Jaskinie i wyprawy (1605)
Jerzy Ganszer
Biuro do Spraw Oczyszczania Wielkiej Litworowej - działa. W dwóch miejscach przygotowano trochę śmieci do wyniesienia. Przy otworze niezidentyfikowany wór transportowy ze śmieciami - właściciel proszony o zabranie!
Ponadto dopracowano oporęczowanie studni wlotowej - szczegóły będą w opisie technicznym jaskini.
2022.08.26 Jaskinia Wielka Litworowa
Napisała Maria WęgrzynkiewiczMajka W.
Popołudniowa akcja do Płytowca w celu zdeporęczowania lin po trawersie.
Wyniesiono truchło świstaka.
Bardzo duży ruch nietoperzy.
Powrót nocą.
2022.08.25 Wietrzna Dziura na Magurce K.Bm-01.01
Napisał Jerzy GanszerJoanna Klich
Błażej Nikiel z psem
Maja Jędrzejewska
Jerzy Ganszer
Wstąpiliśmy na piwo do schroniska, w jaskini latał nietoperz, trochę błota. Po drodze oglądaliśmy okopy z II wojny światowej.
Tutaj link do "tych nietoperzy" - "kliknij"
Jerzy Ganszer
W czasie 3 godzin dotarto do biwaku na początku Krakowskich Kominów /Biwak pod Świnią/. Tam był "festyn wodny" ! Młotek "historyczny" został znaleziony, lecz na razie został w jaskini.
2022.08.20 Trawers Litworowa-Śnieżna
Napisała Maria WęgrzynkiewiczPaweł Chrobak-ST
Majka W.
Trawers Litworowa-Śnieżna połączony ze zbieraniem i wynoszeniem śmieci. Udało się dotrzeć do otworu i zejść na sucho podczas okna pogodowego. W jaskini pojawiło się w związku z opadami sporo wody. Ciągi przykrości były naprawdę przykre. W korycie mamy nową "babę". Akcja udana, wszyscy zadowoleni. Po za tym ciemno, ciasno, mokro i zimno. ''Nie idźcie tam, nie warto'' ;)
Agnieszka - kursantka
Bartek - kursant
Tomek - kursant
Dawid - kursant
Gosia - kursantka
Michał
Akcja była zaplanowana na sobotę choć, nie ma co ukrywać, pogoda w Bielsku i prognozy na Tatry były delikatnie mówią mało zachęcające. Właśnie dlatego wyjeżdżając w piątek z Bielska mieliśmy wątpliwości czy w ogóle akcja się odbędzie, ale decyzja zapadła więc poszliśmy za ciosem. Pierwsi zapaleńcy tradycyjnie pojawili się w bazie już w piątek wieczorem w celu konsumpcji i ogólnej integracji. Pozostali dotarli w sobotę nad ranem i wyruszyliśmy na szlak. Pomimo średnich prognoz udało nam się dotrzeć pod otwór na sucho, choć przy otworze zaczynało nas straszyć kroplami deszczu i grzmotami z oddali.
Cała akcja była bardzo przyjemna i wesoła, a jaskinią zachwycali się wszyscy, szczególnie że większość z nas była w niej pierwszy raz. Oczywiście nie ma co ukrywać że największe wrażenie (przynajmniej na mnie) zrobiła Wielka Studnia choć np Wodociąg też jest bardzo ciekawy. Planowo dotarliśmy do Suchego Biwaku gdzie uraczyliśmy się "herbatą" z żelków (tzw. miśków ;P) Po zregenerowaniu sił i napojeniu udaliśmy się w drogę powrotną która poszła nam znacznie sprawniej niż wszyscy zakładali. Nie oznacza to jednak że obeszło się bez małego pomylenia drogi :) Na powierzchni przywitały nas całkiem przyjemne i ciepłe warunki, gdyż burza zdążyła "przeminąć z wiatrem".
