Dział Beskidzki
Jaskinie i wyprawy (1612)
Marcin Freindorf - Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego
Jerzy Ganszer
Ekipa dotarła do najwyższego punktu w jaskini. Było sporo wody zwłaszcza na Brązowy Progu. Do jaskini wchodzono otworem północnym.
Informacja o akcji była zainstalowana na SBB - wyjazdy.
Jerzy Ganszer
Ekipa dotarła do najwyższego punktu w jaskini. Było sporo wody zwłaszcza na Brązowy Progu. Do jaskini wchodzono otworem północnym.
Informacja o akcji była zainstalowana na SBB - wyjazdy.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
czwartek, 24 wrzesień 2020 22:16
2020.09.24 Jaskinia w Trzech Kopcach - akcja kursowa
Napisał Jerzy Ganszer
Elżbieta Imielska - kurs
Paweł ............... - kurs
Krzysztof ........... - kurs
Weronika Kucia - kurs
Filip Talaga - kurs
Małgorzata Imielska - Osoba Towarzysząca
Małgorzata Tomoszek
Monika Ogrodnik-Tomoszek
Grzegorz Szubert - Osoba Towarzysząca
Paweł Gądek
Ewelina Ślepko - Osoba Towarzysząca
Jerzy Ganszer
Wysprzątano jaskinię i rejon przy otworowy. Jednemu uczestnikowi spadła latarka do niedostępnej szczeliny, którą wkrótce postaramy się wyeksplorować. Po drodze zwiedzaliśmy "domniemany ołtarz". Czas akcji w jaskini 1 godz. i 50 minut. Wszyscy zadowoleni. Po wyjściu księżyc i żaba. Nietoperze policzyła Małgorzata Imielska /7 szt./
Tutaj zdjęcia - "kliknij". Uczestnicy akcji mogą nimi dysponować dowoli.
Paweł ............... - kurs
Krzysztof ........... - kurs
Weronika Kucia - kurs
Filip Talaga - kurs
Małgorzata Imielska - Osoba Towarzysząca
Małgorzata Tomoszek
Monika Ogrodnik-Tomoszek
Grzegorz Szubert - Osoba Towarzysząca
Paweł Gądek
Ewelina Ślepko - Osoba Towarzysząca
Jerzy Ganszer
Wysprzątano jaskinię i rejon przy otworowy. Jednemu uczestnikowi spadła latarka do niedostępnej szczeliny, którą wkrótce postaramy się wyeksplorować. Po drodze zwiedzaliśmy "domniemany ołtarz". Czas akcji w jaskini 1 godz. i 50 minut. Wszyscy zadowoleni. Po wyjściu księżyc i żaba. Nietoperze policzyła Małgorzata Imielska /7 szt./
Tutaj zdjęcia - "kliknij". Uczestnicy akcji mogą nimi dysponować dowoli.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Paweł Gądek
Bronisław Gądek - Osoba Towarzysząca
Popołudniu postanowiliśmy się wybrać rozkuć szczelinę, którą namierzyłem jakiś czas temu. Po rozkuciu i zrzuceniu luźnych kamieni wyglądało na to, że wszystko dalej jest zagruzowane i trzeba będzie dalej kopać. Jednak po zejściu na dół okazało się że dalej da się przejść między dużymi skałami. Po kilku metrach zobaczyłem dużą salę. Po zejściu do niej w kilku kierunkach odchodziły kolejne korytarze. Cała jaskinia poza wejściem jest przestronna i ma kilka ładnych sal. Zaobserwowałem silne wciąganie powietrza do środka przez co jaskinia jest całkowicie sucha. W środku ślady obecności nietoperzy. Narazie kilkadziesiąt metrów długosci, ale dalej jest szansa na kolejne odkrycia, widać następne sale do odkopania.
Bronisław Gądek - Osoba Towarzysząca
Popołudniu postanowiliśmy się wybrać rozkuć szczelinę, którą namierzyłem jakiś czas temu. Po rozkuciu i zrzuceniu luźnych kamieni wyglądało na to, że wszystko dalej jest zagruzowane i trzeba będzie dalej kopać. Jednak po zejściu na dół okazało się że dalej da się przejść między dużymi skałami. Po kilku metrach zobaczyłem dużą salę. Po zejściu do niej w kilku kierunkach odchodziły kolejne korytarze. Cała jaskinia poza wejściem jest przestronna i ma kilka ładnych sal. Zaobserwowałem silne wciąganie powietrza do środka przez co jaskinia jest całkowicie sucha. W środku ślady obecności nietoperzy. Narazie kilkadziesiąt metrów długosci, ale dalej jest szansa na kolejne odkrycia, widać następne sale do odkopania.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Łukasz Piechocki
Ewa Rutkowska
Marta Gandor - Osoba Towarzysząca
Marcin Parys
Majka W.
