Gosia Błaszczyk

Adam Jakubczyk
Filip Pukmiel
Maciej Jeziorski
Małgorzata Błaszczyk

W sobotę postanowiliśmy zwolnić tempo i zamiast klasycznej jaskiniowej akcji ruszyć na spokojną eksplorację mniej uczęszczanych Partii Tehuby w Jaskini Czarnej. Plan był prosty: zajrzeć we wszystkie możliwe zakamarki tego podziemnego labiryntu i sprawdzić, czy drugie wejście do Partii Tehuby za Salą Francuską faktycznie istnieje, czy też jest jedynie speleologiczną legendą.

Wędrując po jaskini, konsekwentnie zaglądaliśmy w każdy korytarz, szczelinę i boczne odgałęzienie, by niczego nie pominąć. No i w końcu natrafiliśmy na coś naprawdę ciekawego! Na dnie, tuż obok Syfonu Tehuby, czekał na nas nietypowy zestaw przetrwania: worek po psiej karmie oraz napój mocy. Najwyraźniej ktoś zadbał zarówno o czworonożnych eksploratorów, jak i o zziębniętych jaskiniowców! :) Czy była to pozostałość po wcześniejszych wyprawach, tajna kryjówka jaskiniowego ducha, a może nieudany eksperyment z dostawą podziemną? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale jedno jest pewne – Partie Tehuby wciąż kryją wiele niespodzianek.

Podsumowując – tempo mieliśmy mocno turystyczne, eksploracja była dokładna, a humor jak zawsze dopisywał. I choć nie odkryliśmy nowej drogi na Marsa, to przynajmniej znaleźliśmy dowody na istnienie jaskiniowych zapasów na „Czarną” godzinę.

czwartek, 23 styczeń 2025 22:36

2025.01.17-19 - Karpacz

Katarzyna Więckowska
Elżbieta Pikania
Marzena Krzempek
Bartosz Brzezinka
Tomasz Grzegrzułka
Tomasz Motoszko
Małgorzata Błaszczyk

Klub to coś więcej niż tylko karta taternika jaskiniowego – to miejsce, gdzie znajdujesz ludzi, z którymi możesz dzielić pasje, śmiech, wyzwania i niezapomniane chwile. Jednym z takich momentów był nasz wyjazd do Karpacza – weekend pełen wspaniałych widoków, niekończącego się śmiechu i wspólnych przygód. A to wszystko nie mogłoby się udać bez naszej niezastąpionej Kasi – mistrzyni organizacji i osoby, która zaraża śmiechem, gdziekolwiek się pojawi. Dzięki niej każdy szczegół wyjazdu był dopracowany, a my mogliśmy po prostu cieszyć się wspólnie spędzonym czasem w górach.

W Karpaczu przywitała nas bajkowa, zimowa sceneria – słońce i idealny śnieg, jakby wszystko było zamówione pod ten wyjazd. Pierwszego dnia grupa skiturowa, w składzie czterech narciarskich wyjadaczy i mnie – żółtodzioba – ruszyła żółtym szlakiem przez Strzechę Akademicką na czeską stronę, do Lucni Boudy. Tam czekał nas zasłużony odpoczynek i czeski gulasz, który smakował jak prawdziwy rarytas. Powrót, czyli zjazd żółtym szlakiem, okazał się jednak moją osobistą „grą o przetrwanie”. Grawitacja szybko przejęła kontrolę, a ja odkryłam, że najczęściej używaną techniką zjazdową może być „ślizg na tyłku”. Podczas gdy reszta ekipy świetnie się bawiła, ja zdobyłam nowe doświadczenie – pokorę i sztukę „kontrolowanego upadania”.

Wieczorem zasiedliśmy wspólnie przy stole, gdzie rozmowy i śmiech nie miały końca. Kulminacją wieczoru stała się dyskusja o „glacy” – czyli o tym, dlaczego włosy mają tendencję do opuszczania nas w najbardziej nieoczekiwanych momentach życia. Wnioski? Nie wiadomo, ale grunt to mieć dystans i śmiać się z tego, co daje życie.