Wszyscy zmęczeni lecz zadowoleni, uśmiechnięci i susi wrócili do bazy między 22:00 a 23:00 gdzie już tradycyjnie uraczyliśmy się napojami regeneracyjnymi o smakach owocowych :)
2022.08.20 Jaskinia Śnieżna - Nowy Biwak
Napisał Kamil Polański
Ewa Rutkowska
Kamila Wachnicka AKG
Tomasz Motoszko
Kamil Polański
Akcję z inicjatywy Tomka i Ewy zorganizował Chomik. Chomik to taki dobry organizator, który poczyni ustalenia, ale już swoją obecnością nie zaszczyci towarzystwa. Tak więc zachomikował się w mieszkaniu i z oddali monitorował poczynania.
Cel akcji => transport ekwipunku do oczyszczenia Nowego Biwaku.
W tym samym czasie z drugiej strony (od Litworki) wchodziła druga ekipa pod kierownictwem Majki W-u, a nieco później niż my weszła ekipa kursowa pod przewodnictwem „Czarnucha” (patrz sprawo niżej).
Godzina ok. 7:10-7:15 wyszliśmy z Gronika, dotarcie zajęło nam jak zwykle „chwilę”. Szybkie przebieranko, co poniektórzy już mogli mieć mokre stópki np. ten co se umyślał sandałki wziąć na przejście świstówki ;), jedzonko (niektórzy zadowolili się grześkami, a Ci bardziej wymagający zjedli porządny obiad w postaci makaronu z pesto bazyliowym z własnej uprawy wraz z cyckami indyczymi i pomidorkami również z własnej uprawy) i już o godz. 10:00 wchodzi pierwszy grotonur.
Jeszcze przed wejście mówię towarzyszom i towarzyszkom że dobrze by było (musimy) się spieszyć bo porządnie zacznie lać o 17:29 więc góra o 17tej powinniśmy już być na powierzchni. Tu uwaga: ta moja wypowiedź będzie dotyczyła wszystkich przypadków jakie mnie spotkały podczas tego przejścia.
Poręczowanko do Wodociągu bez przeszkód, a nawet obmyślono szybsze poręczowanie (tajemnica spryciola może zostać przekazana tylko chętnym do szybkiego poruszania się). Wodociąg do Suchego Biwaku pokonano w ok. 13 minut, a ciąg ten co poniektórym udało się przejść w czasie akcji aż 4,5-krotnie! O tym za chwilę. Na Suchym Biwaku zostawiliśmy wiadomość dla grupy kursowej, coś w stylu: „w razie W macie tu plany do naszego odcinka jaskini, kochamy wszystkich, jak wrócimy z powrotem chcemy pirogi i chyba kotlety!:. Ruszamy dalej. Niestety, coś poszło nie tak. Po obejrzeniu ekwipunku stwierdzam grupie, że zgubiłem rolkę, na co Ewka odpowiada, że widziała jakąś roleczkę na półeczce koło dwóch lin. No dobra, powiedziałem żeby ekipa kontynuowała przejście a ja w tym czasie „posze-biegłem” po swoją rolkę. Dotarłem do dwóch lin, myślałem, że to te za kiblem w ciągu trawersu, ale jej nie było, więc poszedłem dalej do końca trawersu linowego i rolki brak. Wróciłem w te pedy. Stwierdziłem, że trwało to szybko, bo w tym czasie jeszcze nie wszyscy opuścili kruchą 20-tkę przy Suchym Biwaku. Wołam że rolki nie ma i dostaję odpowiedź, że to były dwie liny na początku wodociągu L. Szybka decyzja czy biegnąć po nią czy zjeżdżać w półwybilince. Biegnę… Dotarłem do lin, wspiąłem się kawałek i tak, ona tam była i czekała na mnie. Tak to jest jak się nie używa rolek zjazdowych tylko pokonuje część studni schodząc „na wariata”. Ale jakim cudem ona mi się tam wypięła i nie spadła z tej „półeczki”? To tak naprawdę nie była półka, to był fragment wcięcia w skale i tylko trzymało ją tarcie wywołane własnym ciężarem. Biorę ją, wpinam na prawo do szpejarki, ZAKRĘCAM KARABINEK i wracam w pośpiechu, często bardzo niebezpiecznie biegnąć, nawet jak dla mnie. Docieram do miejsca rozstania. Sięgam po rolkę a rolki k… nima! WTH?! (what the