Tomek Kochel
Bartłomiej Golik
Łukasz napisał: "20.09 Grzmiączka?" Szybko otworzyłem terminarz i zobaczyłem, że mam wolne więc bez chwili namysłu odpisałem: "OK, ale może jeszcze zwiedzimy jaskinię Józefa?". Tak zaczęła się nasza przygoda z dwiema jaskiniami, grzybami i bardzo fajną niedzielą.
Pierwszą zdobytą jaskinią była Jaskinia Racławicka (Grzmiączka). Spotkaliśmy się w Krzeszowicach i w drogę - lasek, krzaczek, grzybek, polanka i już byliśmy pod jaskinią. Szybkie przebieranie, Marcin zaporęczował zjazdy i po kolei schodziliśmy do jaskini. W środku zachwycaliśmy się tym co zwykle czyli Grzmiączka w klasyku. Przy wyjściu trochę z przymusu, a trochę z zakładu "Ja nie dam rady?" pokonałem studnie zlotową metodą na BYKA. Po wyjściu szybki odpoczynek powrót do samochodów i ruszamy dalej w kierunku wsi Rodaki na poszukiwanie Jaskini Józefa. Technologia nas nie zawiodła GPS w miarę precyzyjnie pokazał położenie otworu. Przebieranie i hop do dziury. Długa szczelinowa studnia zaprowadziła nas do ładnych salek na dnie. Po wyjściu okazało się że dookoła nas jest pełno grzybów więc każdy pozbierał do jajeczniczki i ruszyliśmy w drogę do domu. Było Fajnie.
Ewa Rutkowska
Marta Gandor - Osoba Towarzysząca
Marcin Parys
Majka W.
Tomek Kochel
Bartłomiej Golik
Łukasz napisał: "20.09 Grzmiączka?" Szybko otworzyłem terminarz i zobaczyłem, że mam wolne więc bez chwili namysłu odpisałem: "OK, ale może jeszcze zwiedzimy jaskinię Józefa?". Tak zaczęła się nasza przygoda z dwiema jaskiniami, grzybami i bardzo fajną niedzielą.
Pierwszą zdobytą jaskinią była Jaskinia Racławicka (Grzmiączka). Spotkaliśmy się w Krzeszowicach i w drogę - lasek, krzaczek, grzybek, polanka i już byliśmy pod jaskinią. Szybkie przebieranie, Marcin zaporęczował zjazdy i po kolei schodziliśmy do jaskini. W środku zachwycaliśmy się tym co zwykle czyli Grzmiączka w klasyku. Przy wyjściu trochę z przymusu, a trochę z zakładu "Ja nie dam rady?" pokonałem studnie zlotową metodą na BYKA. Po wyjściu szybki odpoczynek powrót do samochodów i ruszamy dalej w kierunku wsi Rodaki na poszukiwanie Jaskini Józefa. Technologia nas nie zawiodła GPS w miarę precyzyjnie pokazał położenie otworu. Przebieranie i hop do dziury. Długa szczelinowa studnia zaprowadziła nas do ładnych salek na dnie. Po wyjściu okazało się że dookoła nas jest pełno grzybów więc każdy pozbierał do jajeczniczki i ruszyliśmy w drogę do domu. Było Fajnie.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Agnieszka Gądek
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
To było moje trzecie wyjście do Nad Kotlin w tym roku (a dokładnie trzecie w ciągu miesiąca). Nie mogłam pozwolić temu trawersowi pozostać niepokonanym...