Drugiego dnia czekały nas kolejne wyzwania. Cała grupa – zarówno skiturowcy, jak i trekkingowcy – wyruszyła razem w stronę Schroniska Pod Łabskim Szczytem. Był to doskonały moment, żeby odpocząć i zjeść obiad w gronie całej ekipy. Po krótkim posiłku i regeneracji drogi się rozdzieliły. Ekipa skiturowa, składająca się z samych weteranów, obrała ambitny kierunek w stronę Śnieżnych Kotłów, a ich dzień zakończył się zjazdem nartostradą ze Szrenicy. Tymczasem trekkingowcy, w tym ja, wybrali spokojniejszy niebieski szlak prowadzący w dół. Tym razem obeszło się bez upadków, co mogę uznać za swój mały sukces.

Ten wyjazd to kwintesencja tego, co daje klub – śmiech, wyzwania i wspomnienia, które zostają na długo. Te dwa dni pokazały, że nieważne, czy glebniesz dziesięć razy, czy zrobisz idealny zjazd – ważne, że masz z kim dzielić ten czas.

czwartek, 19 grudzień 2024 13:59

2024.12.14 - Jaskinia Kasprowa Niżnia

Monika Wróbel
Filip Pukmiel
Łukasz Kosiński
Maciej Jeziorski
Małgorzata Błaszczyk

Powrót do znanej jaskini miał być spokojny. Plan? Zwiedzić partie sylwestrowe, do których kursanci nie chodzą. Rzeczywistość jednak okazała się znacznie bardziej mokra, niż się spodziewaliśmy. Gniazdo Kaczki suche, Długi Chodnik suchy, ale nasze termo i bielizna – absolutnie nie.
Wszystko zaczęło się od małego syfonu nad Szczeliną, wypełnionego wodą. Moja pierwsza reakcja? „Zalane. Nie da się przejść.” Maciej jednak miał inne zdanie – postanowił zbadać sprawę i rzucił: „Oczywiście, że się da, tylko nie na sucho.” No i poszliśmy!
Największy hit? Łukasz próbujący zmieścić się w syfonie, a w tle dialog:
„Łukasz: Czekaj, jestem blisko.
Maciej: Blisko czego?
Łukasz: Ataku paniki”.
Potem przyszedł czas na zjazd, odkopanie drugiego syfonu i wreszcie dotarcie do upragnionych lin prowadzących do partii sylwestrowych.
Droga powrotna to z kolei walka na zapałkach i niezapomniana rada od Filipa: „Masz blokadę? To wejdź do wody!” Na zakończenie wskoczyliśmy do term Chochołowskich, żeby ogrzać nasze mokre ciała. Wnioski? Woda nie wybacza, a śmiech jest najlepszym ratunkiem na każdą trudność.

środa, 04 grudzień 2024 21:21

2024.11.30 - Jaskinia Wielka Śnieżna

Monika Wróbel
Maciej Jeziorski
Karol Pastwa
Tomasz Motoszko

Do syfonu Dziadka:  
Katarzyna Więckowska
Bartosz Brzezinka
Tymoteusz Siedloczek
Małgorzata Błaszczyk

   Andrzejki w Witowie to tradycja, a tradycja wymaga wizyty w dziurze. Tym razem padło na Śnieżną. Plan był prosty: szybka akcja w jaskini – do syfonu Dziadka, powrót na bazę i impreza.
   Tyle że rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze założenia. Ostrzeżenia „władcy porządku” z piątkowego wieczoru, że zgoda jest tylko na degustację, bo w sobota lekko nie będzie, zupełnie nas nie ruszyły. Tryb „lama” włączony – po co drążyć albo zadawać pytania? Ważne, że max. o 23 mamy być z powrotem. Reszta? Jakoś się ułoży!
   Sobota, dotarliśmy do Śnieżnej i ruszyliśmy prosto na dół. Syfon Dziadka – sukces! Tylko że… coś poszło nie tak. Dopiero tam dotarło do żeńskiej części grupy, że z powrotem na bazę w sześć godzin raczej nie zdążymy. Harry Potter by sobie poradził, my – niekoniecznie.
   Powrót był prawdziwym testem wytrzymałości. Błotne łaźnie w szczytowej formie, my – wręcz przeciwnie. Sennie, mozolnie, z przepinkami robionymi w transie, w końcu wydostaliśmy się na powierzchnię. Ale to nie koniec wyzwań. Droga powrotna była parodią wędrówki – śnieg lśnił pięknie, ale był równie zdradliwy, co urokliwy, regularnie przypominając nam, gdzie nasze miejsce, czyli na ziemi. Hasło „Daleko jeszcze?” powtarzało się tak często, że stało się mottem wycieczki, które co chwilę rozbawiało nas swoją absurdalnością.
   Na bazę dotarliśmy wyczerpani, ale w zaskakująco dobrych humorach. Czas na plan B? Oczywiście – własna impreza! Bo jak tu iść spać na sucho w Andrzejki? Nawet zmęczeni, świętowaliśmy jak trzeba! :)