hell?!), patrzę a ona zwisa na lonży płaniety! :O. I tu pominę dalszy ciąg rozważań, który pozostawiam sobie i „wybrańcom”. To jeszcze nie koniec przygód z rolką :O. Kontynuuję. Zjeżdżam „Kruchą”, wędruję dalej i dalej no i dołączam do ekipy, która oddaliła się na sporą odległość. Przejmuję prowadzenie, docieramy do rozejścia do Partii Krokodyla (godz. 11:30), zostawiam wiadomość w razie W wypisaną w błotku przy rozejściu, idziemy dalej. Tutaj już jaskinia zmienia się diametralnie. Wędrujemy teraz w górę, często przez wąskie szczeliny o kierunku pionowym, wąskie przejścia o kierunku poziomym lub ukośnym. Docieramy do pierwszego opisanego na planie zacisku przy Małym Błotku, oczywiście nikt nie śmiał w planach oznaczyć że jeszcze wcześniej były przynajmniej 2 miejsca które mogły sprawić również problemy z przejściem. Przystępuję do pokonania zacisku przy Małym Błotku. Jedną z lepszych technik nazwałbym „szerokie V” - nogami do przodu, wbić się w głąb pionowej szczeliny jak najgłębiej będąc ułożonym poziomo na lewym boku, w taki sposób aby potem obracając się ciałem w płaszczyźnie zacisku głową wcisnąć się w prawo w drugi fragment zacisku. Należy przy tym pamiętać, że obrócenie głowy z kaskiem może nie być możliwe, a więc już na wejściu trzeba skierować głowę w prawo aby potem widzieć gdzie się wpasować głową w drugi fragment. Tak sobie myślę, że długie osoby mogą mieć problem… Przeszedłem. Następnie przeciska się Tomasz. Próbuje, próbuje, cofam się do niego aby mu podpowiedzieć jak to przejść, niestety wskazówki mają się nijak do długości Tomka nóg. Rozkładam ręce (w przenośni bo rozkładać się to ja tam mogę chyba tylko jak się zaklinuję, albo Tomek :P). Tomek odpuszcza, chyba nie chce się tam rozkładać. Przepuszcza Ewę. Ewa, niczym ślimak przepęza (nie ma takiego słowa? hmm). Po chwili namysłu mówimy Tomkowi żeby zaczekał przynajmniej 30 minut, my w tym czasie powędrujemy dalej 15 minut i zaczniemy wracać w jego kierunku. Tak, też uczyniliśmy, oczywiście z tych 15-tu zrobiło się 20 min. Przekalkulowaliśmy, że powrót na Suchy Biwak zajmie nam pewny odcinek czasu, po upływie którego przekroczymy czas do którego ekipa kursowa Czarnucha M. miała na nas czekać na Suchym, podejmujemy więc decyzję odwrotu. Ja jeszcze podszedłem „kilka chwil” do góry, bo myślałem że Nowy Biwak jest tuż tuż, niestety doszedłem do początkowego poziomego fragmentu Ciągów Przykrości, zostawiłem tam wory na śmieci i zacząłem wracać dołączając do Ewy, która już była u Tomka na półce. Jest godzina 15:15, wracamy. Mija kolejna chwila, i kolejna, jesteśmy przy nieopisanej w planie wąskiej szczelinie która sprawia problem. Przechodzimy. Ja jako pierwszy. Nagle podczas przechodzenia metodą „na klina” słyszę coś upadającego. Patrzę, a poniżej mnie leży rolka. No nie wierzę. Znowu? Osz Ty …o paskudna! Tomek za mną orzeka: „ nie ma bata że ją stamtąd wyciągniesz”. Ja na to: „Jak nie ja to kto?” Nawet przez myśli mi nie przeszło że tą bidulę tam zostawię. Ustawiam się w najszerszej części szczeliny, próbuję sięgnąć ręką, Tomek mówi że brakuje z pół metra. Osz…. Dobra, trza skombinować jakiś przyrząd do podebrania. Tomek oznajmia że wziął moją taśmę izolacyjną którą wcześniej „tejpował” koniec liny. Dodatkowo, akurat w miejscu w którym doszło do zdarzenia był stopień zrobiony z fragmentu ok. 30cm. rurki stalowej średnicy ok. 20mm. Wyciągam ją, doklejam do niej otwarty karabinek którego zamek