Z parkingu ruszyłam jak zwykle nieco wcześniej i byłam bardzo zadowolona, kiedy okazało się, że Frytka dogonił mnie dopiero na ostatnim odcinku - już nad żlebem. Na zewnątrz było zimno, więc szybko się przebraliśmy i ruszyliśmy na dół. Miałam chyba jakiś wyjątkowo dobry dzień, bo Frytka nie musiał czekać "godzinami" pod każdą ze studni, aż w końcu się poprzepinam i zjadę na dół. Mieliśmy ściśle określony czas zejścia w dół - po jego upływie mieliśmy rozpocząć odwrót. Studnia za studnią, mój "ulubiony" trawers, potem Wodociąg, Suchy Biwak w Śnieżnej, jeszcze trochę w dół... Frytka zarządził odwrót przed upływem wyznaczonego na zejście w dół czasu. Według analizy mojej i J. Ganszera osiągnęliśmy głębokość -575m. Szkoda było mi wracać, ale myślę, że kiedyś dno osiągnę. Ruszyliśmy w górę. Ja pierwsza, Frytka za mną. Nie miałam problemów z odnalezieniem właściwej drogi, słyszałam tylko za sobą: "Pamiętaj, że lina w Wodociągu nie jest na samym dole, tylko leży na wysokości wzroku, nie przegap jej!" Cisza, idziemy Wodociągiem, ja pewnym krokiem do przodu (suchą stopą!), aż w końcu słyszę za sobą śmiech... Tak, przegapiłam linę...
W Obejściu Gliwickim ustaliliśmy, że ja pójdę już sama do góry i poczekam na biwaku, a Frytka będzie deporęczował. Dotarłam do trawersu i ... przeszłam! Trawers w końcu pokonany! Frytki nie było słychać, więc całe szczęście, bo pewnie bym sobie tam powisiała i przy okazaji zamarzła... Szłam dalej, po każdej studni czekając chwilkę, aż dotarłam na biwak. Po godzinie złapałam okropny stres, bo Frytki nadal nie było słychać... Wiedziałam, że deporęczowanie trwa długo, ale nie do końca miałam orientację o ile później mogę się go spodziewać... Po 1h i 45 minutach (kiedy już chciałam schodzić spowrotem na dół) na szczęście dotarł na biwak...
Akcja myślę bardzo udana. Z satysfakcją pokonania trawersu i poczuciem, że jeśli (mam nadzieję, że to się nigdy nie stanie) coś się kiedyś stanie, to będę potrafiła sobie poradzić i wyjść sama na powierzchnię.
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
To było moje trzecie wyjście do Nad Kotlin w tym roku (a dokładnie trzecie w ciągu miesiąca). Nie mogłam pozwolić temu trawersowi pozostać niepokonanym...
Z parkingu ruszyłam jak zwykle nieco wcześniej i byłam bardzo zadowolona, kiedy okazało się, że Frytka dogonił mnie dopiero na ostatnim odcinku - już nad żlebem. Na zewnątrz było zimno, więc szybko się przebraliśmy i ruszyliśmy na dół. Miałam chyba jakiś wyjątkowo dobry dzień, bo Frytka nie musiał czekać "godzinami" pod każdą ze studni, aż w końcu się poprzepinam i zjadę na dół. Mieliśmy ściśle określony czas zejścia w dół - po jego upływie mieliśmy rozpocząć odwrót. Studnia za studnią, mój "ulubiony" trawers, potem Wodociąg, Suchy Biwak w Śnieżnej, jeszcze trochę w dół... Frytka zarządził odwrót przed upływem wyznaczonego na zejście w dół czasu. Według analizy mojej i J. Ganszera osiągnęliśmy głębokość -575m. Szkoda było mi wracać, ale myślę, że kiedyś dno osiągnę. Ruszyliśmy w górę. Ja pierwsza, Frytka za mną. Nie miałam problemów z odnalezieniem właściwej drogi, słyszałam tylko za sobą: "Pamiętaj, że lina w Wodociągu nie jest na samym dole, tylko leży na wysokości wzroku, nie przegap jej!" Cisza, idziemy Wodociągiem, ja pewnym krokiem do przodu (suchą stopą!), aż w końcu słyszę za sobą śmiech... Tak, przegapiłam linę...
W Obejściu Gliwickim ustaliliśmy, że ja pójdę już sama do góry i poczekam na biwaku, a Frytka będzie deporęczował. Dotarłam do trawersu i ... przeszłam! Trawers w końcu pokonany! Frytki nie było słychać, więc całe szczęście, bo pewnie bym sobie tam powisiała i przy okazaji zamarzła... Szłam dalej, po każdej studni czekając chwilkę, aż dotarłam na biwak. Po godzinie złapałam okropny stres, bo Frytki nadal nie było słychać... Wiedziałam, że deporęczowanie trwa długo, ale nie do końca miałam orientację o ile później mogę się go spodziewać... Po 1h i 45 minutach (kiedy już chciałam schodzić spowrotem na dół) na szczęście dotarł na biwak...