wtorek, 03 grudzień 2024 22:32

2024.11.23-26 - Kras Triesteński, Włochy

Katarzyna Więckowska
Bartosz Brzezinka
Dawid Jędrysek
Małgorzata Błaszczyk

Zwiedzone formacje krasowe:
- Grotta Antonio Federico Lindner
- Abisso di Trebiciano
- Grotta Gualtiero
- Abisso Carlo Debeljak

   Jeden telefon, krótka rozmowa, szybkie spojrzenie na kalendarz, „kon-takty" Bartka i ochota na działanie – tyle wystarczyło, by nie zwalniać tempa i ruszyć na kolejną przygodę. Tym razem naszym celem były jaskinie w okolicach Triestu, a mottem przewodnim wyjazdu stał się „Dzień Życzliwości”, który każdego ranka wprowadzał nas w dobry nastrój i towarzyszył przez całą wyprawę.
   Każda jaskinia miała w sobie coś wyjątkowego. Niektóre od razu zachwycały bogactwem nacieków, inne wymagały wysiłku i technik znanych z polskich warunków, gdzie lina była „na wagę złota”. Trafiły się również jaskinie zaskakujące infrastrukturą: drabinki prowadzące na samo dno i... plaża (!) na 300 metrach głębokości. Brakowało jedynie stroju kąpielowego i słońca, choć był... Internet, który spontanicznie wykorzystaliśmy do rozmowy z naszymi instruktorami.
   Do naszej ekipy czasami dołączał piąty towarzysz, który szczególnie na drabinkach wywoływał salwy śmiechu. „Pan Krecik” witał nas przy każdej okazji wesołym okrzykiem „Ahoj!”, a jego obecność z pewnością będziemy wspominać z uśmiechem na twarzy.
   Kierując się słowami naszego barda: „Trzeba mieć mózg jak gąbka, nie jak pumeks”, chłonęliśmy każdą chwilę i każde nowe doświadczenie.
   A teraz pro-tip z wyjazdu by Gosia: jeśli chcesz dokładnie umyć naczynia, zrób to, zanim ktoś weźmie prysznic! Naczynia będą zachwycone ciepłą wodą, a Twoi współtowarzysze dostaną zimny prysznic na dobry początek dnia :)
   Wracając jednak do włoskich jaskiń – to miejsce, do którego zdecydowanie warto wrócić. Wspomnienia z tej wyprawy zostaną z nami na długo!

środa, 20 listopad 2024 21:44

2024.11.15-17 - Kras Morawski

Katarzyna Więckowska
Marlena Magiera
Monika Wróbel
Filip Pukmiel
Maciej Jeziorski
Bartosz Brzezinka
Dawid Jędrysek
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Zbigniew Grzybek
Małgorzata Błaszczyk

Przygoda zaprowadziła nas do takich jaskiń, jak:
15/11 - Rudoleckého propast, Jeskyně Velká dohoda, Hladomorna,
16/11 - Rudické propadání,
17/11 - Pikova dama, Spiralka.