już wcześniej Tomek mi zakleił – mamy hak! Próbuję podebrać. Niestety brakowało kilkudziesięciu cm. Szybka analiza tego co posiadam przy sobie. Eh że ja zjadłem kilkadziesiąt minut wcześniej 2 banany, teraz by się przydały. Ale mam jeszcze małpę. Doklejam do rurki. Próbuję. Brakuje kilkunastu cm. Doklejam jeszcze otwarty nóż. Jest! Sięgam! Teraz tylko kilka ruchów i rolka podebrana ze szczeliny! Mamy to! Niestety czas poświęcony na te czynności jest czasem straconym. Wędrujemy dalej w dół do rozejścia. Docieramy ok. godz. 16:30. Akurat wtedy mijała godzina do której ekipa kursowa miała na nas czekać. No super. Będą się martwić co się z nami stało. Czym prędzej wędrujemy teraz w górę, już w partiach głównego ciągu Śnieżnej. Przy III. Wodospadzie, tam gdzie jest zjazd kierunkowy, napotykamy Czarnucha Murzyna. Ekipa kursowa nie czekając na nas postanowiła iść w naszym kierunku. I dobrze. Wracamy wspólnie, docieramy do Suchego Biwaku, raczymy się ciepłą wodą i zaczynamy wychodzić. Ja jako pierwszy. Dochodze do I-go Płytowca, metoda pokonywania przeze mnie płytowców to wspinaczka przy asekuracji małpą, stopka zrobiona z pętli wspinaczkowej wędruje do ręki aby się nie potykać. Przy pierwszej przepince nie wierzę własnym oczom! Lina przechodzi przez moją pętlę od płani! Jak to możliwe? No możliwe bo koniec liny nie sięgał dna tylko zwisał, więc w trakcie zakładania płanietki lina weszła w pętle. I znowu chochlik namieszał mi w planach. Na szczęście wybrałem tą linę z pętli i rzuciłem z powrotem w kierunku dna, uff, doleciała! Idę dalej. Dochodzę do Wielkiej Studni, a tam Michał G. z ekipy kursowej który wychodził na zewnątrz z towarzyszami i towarzyszkami. Zlotówkę już wychodzimy wspólnie, wspólnie, mam na myśli jednoznacznie gdyż w pewnym momencie byliśmy wpięci małpami we dwójkę do jednego odcinka liny, co dla jednego z nas spowodowało obrót ciała o 360 stopni w osi liny wraz z nogami wypuszczonymi jak wachlarz. Powrót do pozycji wyjściowej na szczęście obył się bez urazu, chyba na kolana (towarzysz Michaił potwierdzi). Na powierzchnię pierwsza osoba wychodzi ok. godz. 19:10. Ja wychodzę ok. 19:30 i doznaję szoku. W czasie naszego pobytu w jaskini, na powierzchni musiała być wielka burza, skały już nieco podeschły, zdałem sobie sprawę że wszystkie, głównie moje przypadki, miały na celu opóźnienie akcji abyśmy mogli przebrać się i schodzić na parking na sucho! Kolejny raz potwierdziło się, że MYŚLI KREUJĄ RZECZYWISTOŚĆ i o to jest walka w tej chwili na świecie.
Marcin Freindorf - Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego
Jerzy Ganszer
Ekipa w trakcje dwu godzinnej akcji podziemnej zdobyła Salę Dantego. W jaskini sporo wody.
2022.08.14 Jaskinia Przed Rozdrożem - Beskid Żywiecki
Napisał Jerzy GanszerWięcej...
Maja Jędrzejewska
Tomasz – Osoba Towarzysząca
Po kilku dniach w Podlesicach jedziemy na Szałasiska w Dolinie Rybiego Potoku (gorąco polecam to miejsce!). Pierwszego dnia Mnich droga Orłowskiego (wariant Skierskiego) po drugim wyciągu przerwany przez pogodę, przemoczeni zjeżdżamy do podstawy drogi. Miałam wątpliwą przyjemność spędzić ulewę z gradem w kominie na drugim wyciągu). Dzień drugi Grań Mięguszy od przełęczy pod Chłopkiem do przełęczy Hińczowej, zejście z MSW dość zawiłe, warto coś poczytać wcześniej. Trzeci dzień to przymusowy deszczowy rest. Następnego dnia wracam z Kasią i Wojtkiem już spacerkiem przez Kasprowy do Zakopanego.