Akcja myślę bardzo udana. Z satysfakcją pokonania trawersu i poczuciem, że jeśli (mam nadzieję, że to się nigdy nie stanie) coś się kiedyś stanie, to będę potrafiła sobie poradzić i wyjść sama na powierzchnię.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Kaniony w Caninie i okolicy
Beata Michalska-Kasperkiewicz
Paweł Kasperkiewicz
Kuba Krajewski
Błażej Nikiel
Bartosz Baturo
Wacław Michalski
Dzięki inicjatywie Beaty i Pawła pojechaliśmy na nieco dłuższy weekend do północnych Włoszech do tzw. krainy Friuli, na pogranicze ze Słowenią i Austrią. Celem były kaniony. Zrobiliśmy rekreacyjny Ronc, bardzo długi i wymagający Rio Nero - Cerny Potok oraz uroczy, słoneczny i tęczowy Alba. Nie obyło się bez ciekawostek, zwiedzaliśmy fort z I wojny i Tarvisio, Błażej jeździł też na rowerze przez tunele i doliny, przygotowaną ścieżką rowerową po starym torowisku. Po prostu świetnie, gorąco polecamy ! Opisy kanionów są opublikowane w internecie, zatem wszystko dla ludzi.
Beata Michalska-Kasperkiewicz
Paweł Kasperkiewicz
Kuba Krajewski
Błażej Nikiel
Bartosz Baturo
Wacław Michalski
Dzięki inicjatywie Beaty i Pawła pojechaliśmy na nieco dłuższy weekend do północnych Włoszech do tzw. krainy Friuli, na pogranicze ze Słowenią i Austrią. Celem były kaniony. Zrobiliśmy rekreacyjny Ronc, bardzo długi i wymagający Rio Nero - Cerny Potok oraz uroczy, słoneczny i tęczowy Alba. Nie obyło się bez ciekawostek, zwiedzaliśmy fort z I wojny i Tarvisio, Błażej jeździł też na rowerze przez tunele i doliny, przygotowaną ścieżką rowerową po starym torowisku. Po prostu świetnie, gorąco polecamy ! Opisy kanionów są opublikowane w internecie, zatem wszystko dla ludzi.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
poniedziałek, 19 październik 2020 21:31
2020.09.12-13 Studnia Szpatowców i Jaskinia Wielkanocna
Napisała Agnieszka Gądek
Beata Michalska-Kasperkiewicz
Paweł Kasperkiewicz
Zdzisław Grebl
Agnieszka Gądek
Zapowiadał się wyjątkowo ładny weekend, więc należało go wykorzystać. Zależało mi, żeby nieco poćwiczyć chodzenie po linie, więc pomyślałam o Jurze i zdobyciu (za dnia, bo ma piękny otwór) Studni Szpatowców. Dawno nie poręczowałam, więc na pochylnię posłałam Zdzisława, który następnie nadzorował z półki moje dalsze poręczowanie. Pierwsze zjechałam studnią z przepinankami, ale że lina była nieco krótka, a pionu było brak, to już przy drugim zjeździe przeporęczowałam na studnię bez kontaktu ze ścianą. Zdzisław poszedł na spacer, a ja realizowałam swój treningowy plan - dno Studni Szpatowców zdobyłam 13 razy osiągając tym samym głębkość ponad 400m.
Wieczorem dołączyła do nas Beata z Pawłem oraz Bejke, a także 2 innych członków naszego klubu ze swoim czworonogiem. W niedzielę zwiedziliśmy Okiennik, a następnie przedzierając się "skrótem" dotarliśmy do pobliskiej Jaskini Wielkanocnej. Do jaskini weszłam ja i Beata - myślę, że jaskinia jest warta odwiedzenia.