     Czy można sobie wyobrazić lepszy weekend niż ten spędzony na Morawskim Krasie? Pewnie tak – ale tylko wtedy, gdy doda się więcej błota, śliskich skał i większą liczbę kieliszków. Piękne jaskinie to jedno, ale towarzystwo, które potrafi rozkręcić show w każdej dziurze, to coś, czego nie da się przecenić.
     Nasza przygoda rozpoczęła się od "jaskiniowych kanionów". Zjazdy były już znane, ale wyjścia przez wodospady to nowy poziom wyzwań. Wspinaczka pod lodowatą wodą, która uderza w twarz? To była prawdziwa jazda! W tym dniu nasi najlepsi w "speleoświecie" instruktorzy – Wacuś i Murzyn – mieli ambitny plan powrotu suchą trasą. Jednak wystarczyło kilka słów zachęty, żeby wrócili z nami przez wodospady – bo kto nie chciałby jeszcze raz doświadczyć tego wyjątkowego „naturalnego spa”? W końcu, jak mówi staropolskie przysłowie, "kto nie ma wody w butach, ten nie wie, co to prawdziwa jaskinia".
     Drugiego dnia woda ustąpiła miejsca błotu, i to w hurtowych ilościach. Jeśli ktoś zastanawiał się, jak to jest być czekoladką oblaną kajmakiem, to w końcu się dowiedział. Tęsknota za wodospadami była niemal namacalna – tam przynajmniej wychodziliśmy czyści. Jednak hitem tego dnia okazał się odciąg nad wodą, który wprowadził element akrobatyczny. Nasz niezastąpiony Bartek podsumował to błyskotliwie: „Następnym razem powieszę im huśtawkę na drzewie. Jedni pójdą do dziury, a drudzy będą się bujać.” Wizja na przyszłość godna stratega.   
     Wieczorna integracja to zawsze coś, na co wszyscy czekają – tym razem poziom szydery i czarnego humoru sięgnął sufitu. Hasło „Uważaj, bo się doigrasz!” błyskawicznie stało się mottem wyjazdu. A tekst „świat nie wierzy łzom” zyskał nowe życie dzięki naszej wyjazdowej piosence „Baby Don’t Cry” 2Paca :)   

Podsumowując, na tym wyjeździe nauczyliśmy się wielu rzeczy:

  • Wodospad kąsa bardziej niż deszcz.
  • Błoto to stan umysłu.
  • A zasada „albo chodzimy razem, albo wychodzimy” sprawdza się nie tylko w życiu, ale również w jaskiniach.
 
piątek, 25 październik 2024 18:28

2024.10.23 Jaskinia Nad Kotlinami

Piotr Gawlas
Bartek Brzezinka
Tomasz Grzegrzułka
Małgorzata Błaszczyk

Po porannej kawie, czyli napoju życia każdego grotołaza, zebraliśmy się, by ruszyć ku Jaskini nad Kotlinami – miejscu, które każdy powinien odwiedzić przynajmniej raz, by naprawdę zrozumieć, co oznaczają mocne wrażenia i dlaczego pojęcie „lekkości” traci tu znaczenie.
Gdy dotarliśmy do mojej pierwszej „dziewiczej” dziury po kursie, okazało się, że panowie uknuli dla mnie niecny plan: mam zaporęczować całą trasę. Po kilku godzinach testowania ich cierpliwości, gdy ja mozolnie pracowałam, a oni marzli, w końcu dotarliśmy do punktu docelowego. I wtedy, niczym prawdziwy zbawca, Kudłaty, tym razem posiadający palnik, rzucił tylko: „Będzie kawka!”. 
Ale ta chwila przyjemności minęła błyskawicznie. Po ostatnim łyku przyszedł czas na zwinięcie depozytu i drogę powrotną – nadeszło też ostateczne wyzwanie. Wreszcie miałam okazję poczuć się jak prawdziwy mężczyzna, niosąc „Wór” między nogami :) Zmęczona, ale pełna satysfakcji, wynurzyłam się na powierzchnię, łapiąc ostatnie promienie słońca.
W towarzystwie Murzyna (już nie instruktora), przemierzając te cudowne „mokre” wapienne skały, dotarliśmy do samochodu. Kulminacją dnia była pochwała z ust samego Bartusia oraz zdobyty permanentny "makijaż”, który – mam nadzieję – dodał mi trochę charyzmy.
Na koniec mogę powiedzieć tylko jedno: w takim doborowym towarzystwie każda jaskinia jest warta każdego trudu!

Termin: 5-6 października 2024
Liczba uczestników: 11 osób
Prowadzący: Tomasz Grzegrzułka

W pierwszy weekend października mieliśmy przyjemność uczestniczyć w wycieczce do Jaskini na Trzech Kopcach, zorganizowanej przez Speleoklub Bielsko-Biała w ramach III Festiwalu Górskiego "U źródeł Białki". W ciągu dwóch dni w wyprawie wzięło udział łącznie 11 osób.