2022.08.11-15 Grossglockner 3798 m n.p.m Austria
Napisał Bartosz BrzezinkaSonia Bała – Klub Wysokogórski Sakwa
Bartosz Brzezinka
Kolejny przedłużony weekend i kolejny plan wyjazdowy. Tym razem pada na wejście na Grossglockner`a czyli najwyższy szczyt Austrii.
Startujemy w czwartek i planujemy tego dnia dojechać na pole namiotowe w miejscowości Kals am Grossglockner, przespać noc i rano następnego dnia ruszać w góry. Po drodze bez przekonania dzwonimy do schroniska Erzherzog Johann Hütte (3454 m) z pytaniem o nocleg, okazuje się że po krótkich negocjacjach jest dla nas miejsce- wstępny plan ulega zmianie.
Szybki przepak i w piątek rano (12.08) ruszamy na lekko do schroniska na nocleg. Podejście zaczyna się spacerem zieloną doliną, stopniowo krajobraz zmienia się z łąk w piargi, aż do wejścia na lodowiec. Przed wejściem wiążemy się liną i bez większych problemów przechodzimy przez lodowiec do startu łatwej ferraty która prowadzi nas bezpośrednio do schroniska. Gdy już odpoczywamy pod dachem po południu/wieczorem spada 7cm śniegu, ale prognozy na dzień ataku szczytowego mamy dobre (bez opadu i słonecznie) więc wykorzystujemy wieczór na regenerację i następnego dnia rano wychodzimy w stronę szczytu.
Od rana pogoda piękna, więc zgodnie z planem śniadanie i atak szczytowy.
Podejście zaczyna się od przejścia polem śnieżnym aż pod skały gdzie startuje początek drogi.
Ubezpieczenia w postaci rozwieszonych poręczówek, czasami metalowe klamry i stopnie ułatwiają stromy początek. Dalej grań pokonujemy na lotnej asekurując się z metalowych tyczek i od czasu do czasu ringów. Na szczycie nie wiele osób, kilka grup z przewodnikami ale tłoku nie ma (jeszcze) widząc że zbliża się spora liczba grup z przewodnikami odpoczywamy chwilę i zaczynamy schodzić drogą podejścia, bez większych problemów na koniec wykonujemy kilka zjazdów żeby minąć grupy schodzące dość wolno. Chwilę później lądujemy w schronisku, tam chwila przerwy i ruszamy w kierunku auta.
Zostały jeszcze 2 dni weekendu więc wracając zatrzymujemy się po drodze na wspinanie:
-pierwszego dnia w miejscowości Purgg gdzie przechodzimy drogę Null komma Josef VI+ 220m (8 wyciągów z psychicznie wykańczającą asekuracją )
-drugi dzień to już spokojne wspinanie w Hollentalu drogą Woachtalkante V 120m (5 wyciągów)
gdzie spotykamy ekipę ferratową z naszego Klubu.
2022.08.08-09 Trawerse Gouffre de La Pierre Saint-Martin
Napisał Kinga BeretaJarosław Gutek - KAGB GOPR
Grzegorz Michałek - KAGB GOPR
Robert Bereta
Kinga Bereta
Wejście naszej grupy zaplanowane jest na poniedziałek, wyjazd ok. 07:00 i wejście ok. 08:00 (przy okazji dowiadujemy się, że jesteśmy jedynymi którzy wybierają tak wczesne godziny :P). Wcześniej po uzgodnieniu kolejności z innymi ekipami ustaliliśmy, że wchodzimy otworem Gouffre de la Tête Sauvage.
Na samym wstępie zaczynają nas dręczyć (chyba kultowe już) drabinki. Docierając do podstawy studni w tej części nie mamy wyjścia jak tylko przebierać się w neopren. Zejście na -360m zajęło nam nieco ponad 1,5 godziny.