Paweł Kasperkiewicz
Zdzisław Grebl
Agnieszka Gądek
Zapowiadał się wyjątkowo ładny weekend, więc należało go wykorzystać. Zależało mi, żeby nieco poćwiczyć chodzenie po linie, więc pomyślałam o Jurze i zdobyciu (za dnia, bo ma piękny otwór) Studni Szpatowców. Dawno nie poręczowałam, więc na pochylnię posłałam Zdzisława, który następnie nadzorował z półki moje dalsze poręczowanie. Pierwsze zjechałam studnią z przepinankami, ale że lina była nieco krótka, a pionu było brak, to już przy drugim zjeździe przeporęczowałam na studnię bez kontaktu ze ścianą. Zdzisław poszedł na spacer, a ja realizowałam swój treningowy plan - dno Studni Szpatowców zdobyłam 13 razy osiągając tym samym głębkość ponad 400m.
Wieczorem dołączyła do nas Beata z Pawłem oraz Bejke, a także 2 innych członków naszego klubu ze swoim czworonogiem. W niedzielę zwiedziliśmy Okiennik, a następnie przedzierając się "skrótem" dotarliśmy do pobliskiej Jaskini Wielkanocnej. Do jaskini weszłam ja i Beata - myślę, że jaskinia jest warta odwiedzenia.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Beata Michalska-Kasperkiewicz
Jerzy Ganszer
Tutaj zdjęcia - "kliknij"
1164 m podejścia, 22 kilometry marszu.
Jerzy Ganszer
Tutaj zdjęcia - "kliknij"
1164 m podejścia, 22 kilometry marszu.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
niedziela, 13 wrzesień 2020 18:52
2020.09.09-13 Centralny Obóz Tatrzański KTJ-PZA
Napisał Piotr GawlasOd środy 09 do niedzieli 13 września 2020 roku na Polanie Rogoźniczańskiej dobywał się Centralny Obóz Tatrzański KTJ-PZA. W obozie wzięło udział dość liczne grono taterników jaskiniowych oraz instruktorów taternictwa jaskiniowego z klubów z całej Polski. W miłej i koleżeńskiej atmosferze dokonywano przejść jaskiń tatrzańskich.
Najciekawsze to niewątpliwie pierwsze przejścia jaskini Studnia w Kazalnicy, która od niedawna jest połączona z jaskinią Lodową Miętusią i daje nam możliwość zrobienia bardzo efektywnego trawersu pomiędzy otworami oraz dojście do dna tego niewielkiego systemu. Podczas obozu ciągi obu jaskiń zostały ostatecznie przemierzone i opisane.Kolejnym ciekawym a zarazem trudnym przejściem było osiągnięcie nowego dna Ptasiej Studni przez ciągi Rzetelnej Informacji. Taternicy jaskiniowi, którzy te ciągi pokonywali wiedzą, czym jest przejście ciasnego i krętego meandra z kilkoma mocnymi zaciskami z których jeden jest pod stropem niewielkiego kominka i przy powrocie z dna nastręcza sporo problemów.
Odwiedzone zostały również jaskinie Wielka Litworowa do Magla i Snieżna do Syfonu Dominiki.
Ostatni dzień "terenowy" obozu poświęcony był na wyjścia topograficzne w rejon Wielkiej Świstówki i Ratusza Mułowego. Niestety z powodu lekkiej kontuzji kolana ja ten dzień spędziłem na bazie.
Obóz zakończył się w niedzielę praniem lin, sprzętu, zwijaniem obozowiska a w godzinach późno popołudniowych jego uczestnicy w dobrych nastrojach rozjechali się do domów.
Piotr "Kudłaty" Gawlas
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Ewa Rutkowska
Martyna Michalska
Łukasz Piechocki
Kuba Binda
Wacław Michalski
Po akcji na Gran Paradiso i noclegu na uroczym kampingu u Franca, przejechaliśmy za namową Łukasza do sąsiedniej doliny i w miejscowości Valgrisenche zrobiliśmy część tamtejszej ferraty. Cała zajmuje ponoć 4-5 godzin plus bardzo długie 3 godzinne zejście. Niestety z braku czasu wycofaliśmy się w połowie, gdzie da się jeszcze zejść na krótki szlak do wsi. I tak pokonaliśmy jednak ponad 500 m przewyższenia i kluczowe, najbardziej efektowne odcinki. Trasa, dolina i .... kawiarnia pod ścianą godne polecenia !.