Sobota była pełna wrażeń – pod przewodnictwem Tomasza udało się zgłębić tajemnice jaskini, poznając jej zakamarki oraz historię, którą opowiadał z pasją i zaangażowaniem. Była to wyjątkowa okazja, aby zobaczyć jaskinię oczami doświadczonego instruktora.
Niedzielna grupa, z racji napiętego harmonogramu festiwalowych prelekcji, miała nieco mniej czasu. Dotarła do Sali Odkrywców, ale i tak wycieczka była niezwykle satysfakcjonująca dla uczestników. Pomimo ograniczonego czasu, atmosfera w grupie była doskonała, a wycieczka dostarczyła mnóstwo pozytywnych emocji. Z pewnością każdy z uczestników czuł, że warto było poświęcić ten czas na eksplorację.

niedziela, 06 październik 2024 17:18

2024.09.28-29 Egzamin - wyjazd kursowy

Katarzyna Więckowska
Małgorzata Błaszczyk
Monika Wróbel
Filip Pukmiel
Łukasz Kosiński
Maciej Jeziorski
Mateusz Wielke
Bartek Brzezinka
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Adam Jakubczyk

29-30.09.24 godzina 9 rano Birów, pod skałą tylko klubowe samochody, bo pogoda nie sprzyja wspinaczom ani innej aktywności na świeżym powietrzu. Ptaki już kończą poranne trele a grzyby dopiero rosną. Niebo jest ciężkie i szare jak brzuch osła na trawie rosa, ale w końcu to kurs pod chmurką więc wszyscy są gotowi na najgorsze. Gwarno i wesoło lecz każdy z tyłu głowy ma, że to egzamin. Tak, oto już teraz właśnie nasze ostatnie wyjście kursowe. Pierwsza próba węzłów, po roku intensywnych przygód działamy jak krosna prześcigając się kto szybciej i piękniej wykona zadany węzeł.Dzięki aplikacji losującej na telefonie Bartka dochodzi do obiektywnego podziału na 4 - 2 osobowe zespoły. Które mają kolejno do wykonania: poręczowanie trawersów, zjazd na złodzieja, przepinki w tym z odciągem  i z węzłem, autoratownictwo, panel wspinaczkowy w tym drogi sportowe, budowanie stanowiska, wielowyciagi, ewakuacja z drogi wspinaczkowej. Co najmniej tyle udało mi się zapamiętać, w każdym bądź razie zeszło się z tym do wieczora; a cały dzień minął  błyskawicznie. Korzystając z ostatnich promieni i tak zimnego słońca pakujemy się wraz ze sprzętem do aut. W planie mamy jechać na Speleo Brzozówki 2024 z tym, że jaskini Brzozowej nie ma na google mapach. Jest już ciemno ale okazuje się że tuż obok jest jaskinia Ludwinowska, na którą obieramy azymut. Co nas tam czeka? Jedni tylko instruktorzy wiedzą, po drodze mijamy sklep gdzie pośpiesznie uzupełniamy zapasy do pełnej gotowości biwakowej. Zjawiamy się chyba już w tej drugiej połowie imprezy, szybka kiełbaska z ogniska to nasza wymarzona obiadokolacja. Jest klimat - wielki ekran wyświetlący filmiki z eskapad speleoklubu Brzeszcze, muzyka z głośników przywiązanych tuż pod koronami drzew, prąd z agregatu no i blask coraz to większego ogniska a przede wszystkim sami jaskiniowi ludzie do okoła. Jutro ma być ostatni dzień kursu ale jeszcze jest dziś! Dziś chodź to już po północy, cieszymy się swoją obecnością, planujemy nowe, wspominamy i porównujemy stare dzieje.Tańce, hulanka, swawola. Ranek, śniadanie, toaleta a wszystko to wedle reguły "jak se pościelesz tak się wyśpisz". Przygoda czeka! Korek z Kingsiza już otwarty. Kapslem tym zabezpieczone jest wejście do jaskini Brzozowej, miejsca niedawno odkrytego i ciągle jeszcze badanego.  Stalową rurą dostajemy się pod ziemię. Gdzie oczom naszym ukazuje się nieomal dziewiczy jurajski kras. Kości (zapewne poprzednich kursantów), organy nacieków, girlandy delikatnych makaronów i nie zaśmiecony spong to zapamiętamy na zawsze z tego ostatniego dnia naszego kursu. Po koleji bardzo sprawnie wychodzimy na powierzchnię i jak świetnie zorganizowana ławica leszcza udajemy się do jaskini Ludwinowskiej. Podziwiamy tam awen tak wysoki że aż z oknem. Tu padł pomysł zrobienia sobie tego oto zdjęcia. Właściwe to fotek tego weekendu nie robił nikt, nie było na to czasu. Zapamiętałem też nie za wiele ale mam tą pewność, że to dzięki Wam wyrozumiali Instruktorzy i serdeczni Współkursanci przeżyłem przygodę życia w jeden ależ jakże intensywny rok.

