nie koniec wyzwań. Droga powrotna była parodią wędrówki – śnieg lśnił pięknie, ale był równie zdradliwy, co urokliwy, regularnie przypominając nam, gdzie nasze miejsce, czyli na ziemi. Hasło „Daleko jeszcze?” powtarzało się tak często, że stało się mottem wycieczki, które co chwilę rozbawiało nas swoją absurdalnością.
Na bazę dotarliśmy wyczerpani, ale w zaskakująco dobrych humorach. Czas na plan B? Oczywiście – własna impreza! Bo jak tu iść spać na sucho w Andrzejki? Nawet zmęczeni, świętowaliśmy jak trzeba! :)
Bartosz Brzezinka
Dawid Jędrysek
Małgorzata Błaszczyk
Zwiedzone formacje krasowe:
- Grotta Antonio Federico Lindner
- Abisso di Trebiciano
- Grotta Gualtiero
- Abisso Carlo Debeljak
Jeden telefon, krótka rozmowa, szybkie spojrzenie na kalendarz, „kon-takty" Bartka i ochota na działanie – tyle wystarczyło, by nie zwalniać tempa i ruszyć na kolejną przygodę. Tym razem naszym celem były jaskinie w okolicach Triestu, a mottem przewodnim wyjazdu stał się „Dzień Życzliwości”, który każdego ranka wprowadzał nas w dobry nastrój i towarzyszył przez całą wyprawę.
Każda jaskinia miała w sobie coś wyjątkowego. Niektóre od razu zachwycały bogactwem nacieków, inne wymagały wysiłku i technik znanych z polskich warunków, gdzie lina była „na wagę złota”. Trafiły się również jaskinie zaskakujące infrastrukturą: drabinki prowadzące na samo dno i... plaża (!) na 300 metrach głębokości. Brakowało jedynie stroju kąpielowego i słońca, choć był... Internet, który spontanicznie wykorzystaliśmy do rozmowy z naszymi instruktorami.
Do naszej ekipy czasami dołączał piąty towarzysz, który szczególnie na drabinkach wywoływał salwy śmiechu. „Pan Krecik” witał nas przy każdej okazji wesołym okrzykiem „Ahoj!”, a jego obecność z pewnością będziemy wspominać z uśmiechem na twarzy.
Kierując się słowami naszego barda: „Trzeba mieć mózg jak gąbka, nie jak pumeks”, chłonęliśmy każdą chwilę i każde nowe doświadczenie.
A teraz pro-tip z wyjazdu by Gosia: jeśli chcesz dokładnie umyć naczynia, zrób to, zanim ktoś weźmie prysznic! Naczynia będą zachwycone ciepłą wodą, a Twoi współtowarzysze dostaną zimny prysznic na dobry początek dnia :)
Wracając jednak do włoskich jaskiń – to miejsce, do którego zdecydowanie warto wrócić. Wspomnienia z tej wyprawy zostaną z nami na długo!
Więcej...
Jerzy Ganszer
Dzisiaj mało liści - wykonano kilka ciekawych zdjęć. W rejonie pojawili się wspinacze. Tutaj zdjęcia - "kliknij".
Paulina Kohut
Mateusz Kohut
Michał Ganszer
Osiągnęliśmy suche dno oraz doszliśmy do syfonu błotnego. Przy syfonie jest powieszona karteczka z nową instrukcją do lewarowania, zostawiona przez Speleoklub Warszawski, akcje za syfony mogą stać się łatwiejsze dzięki wykorzystaniu pompy zęzowej (trzeba mieć swoją). Więcej o tym można przeczytać na ich stronie: https://www.speleo.waw.pl/2024/10/13/kartowanie-jaskini-mietusiej-wyzniej-cz-2/. W tatrach widoki bardzo zimowe.
2024.11.17 Akcja wspinaczkowa na skałki w rejonie Przełęczy Salmopolskiej
Napisał Jerzy GanszerMaja Jędrzejewska
Wanda Ganszer - Fanklub Speleoklubu Bielsko-Biała
Wojciech Stachowiak - Były Członek Klubu
Adam Marcinków
Jerzy Ganszer
Po drodze widzieliśmy ciekawą zaporę zrobioną przez bobry na pograniczu Szczyrku i Buczkowic. Teren bardzo skalisty! Polecamy innym. Przepraszamy - akcja była spontaniczna i nie była nagłaśniana w mediach.
Kazimierz Ślęk
Jerzy Pukowski - grupa wsparcia
Jerzy Ganszer
Śnieg, słońce, widoki. Odbył się zjazd ponad 60 m z rejonu Kasprowej Wyżniej. Tutaj kilka zdjęć "kliknij". Jak zwykle zapraszam wszystkich na podobne wyjazdy. Po akcji Kazimierz został dopisany do "informacji dodatkowych".