Martyna Michalska
Łukasz Piechocki
Kuba Binda
Wacław Michalski
Po akcji na Gran Paradiso i noclegu na uroczym kampingu u Franca, przejechaliśmy za namową Łukasza do sąsiedniej doliny i w miejscowości Valgrisenche zrobiliśmy część tamtejszej ferraty. Cała zajmuje ponoć 4-5 godzin plus bardzo długie 3 godzinne zejście. Niestety z braku czasu wycofaliśmy się w połowie, gdzie da się jeszcze zejść na krótki szlak do wsi. I tak pokonaliśmy jednak ponad 500 m przewyższenia i kluczowe, najbardziej efektowne odcinki. Trasa, dolina i .... kawiarnia pod ścianą godne polecenia !.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Więcej...
poniedziałek, 07 wrzesień 2020 22:49
2020.09.05-06 Nad Kotliny do połączenia z Wilczą
Napisała Agnieszka Gądek
Agnieszka Gądek
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Sobotni poranek, piękna pogoda i ciężki plecak na plecach - tak rozpoczęła się dla mnie wyjątkowa wyprawa do Nad Kotlin. Wyjątkowa, bo pierwszy raz miałam spać w jaskini. Drogę do Nad Kotlin już znałam, słoneczko świeciło nam przez prawie całe podejście, za chmury zaszło dopiero pod otworem jaskini. Zjechaliśmy studnię zlotową, zostawiliśmy sprzęt biwakowy i ruszyliśmy na dół. I co? Mój ulubiony trawers... Na szczęście tym razem był nieco inaczej zaporęczowany i udało mi się go przejść odrobinę sprawniej niż 2 tygodnie wcześniej. Lin też nie zabrakło i mogliśmy odbić w bok do Kościoła i połączenia z jaskinią Wilczą. Od razu można było zauważyć różnice - te partie jaskini są dużo bardziej kruche i łatwo strącić kamień. Trochę ciaśniejszych miejsc, lina z przejazdem przez węzeł, zapieraczka - wszystkiego po trochu. Partie ładne, ale myślę, że dosyć mocno niebezpieczne.
W drodze powrotnej mój ulubiony trawers jednak postanowił mnie pokonać i znowu musiałam z nim walczyć.
Czas w jaskini żyje swoim własnym życiem - droga powrotna minęła mi bardzo szybko i doznałam szoku, kiedy doszliśmy na biwak i okazało się, że jest godzina 2:30 w nocy. Spać poszliśmy o 3:00 nastawiając budziki, żeby wyjść przed godziną alarmową. Całkowita ciemność, krople wody odbijające się od skał... Tylko czemu całą noc śniły mi się liny i przepinanki? Podobno pierwszy sen na nowym miejscu się sprawdza, więc myślę, że jeszcze dużo wyjść jaskiniowych przede mną. Oczywiście zmarzłam, ale nie zniechęciło mnie to i mam nadzieję, że będę mieć jeszcze wiele okazji do jaskiniowych biwaków.
Najgorsze doświadczenie z całej akcji? Ubranie mokrych butów po wyjściu ze śpiworka... A potem tylko wydrapać się zlotówką i na sam koniec radość, że pomimo zapowiadanego deszczu na niebie są tylko chmury, ale nie pada i można się normalnie przebrać.
Marcin "FrytkaPunk" Freindorf - KKTJ
Sobotni poranek, piękna pogoda i ciężki plecak na plecach - tak rozpoczęła się dla mnie wyjątkowa wyprawa do Nad Kotlin. Wyjątkowa, bo pierwszy raz miałam spać w jaskini. Drogę do Nad Kotlin już znałam, słoneczko świeciło nam przez prawie całe podejście, za chmury zaszło dopiero pod otworem jaskini. Zjechaliśmy studnię zlotową, zostawiliśmy sprzęt biwakowy i ruszyliśmy na dół. I co? Mój ulubiony trawers... Na szczęście tym razem był nieco inaczej zaporęczowany i udało mi się go przejść odrobinę sprawniej niż 2 tygodnie wcześniej. Lin też nie zabrakło i mogliśmy odbić w bok do Kościoła i połączenia z jaskinią Wilczą. Od razu można było zauważyć różnice - te partie jaskini są dużo bardziej kruche i łatwo strącić kamień. Trochę ciaśniejszych miejsc, lina z przejazdem przez węzeł, zapieraczka - wszystkiego po trochu. Partie ładne, ale myślę, że dosyć mocno niebezpieczne.