Passage du Soupirail wita nas lodowatą wodą i ciasnotą. To pierwsze będzie towarzyszyć nam przez następne parę godzin w trakcie maszerszu przez Le Grand Canyon. Następna na liście jest Galerie des Marmites. Po tym znaczniki i kopczyki są dla nas łaskawe, ale gdzieś w okolicy Grande Corniche zataczamy pętle marnując kolejną godzinę na poszukiwanie przejścia. Wreszcie po przewspinaniu sali wzdłuż i wszeż okazuje się, że niepozorny i słabo oznaczony zacisk wiedzie do ostatniej części partii wodnych czyli tunnel du vent. 50 metrów jeziora przepływamy na pontonach.
Równo 17:00 zatrzyumujemy się na biwaku w salle Navarre tuż za wodnymi partiami. Ściągamy neopreny, jemy i po chwili odpoczynku już nastawieni na spokojny tryb trekkingowy nawigujemy dalej w poszukiwaniu sali Lepinoux. Kolejne sale i przejścia przytłaczają swoim ogromem. Czołówki przestają łapać sufity ano przeciwległe ściany a my po raz kolejny zastanwiamy się czy obraliśmy prawidłową trasę. Godziny marszu dłużą się, cały czas trawersujemy kolejne (albo te same?) sale góra-dół po galeriach i ledwie widocznych ścieżkach, szukanie traserów staje się koszmarem. W końcu docieramy do słynnej sali gdzie wciąż znajdują sie nosze Marcela Loubensa, mimo że od wypadku minęło 70 lat. Przed nami kolejne kilometry olbrzymich hal a zmęczenie daje się we znaki.
Sale są więcej niż okazałe, ale chyba już nikt z nas nie ma ochoty ich podziwiać, trzeba iść do przodu, wspiąć się na skały, przejść galerią, zejść, a na potem wrócić znowu na zbocze i znaleźć przejście, które pozwoli dotrzeć do kolejnej części. Znowu mamy problemy z nawigacją. Znaczniki albo są nieregularne albo ich nie ma, staramy się opierać na kopczykach ale te wydają się być stawiane bez ładu i składu w każdym kierunku. Zaczynamy się zastanawiać, czy naprawdę tak wygląda 800 metrów różnicy wysokości między Gouffre de la Tête Sauvage a Salle de la Verna. Wcześniej sądziliśmy że trekkingu wymagają raptem 4 kilometry a cała akcja pod ziemią zamknie się między 12 a 14 godzin. Zastanawiamy się jakie przewyższenie pokonaliśmy wędrując godzinami góra-dół… Oszołomieni strukturą Metra spędzamy tą część na poszukiwaniu przejścia nim przychodzi nam wspinać się do salle Queffélec, gdzie znowu walczymy z ilością wyblakłych taśm, fluorescencyjnych traserów i nadmiarem kopczyków. Gdy wreszcie odnajdujemy zejście do kolejnego monstrum, tym razem salle Chevalier, gubimy się po raz ostatni, kręcac się w kółko za oznaczeniami i linami (sic!). Wreszcie po kolejnym haśle "już tu byliśmy" decydujemy się na przymusowy odpoczynek. Połowa gotuj herbatę, połowa dalej szuka przejścia. Rozpoczęła się już 18 godzina pod ziemią.
Wreszcie udaje się zlokalizować przejście: trawers ktory wiódł do góry po ładnej, białej linie miał swoją poziomą kontynuację parę metrów i tym razem w poziomie. Skończyła się poręczówka i ukazały nam się metalowe mostki częśći turystycznej. Udało się, dotarliśmy do salle de la Verna o godzinie 3 w nocy. O tej porze już nie była oświetlona, widzieliśmy tyle na ile pozwalały nam czołóki i słyszeliśmy tylko szum wodospadu. Docieramy do tunelu EDF w ten sposób zaliczając ostatni podziemny odcinek. Na powierzchni zostaje jeszcze tylko jakiś kilometr do samochodu
Podsumowując, pod ziemią spędziliśmy jakieś 18 godzin, szacujemy że wraz z przewyższeniami pieszo pokonaliśmy ponad 15 kilometrów i (kierując się hiszpańską mapą) dotarliśmy na -876 m
2022.08.03 /?/ Jaskinia Przed Rozdrożem K.Bż-03.01
Napisał Jerzy GanszerJerzy Ganszer
Obiekt ten już w roku 1978 był eksplorowany przez członków SBB. Na zdjęciu główna sala.