Katarzyna Więckowska
Monika Wróbel
Adam Jakubczyk
Filip Pukmiel
Łukasz Kosiński
Maciej Jeziorski
Mateusz Wielke
Wojciech Chroszcz
Bartek Brzezinka
Tomasz Grzegrzułka
Wacław Michalski
Małgorzata Błaszczyk

Choć to, co dobre, szybko się kończy, wspomnienia pozostają na zawsze. Dlatego przeżyjmy to raz jeszcze, opisując najciekawsze momenty w sprawozdaniu.

Cóż to był za piękny czas! Czas wspólnego trekkingu, długich rozmów, wieczornej integracji, a przede wszystkim wielu zwiedzonych jaskiń. Jak to bywa na naszym kursie, potocznie zwanym "kursem pod chmurką", nie obyło się bez deszczu, ale czy to nas straszy... skądże znowu! Wręcz przeciwnie, gdyby nie padało, byłoby dziwnie. Deszcz był dla nas tak uprzejmy, że pojawiał się, gdy byliśmy w jaskini lub pod skalnym dachem. A jeśli przypadkiem spotkał nas na szlaku, to dzięki nieocenionej pomysłowości Wacława i jego folii malarskiej, zdążyliśmy zbudować "live shelter" i bawiliśmy się wyśmienicie pod jego osłoną, grając w skojarzenia. A w górskiej scenerii odgadnięcie przedmiotu, jakim były "szpilki" wymyślone przez Kasię, okazało się nie lada wyzwaniem!
W trakcie pięciu dni obozu odwiedziliśmy wiele jaskiń, takich jak Marmurowa, Małołącka, Przy Przechodzie, Wielka Śnieżna, Śpiących Rycerzy, tunel Małołącki oraz Wodną pod Pisną. Każda z nich miała swoje tajemnice i wyzwania. Dowiedzieliśmy się również, skąd pochodzi najpiękniejsza ksywka Wacława – "Przygoda". Grupa, która miała przyjemność wędrować z Wacławem, zawsze miała "przygodowo"!
Nasz obóz obfitował w niezapomniane chwile. Nie dość że uwieczniliśmy "Murzyna na wolności", w pięknym anturażu widoku na Giewont, to jeszcze doświadczyliśmy dezercji Bartka. Złamał on zasadę "razem wychodzimy – razem wracamy", postanawiając opuścić nas w drodze powrotnej z biwaku w Śnieżnej, tłumacząc się pilną potrzebą wzięcia prysznica w Kotlinach. Bartek nie dość że nas opuścił, to jeszcze nie chciał przyjąć kary za swoje czyny :P
W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć naszych obozowych "Koni". Podziwiam i bardzo dziękuję naszym wspaniałym Panom, którzy na swoje barki wzięli najcięższą pracę obozu – noszenie ciężkich plecaków wraz z ogromną ilością lin. Jesteście prawdziwymi mocarzami!
Na koniec chciałabym wyrazić ogromną wdzięczność wszystkim uczestnikom obozu. Wasza energia, humor i zaangażowanie sprawiły, że ten czas był niezapomniany.
Murzyn, Wacek, Bartek – jeszcze raz dziękuję za cenne rady, tonę cierpliwości i świetną organizację!
I najważniejsze pytanie na koniec... no to kiedy jedziemy na Morawy?
Strona 1 z 2