W drodze powrotnej mój ulubiony trawers jednak postanowił mnie pokonać i znowu musiałam z nim walczyć.
Czas w jaskini żyje swoim własnym życiem - droga powrotna minęła mi bardzo szybko i doznałam szoku, kiedy doszliśmy na biwak i okazało się, że jest godzina 2:30 w nocy. Spać poszliśmy o 3:00 nastawiając budziki, żeby wyjść przed godziną alarmową. Całkowita ciemność, krople wody odbijające się od skał... Tylko czemu całą noc śniły mi się liny i przepinanki? Podobno pierwszy sen na nowym miejscu się sprawdza, więc myślę, że jeszcze dużo wyjść jaskiniowych przede mną. Oczywiście zmarzłam, ale nie zniechęciło mnie to i mam nadzieję, że będę mieć jeszcze wiele okazji do jaskiniowych biwaków.
Najgorsze doświadczenie z całej akcji? Ubranie mokrych butów po wyjściu ze śpiworka... A potem tylko wydrapać się zlotówką i na sam koniec radość, że pomimo zapowiadanego deszczu na niebie są tylko chmury, ale nie pada i można się normalnie przebrać.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Beata Burdynowska - Weteran
Bartłomiej Golik
Jerzy Ganszer
Spokojna akcja. Wykonano zdjęcia - "kliknij"
Bartłomiej Golik
Jerzy Ganszer
Spokojna akcja. Wykonano zdjęcia - "kliknij"
Dział:
Jaskinie i wyprawy
poniedziałek, 07 wrzesień 2020 21:36
2020.08.28 Alpy i Hochkönig (2941m n.p.m.)
Napisała Agnieszka Gądek
Agnieszka Gądek
Koronawirus sprawił, że w tym roku nie udało mi się polecieć na wakacje do ciepłych krajów. Czasu jednak nie marnowałam i postanowiłam zwiedzić nieco Alpy. Zobaczyłam wiele pięknch miejsc, pochodziłam w mojej bawarskiej sukience, popływałam w alpejskich jeziorach (pogoda była przepiękna, a woda "ciepła" jak w Bałtyku), ale chyba najciekawszym (a napewno wymagającym najwięcej wysiłku) punktem wyjazdu było wejście na Hochkönig.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy cel uda się osiągnąć, czy nie. Prognozy pogody mówiły, że o 12:00 mogą pojawić się burze, a taki piorun na prawie 3000m, to raczej nic bezpiecznego.... Spakowałam się jednak, nastawiłam budzik i o godzinie 5:27 ruszyłam na szlak. Znak mówił, że do szczytu jest 4-6h podejścia. W związku z tym, że szłam sama wybrałam najłatwiejszą drogę dojścia (nie miałam też ze sobą żadnego sprzętu, więc tylko taka opcja była w sumie możliwa). Wychodziłam mniej więcej z 1500m n.p.m. Szłam, a na horyzoncie malowały się odległe szczyty, zza których zaczęła dobiegać jasność poranka. Po około 30 minutach minęłam pierwsze schronisko, zgasiłam latarkę i ruszyłam całowicie pustym szlakiem między skalistymi szczytami. Jakiś czas później wzeszło słońce, w magiczny sposób barwiąc otaczające mnie skały i trawy. Kozice, cisza i ja całkowicie sama na szlaku - jak dla mnie niezwykłe doświadczenie (bo w Tatrach na ogół ludzi jest dużo). Potem minęłam bardzo charakterystyczny szczyt zwany Świątynią Diabła (jego wysokość to 2666m n.p.m. - pewnie dlatego nosi taką nazwę), ogromne płaty śniegu, a w dole małe jeziorka powstające z topniejącego lodu. I ta niezwykła pustka i wolność. Pierwsi ludzie minęli mnie dopiero tuż przed szczytem. Na wysokości 2900m pojawiły się drabinki, które doprowadziły mnie prawie pod samo schronisko - Matrashaus 2941m n.p.m. Na szczycie byłam o 10:14, czyli w 4h i 47 minut. Widok z góry bajeczny! W oddali szczyty pokryte lodowcem, a po drugiej stronie skalne pustkowia.
Trzeba przyznać, że na szczyt wyszłam w ostatniej chwili... Mniej więcej 10 minut później zaczęły przewalać się pierwsze chmury, a gdy tylko minęłam drabinki (w drodze powrotnej) szczyt okrył się chmurami. Nic bym już nie zobaczyła. W związku z tym, że moja kostka wciąż nie ma zamiaru się wyleczyć, droga powrotna zajęła mi więcej czasu, niż podejście do góry... Ale zeszłam bardzo zadowolona i z pięknymi wspomnieniami.
Koronawirus sprawił, że w tym roku nie udało mi się polecieć na wakacje do ciepłych krajów. Czasu jednak nie marnowałam i postanowiłam zwiedzić nieco Alpy. Zobaczyłam wiele pięknch miejsc, pochodziłam w mojej bawarskiej sukience, popływałam w alpejskich jeziorach (pogoda była przepiękna, a woda "ciepła" jak w Bałtyku), ale chyba najciekawszym (a napewno wymagającym najwięcej wysiłku) punktem wyjazdu było wejście na Hochkönig.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy cel uda się osiągnąć, czy nie. Prognozy pogody mówiły, że o 12:00 mogą pojawić się burze, a taki piorun na prawie 3000m, to raczej nic bezpiecznego.... Spakowałam się jednak, nastawiłam budzik i o godzinie 5:27 ruszyłam na szlak. Znak mówił, że do szczytu jest 4-6h podejścia. W związku z tym, że szłam sama wybrałam najłatwiejszą drogę dojścia (nie miałam też ze sobą żadnego sprzętu, więc tylko taka opcja była w sumie możliwa). Wychodziłam mniej więcej z 1500m n.p.m. Szłam, a na horyzoncie malowały się odległe szczyty, zza których zaczęła dobiegać jasność poranka. Po około 30 minutach minęłam pierwsze schronisko, zgasiłam latarkę i ruszyłam całowicie pustym szlakiem między skalistymi szczytami. Jakiś czas później wzeszło słońce, w magiczny sposób barwiąc otaczające mnie skały i trawy. Kozice, cisza i ja całkowicie sama na szlaku - jak dla mnie niezwykłe doświadczenie (bo w Tatrach na ogół ludzi jest dużo). Potem minęłam bardzo charakterystyczny szczyt zwany Świątynią Diabła (jego wysokość to 2666m n.p.m. - pewnie dlatego nosi taką nazwę), ogromne płaty śniegu, a w dole małe jeziorka powstające z topniejącego lodu. I ta niezwykła pustka i wolność. Pierwsi ludzie minęli mnie dopiero tuż przed szczytem. Na wysokości 2900m pojawiły się drabinki, które doprowadziły mnie prawie pod samo schronisko - Matrashaus 2941m n.p.m. Na szczycie byłam o 10:14, czyli w 4h i 47 minut. Widok z góry bajeczny! W oddali szczyty pokryte lodowcem, a po drugiej stronie skalne pustkowia.
Trzeba przyznać, że na szczyt wyszłam w ostatniej chwili... Mniej więcej 10 minut później zaczęły przewalać się pierwsze chmury, a gdy tylko minęłam drabinki (w drodze powrotnej) szczyt okrył się chmurami. Nic bym już nie zobaczyła. W związku z tym, że moja kostka wciąż nie ma zamiaru się wyleczyć, droga powrotna zajęła mi więcej czasu, niż podejście do góry... Ale zeszłam bardzo zadowolona i z pięknymi wspomnieniami.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
Krzysztof Gajny
Gabriela Gajny.
Podejście od strony włoskiej w oparciu o schronisko Marco e Rosa 3597m.Drugiego dnia atak szczytowy granią Spalla dalej na szczyt Piz Bernina.Największe trudności okazały się na lodowcu spadające głazy i ogromne szczeliny, bardzo długie podejście ,pogoda musi być dobra.Suma podejść 2300m.Zdjęcie ze szczytu na grań Spalla.
Gabriela Gajny.
Podejście od strony włoskiej w oparciu o schronisko Marco e Rosa 3597m.Drugiego dnia atak szczytowy granią Spalla dalej na szczyt Piz Bernina.Największe trudności okazały się na lodowcu spadające głazy i ogromne szczeliny, bardzo długie podejście ,pogoda musi być dobra.Suma podejść 2300m.Zdjęcie ze szczytu na grań Spalla.
Dział:
Jaskinie i wyprawy
